Pod przewodnictwem Hugo Race’a młodzi muzycy z Pomorza przygotowali najbardziej niespieszne piosenki w kilkuletniej historii Pure Phase Ensemble.

Poczynania kolejnych składów Pure Phase Ensemble śledzimy w „Wyborczej” od pierwszej edycji. Co roku w Gdańsku młodzi muzycy z Pomorza spotykają się z uznanym w świecie liderem, aby na kilkudniowych warsztatach stworzyć piosenki, które zagrają na festiwalu SpaceFest!. Zmienia się nie tylko „mistrz”, ale też cały zespół, a w większości edycji udział biorą gitarzysta Karol Schwarz oraz saksofonista Ray Dickaty. Z koncertu zostaje wydana płyta.

Festiwal jest poświęcony muzyce spacerockowej, shoegaze’owej i psychodelicznej. Kolejne wcielenia Pure Phase Ensemble przygotowują więc na ogół kompozycje długie, transowe, pełne pogłosów. W 2015 r. grupę poprowadził jednak Hugo Race, australijski gitarzysta i wokalista poruszający się raczej w klimatach mrocznej piosenki.

Hugo nie narzucił swojej estetyki składowi. Trzy gitary – na trzeciej zagrał Paweł Swiernalis – trzymają dzielnie tonację z ledwie dwiema zmianami w ciągu trwającej blisko 80 minut płyty. Sporo miejsca ma sekcja dęta (tym razem bez Dickaty’ego), która korzysta z tego powściągliwie, lecz popisowo. Perkusista Adrian Kondratowicz i perkusjonalista Michał Peschke nie grają mocno, lecz kolorowo, co pasuje do zdyscyplinowanego basu Przemysława Bartosia.

Dzięki nim nastrój płyty jest… kontemplacyjny. Wysoki dźwięk gitary Race’a dominuje w momentach bluesowych, a głos najczęściej zabiera Schwarz, który zwykle deklamuje, a nie śpiewa. Najbardziej wywrotowa, dająca najdłuższy oddech kompozycja to „One Chord”. Śpiewa Race, inni tworzą niebiański chórek, cudowną partię grają saksofon i trąbka, a gitary są krok z tyłu, z początku niemal milczą, i dobrze. Jaki space, jaki shoegaze? Hugo i muzycy poszukali razem wspólnego terenu i znaleźli piękne miejsce. W tym miejscu słuchacz może zapomnieć o superszybkim świecie.

Tekst ukazał się 23/11/16 w Wyborcza.pl/kultura – tamże więcej recenzji

Dodaj komentarz