Voo Voo nagra­ło świet­ną, sto­no­wa­ną muzycz­nie pły­tę, na któ­rej skrzy się od emo­cji. Wojciech Waglewski, ten sta­ry mistrz, speł­nia się w pro­sto­cie, na skrzy­żo­wa­niu muzy­ki źró­deł, blu­esa i pio­sen­ki.

Wojciech Waglewski od zawsze twier­dzi, że ma nie­do­bry głos i nie umie śpie­wać. Niepotrzebna skrom­ność. Z bie­giem lat uda­ło mu się wypra­co­wać jeden z naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nych tonów w pol­skiej muzy­ce roz­ryw­ko­wej. Także w tek­stach. Od pierw­szych słów na nowej pły­cie „7” zanu­rza­my się w świe­cie Waglewskiego, a na nasz patrzy­my jego ocza­mi. Waglewski to wyjąt­ko­wo krót­ko­wzrocz­ny opo­wia­dacz: liczy się naj­bliż­sza kobie­ta, żona, do tego nastrój chwi­li, ten jeden wie­czór, jakieś win­ko. Dalszych pla­nów nie ma, bo „godzi­na mło­da, a cia­ło już mniej” („Środa”).

Waglewskiemu bli­żej do blu­esa niż roc­ka, ale też od lat czer­pie gar­ścia­mi z muzy­ki etnicz­nej czy tra­dy­cyj­nej. Struktura pły­ty nawią­zu­je do cyklicz­no­ści przy­ro­dy, do wiecz­nej odno­wy i zwią­za­nej z nią rytu­al­no­ści. Tytuły pio­se­nek to dni tygo­dnia. Voo Voo gra w wiel­kim sku­pie­niu, jak­by medy­ta­cyj­nie, czę­sto w wol­nych tem­pach i bez nad­mia­ru dźwię­ków. Każda nuta zysku­je w ten spo­sób na zna­cze­niu.

To, co szyb­ko wzla­ta, ula­ta”, śpie­wa Waglewski w „Czwartku”. Zdanie o cier­pli­wo­ści w byciu razem, w dba­niu o zwią­zek („budzisz mnie w czwar­tym wymia­rze”), prze­kła­da się na cier­pli­wość we wspól­nym gra­niu. Po tych sło­wach z cie­nia wyła­nia się dzi­ki sak­so­fon Mateusza Pospieszalskiego, wię­zy zrzu­ca z sie­bie per­ku­si­sta Michał Bryndal, a Waglewski na gita­rze i Karim Martusewicz na kon­tra­ba­sie nawet nie mru­gną, gra­jąc swo­je akor­dy w naj­więk­szej dys­cy­pli­nie.

Powolne budo­wa­nie utwo­ru naj­le­piej uda­je się w „Sobocie”. Pospieszalski, tym razem spo­koj­ny, gra na klar­ne­cie figu­rę gęstą jak z nut Wacława Zimpla, gościn­ny popis daje też sopra­nist­ka Joanna Wydorska. Ten rodzaj transu, zapę­tlo­nej repe­ty­cji, któ­ra pory­wa muzy­ków niczym obe­rek tan­ce­rzy albo muzy­ka Góreckiego słu­cha­czy w fil­har­mo­nii, to konik Waglewskiego.

Myślę, że do takie­go wła­śnie gra­nia osta­tecz­nie ośmie­li­li Waglewskiego azer­ski śpie­wak Alim Qasimov i jego cór­ka Fergana, z któ­ry­mi Voo Voo nagra­ło „Gdybym” na poprzed­nią pły­tę. Muzycy nie mogli prze­czu­wać, że słu­cha­cze wypchną tę dłu­gą, trans­ową pio­sen­kę na szczyt List Przebojów Trójki. Nowy album jest wła­śnie w sty­lu „Gdybym”. Z dru­giej stro­ny - muzy­cy Voo Voo kocha­ją takie zaha­cza­ją­ce o impro­wi­za­cję gra­nie, dowo­dem była odkryw­cza pły­ta „Oov Oov” z 1998 roku. Teraz Waglewski wzo­rem Qasimova przy­jął na sie­bie rolę mistrza, w któ­rej bar­dzo mu do twa­rzy. Po latach gra­nia, pisa­nia i pro­du­ko­wa­nia, zgłę­bia­nia muzycz­nych tech­nik i impro­wi­za­cji, czer­pie od innych to, co chce. Spełnia się w pro­sto­cie, na skrzy­żo­wa­niu muzy­ki źró­deł, blu­esa i pio­sen­ki.

Waglewski co naj­mniej od kil­ku lat jest w świet­nej for­mie jako tek­ściarz i kom­po­zy­tor. Liryka pana Wojciecha doty­czą­ca żony - zwa­nej w tek­stach „uko­cha­ną”, „mą cud­ną” - jest kla­row­na, przej­mu­ją­ca i wciąż mło­da. Słowa: „Choć zwy­kle nie­dzie­lę spi­su­je na straty/ to dzi­siaj od rana poczu­łem się boga­ty” - może i brzmią nie­dba­le, ale Waglewski wyci­na po nich taką solów­kę, że gło­wa mała. Od same­go słu­cha­nia poczu­łem się boga­ty. I żału­ję, że arty­sta znacz­nie chęt­niej popi­su­je się jako kom­po­zy­tor niż jako gita­rzy­sta solo­wy.

Kulminacyjnym punk­tem albu­mu jest „Poniedziałek”. Waglewski zaczy­na sło­wa­mi: „I pamię­tam jesz­cze życie bez ciebie/ nud­ne, bid­ne, o niczym, cho­re”, ale w dru­ku nie da się oddać bar­wy jego gło­su. Jest tak, jak­by przez całe 31 lat gra­nia i śpie­wa­nia z Voo Voo jego głos doj­rze­wał, leża­ko­wał jak wino. Zmęczony jak nale­ży, spło­wia­ły, tra­fia pro­sto w ser­ce. Ten oso­bi­sty ton jest nie do pod­ro­bie­nia.

A poza tym na „7” jest miej­sce na radość, pro­duk­cyj­ne zaba­wy Emade, kwar­tet smycz­ko­wy i Waglewskiego stu­ka­ją­ce­go w for­te­pian. By użyć jed­ne­go z ulu­bio­nych słów W.W.: o men­dze­niu nie ma mowy.

Tekst uka­zał się 7/3/17 w „Gazecie Wyborczej” - w por­ta­lu wię­cej recen­zji

Dodaj komentarz