Paweł Szymański — Uroda zdarzeń

Posted on 30/12/2010 by

0


Paweł Szymański gra od początku lat 90., wystę­po­wał m.in. z Magdą Umer i TSA, był lau­re­atem festi­walu Rawa Blues, a w 2009 roku wydał pierw­szą swoją solową płytę „Król wąt­pli­wo­ści”. Jego gitara Gibson L-0 ma staż jakieś cztery razy dłuż­szy, pamięta bowiem rok 1933. Zaskakująca dobrana z nich para!

Szymański bar­dzo dba o brzmie­nie. Muzycznie „Uroda zda­rzeń” polega na aku­stycz­nym blu­esie — w więk­szo­ści utwo­rów gra tylko gitara i har­mo­nijka lidera oraz skromne, nie­in­wa­zyjne per­ku­sjo­na­lia Macieja Ostromeckiego. Często są to pogodne, żywe kawałki, które odbie­ram jako reflek­sje miej­skiego wędrow­nika. Są naprawdę uro­cze, w tek­stach czuję jakieś powi­no­wac­two z ławko­wym hip-hopem — obser­wa­cja, kon­tem­pla­cja, dziel­nica, nuda — z war­stwy muzycz­nej prze­bija się jed­nak istotny motyw ruchu, łazi­ko­wa­nia. Też blues.

Głos Szymańskiego jest do takiej muzyki w sam raz — wystar­cza­jąco niski i silny, żeby był „przed” akom­pa­nia­men­tem, a przy tym nie jest zma­nie­ro­wany, pan nie wyje ani nie char­czy. Jest też drugi spo­sób śpie­wa­nia — gdy nie tylko w tek­stach, ale też w tonie głosu Szymański stara się uży­wać iro­nii. Zbliża się wtedy do kli­matu kaba­re­to­wego, co jest nie­ty­powe dla tak ogra­nego, doświad­czo­nego muzyka i wydaje się cenne. Opowiada na przy­kład zabaw­nym, napu­szo­nym gło­sem: „mijamy się na schodach/ poże­ram wzrokiem/ twoje boskie ciało/ ty rzu­casz krótko cześć/ lecz dla mnie to za mało” („Mijamy się na schodach”).

Kiedy ten dystans do słów jest wyraźny, jest OK — ale nie zawsze jakość liryki dotrzy­muje kroku nastro­jowi pio­senki. Słuchacze oce­nią, czy wszyst­kie w zamie­rze­niu śmieszne tek­sty istot­nie są śmieszne. Mam wra­że­nie, że tek­stowo utwory „Miej nas w opiece święty McDonaldzie” i „Mój przy­ja­ciel tele­wi­zor” należą do sła­bych punk­tów tej płyty. Dużo wyżej trzeba oce­nić intry­gu­jący refren „to niczyja zaki­chana sprawa/ jak mnie używa moja mała/ może ja tak lubię/ może tego chcę” („Niczyja sprawa”). Poeta z Lidzbarka spa­ra­fra­zo­wał tu jedną z naj­pięk­niej­szych war­szaw­skich zwro­tek: „ona raz mnie pokocha/ raz mnie pobije/ i chwa­lić Boga jakoś się żyje”. Podobnie cie­ka­wie jest w utwo­rze „Otchłań egzy­sten­cjal­nej pustki” (!) — ze skocz­nym pod­kła­dem kon­tra­stują słowa: „ducho­wych roz­te­rek huśtawka/ wzla­tuje do góry i spada/ leżę, wstaję i siadam/ rodza­jowi ludz­kiemu zagra­żam”. Szymańskiemu nie­obca jest umie­jęt­ność stwo­rze­nia nastroju pogo­dze­nia się z losem, bra­nia życia z dobro­dziej­stwem inwen­ta­rza. Grubo cio­sany, czę­sto po pro­stu nie­zgrabny tekst nie kłuje, gdy towa­rzy­szy mu old­sku­lowy, przed­wieczny blues.

Takie zesta­wie­nie tek­stu z muzyką jest dużo lep­sze niż okle­pane zda­nia w rodzaju: „nie mówi mi co robić/ gdy leżę, boję się myśleć/ co przy­nie­sie następny dzień/ nie wiem jak to zrobić/ by nadzieję zna­leźć w sobie” (pio­senka tytu­łowa). Słowa warte zapro­sze­nia na Święto Kaszanki, na szczę­ście takich wpa­dek autor popeł­nił na tyle mało, że nie da się z nich uło­żyć pro­gramu. I dobrze. Sto razy bar­dziej wolę go w okład­ko­wej roli czar­nego kota prze­mie­rza­ją­cego ulice z różą w zębach.

Tekst pocho­dzi z mie­sięcz­nika „Lampa”, nr 12/2010

myspace, strona arty­sty

Posted in: recenzje