Off Festival nr 7, Katowice, 3-5 sierpnia 2012

Pierw­szy raz by­łem na Of­fie ja­ko dzien­ni­ka­rz. To się wy­kla­ro­wa­ło tuż przed, gdy by­łem już na­sta­wio­ny na wa­ka­cje. I po­je­cha­łem na wa­ka­cje, ja­ko wi­dz, przy­pad­ko­wy świa­dek. Że­by zo­ba­czyć Bra­dleya i Ata­ri Te­ena­ge Riot, Re­tro Ste­fson i Thur­sto­na, Malk­mu­sa i Swans. Zo­ba­czy­łem zu­peł­nie co in­ne­go, ale spo­dzie­wa­łem się.

Na miej­scu mia­łem do na­pi­sa­nia tyl­ko pa­rę re­la­cji, z któ­ry­ch nie wszyst­kie się zresz­tą uka­za­ły w pa­pie­ro­wej ga­ze­cie fe­sti­wa­lo­wej. Naj­pierw to by­ły Pro­fe­sjo­na­li­zm i Kurt Vi­le, kim­kol­wiek on je­st, póź­niej Ap­te­ka, a ostat­nie­go dnia Malk­mus. Jesz­cze przed wy­jaz­dem kil­ka za­po­wie­dzi (chy­ba wszyst­kie się zmar­no­wa­ły), i to ca­ła mo­ja dzia­łal­no­ść dzien­ni­kar­ska.

Żad­ny­ch zdjęć nie ro­bi­łem, nie pró­bo­wa­łem żad­ny­ch wy­wia­dów (re­dak­tor No­wic­ki - sześć; upo­lo­wał w koń­cu Malk­mu­sa czy nie?). Sta­ran­nie uni­ka­łem stre­fy pra­so­wej, za to zwie­dzi­łem sto­iska pły­to­we i T-shir­to­we, czę­ść ga­stro­no­micz­ny­ch, tra­dy­cyj­nie bar przed wej­ściem na te­ren fe­sti­wa­lu. Nie chcia­łem być dzien­ni­ka­rzem, bar­dziej za­le­ża­ło mi na spę­dze­niu ty­ch trzech dni w do­brym i we­so­łym to­wa­rzy­stwie. Nie mam nic do dzien­ni­ka­rzy, znam kil­ku i lu­bię, ale nie chcia­łem zo­sta­wiać za drzwia­mi przy­ja­ciół.

Od dłuż­sze­go cza­su kon­cer­ty są dla mnie oka­zją do spo­tkań i plo­tek, rzad­ko zda­rza mi się iść na kon­cert, je­śli wiem, że nie spo­tkam tam ni­ko­go zna­jo­me­go. Rzad­ko też zda­rza się, że nie spo­tkam, więc i tak oglą­dam spo­ro na ży­wo, ale mie­wam prze­syt. Bła­żej Król o tym mó­wił - trud­no je­st obej­rzeć kon­cert w ca­ło­ści, za­wsze są spad­ki na­pię­cia, cza­sem ener­gia mię­dzy mu­zy­ka­mi a ludź­mi nie przy­cho­dzi do koń­ca.

Fe­sti­wa­lo­we ilo­ści mu­zy­ki nie są dla mnie. Mam sła­bą pa­mięć, szyb­ko się nu­dzę, trud­no mi so­bie po­ra­dzić z kil­ku­dzie­się­cio­ma kon­cer­ta­mi (set­ką?) w cią­gu kil­ku dni, trud­no też z kil­ku­dzie­się­cio­ma oso­ba­mi (set­ką?), z któ­ry­mi cią­gle się zde­rzam, roz­ma­wiam. Naj­le­piej je­st jed­nak wspól­nie od­po­czy­wać, nie glę­dzić za du­żo, słu­chać mu­zy­ki z od­da­li i ga­da­ni­ny ludz­kiej też przez ja­kieś fil­try.

Wi­dzia­łem tek­st Ja­sia Ka­pe­li (krót­ki! nie­moż­li­we!) o tym, dla­cze­go le­piej słu­chać w do­mu niż na Of­fie. Naj­bar­dziej mi się po­do­bał frag­ment, w któ­rym Jaś stwier­dził, że nie je­st roz­po­zna­wa­ny w do­mu. Pra­wie nic nie na­pi­sał za to o mu­zy­ce, i to był bar­dzo do­bry ru­ch.

Co się po­do­ba­ło? To, co moż­na zo­ba­czyć w War­sza­wie kil­ka ra­zy w ro­ku: Kri­sten, Pau­la i Ka­rol, Pro­fe­sjo­na­li­zm, Afro Ko­lek­tyw, Le­vi­ty, Ner­wo­we Wa­ka­cje by­ły OK, kIR­ka ża­łu­ję, ale wiem, że jesz­cze bę­dzie oka­zja. Thur­ston Mo­ore z da­le­ka brzmiał przy­zwo­icie, czy­li mniej pre­ten­sjo­nal­nie, niż się spo­dzie­wa­łem.

Opró­cz te­go po swo­je­mu, faj­nie ro­ze­gra­li kon­cert Alva No­to i Bli­xa Bar­geld. Z da­le­ka sły­sza­łem do­bry kon­cert De­ath In Ve­gas, ale nie pa­trzy­łem. Chro­ma­tics bar­dzo mi się po­do­ba­ło, cho­ciaż w ogó­le nie wsze­dłem do na­mio­tu, pa­trzy­łem tyl­ko nad gło­wa­mi lu­dzi. Im też po­de­szło. Con­nan Moc­ka­sin był w po­rząd­ku, lu­bię, jak ktoś fał­szu­je, tro­chę przy­ci­nał w De­stroy­era i Fla­ming Lips, mo­że mi się wy­da­wa­ło. Gdy po­czu­łem się wy­star­cza­ją­co za­opie­ko­wa­ny, wy­sze­dłem.

Wi­dzia­łem tyl­ko koń­co­we uści­ski Char­le­sa Bra­dleya z pu­blicz­no­ścią, a prze­cież za­le­ża­ło mi na tym, że­by go obej­rzeć. Jed­nak je­go mu­zy­ka tak do­brze mie­sza­ła się z ludz­kim ga­da­niem, że nie chcia­łem zgła­śniać pierw­sze­go i wy­ci­szać dru­gie­go. Czę­sto tak mia­łem. Maz­zy Star fał­szo­wa­ła jak Con­nan, przez co by­ło jak w do­mu. Pa­ra­da wspo­mnień by­ła na tym fe­sti­wa­lu dłu­ga.

Bar­dzo prze­cięt­nie wy­pa­dło The Wed­ding Pre­sent. Bez­na­dziej­ny, że­nu­ją­cy był Do­om (sły­sza­łem z od­da­li te ję­ki i pu­ste bi­ty). Ata­ri Te­ena­ge Riot do­ść bez­sen­sow­ne, po pro­stu sta­re, bez­płod­ne. A to ni­by ener­gicz­ni ar­ty­ści. Zu­peł­nie od­wrot­nie Ig­gy Pop - świet­ny, do­pie­ro póź­niej od­kry­łem, że ta zna­jo­ma syl­wet­ka z ba­sem to Mi­ke Watt.

Prze­ga­pi­łem Co­li­na Stet­so­na (Pro­fe­sjo­na­li­zm bar­dziej pa­so­wał mi do na­stro­ju, po­za tym mu­sia­łem go zre­la­cjo­no­wać), Pis­sed Je­ans, Re­tro Ste­fson, The Shi­py­ard, Ty Se­gal­la (re­dak­tor Słod­kow­ski po­le­ca). Ża­łu­ję Jo­sha T. Pe­ar­so­na, ale do­my­ślam się, że na­le­ży do ulu­bień­ców of­fo­wej pu­blicz­no­ści i cięż­ko by­ło­by go zo­ba­czyć z bli­ska.

Ru­ty­no­we pięć mi­nut da­łem Pa­pie M, Kim Gor­don i Ikue Mo­ri, Me­tro­no­my, Gro­up Do­ueh, Ja­casz­ko­wi, z dzie­sięć Shan­ga­an Elec­tro (nu­da) i Co­ol Kids Of De­ath (ta uda­na koń­ców­ka).

Za­pa­mię­tam, że na fe­sti­wal do­tar­łem o pięt­na­stej w pią­tek, a wy­sze­dłem zeń za dzie­sięć czwar­ta w po­nie­dzia­łek. Je­den z dłuż­szy­ch Of­fów. Szko­da, że tyl­ko pią­tek i so­bo­ta koń­czy­ły się we­so­ły­mi tań­ca­mi, a w nie­dzie­lę mo­głem po­słu­chać Swans, któ­rzy za­brzmie­li jak „ostat­nia pio­sen­ka na ostat­niej pły­cie”. Cho­ciaż lu­bię ich bar­dzo, to na fi­nał nie pa­so­wa­li.

3 comments

  1. Osiem :) Malk­mu­sa z mi­kro­fo­nem nie upo­lo­wa­łem, dał je­den wy­wiad i czmych­nął ze swo­im nie­ugię­tym me­na­ge­rem na Kim Gor­don (ale wcze­śniej po­ma­zał mi „Mir­ror Traf­fic”)
    Ład­ny frag­ment o oglą­da­niu kon­cer­tó fe­sti­wa­lo­wy­ch, ja się do­pie­ro w nie­dzie­lę po­tra­fi­łem sku­pić na mu­zy­ce w peł­ni.

  2. Bo za­wo­do­wiec je­steś. Ja na­praw­dę mam sła­bą pa­mięć i nie­wie­le już z te­go Of­fa pa­mię­tam. Głów­nie że w pią­tek by­ło faj­nie, a póź­niej tyl­ko cze­ka­łem na ja­kieś du­że od­kry­cie, ale się nie do­cze­ka­łem. Za to po­lo­wa­łem sku­tecz­nie na nie­spo­dzie­wa­ny­ch zna­jo­my­ch.
    Faj­nie, że mu nie da­łeś do pod­pi­sa­nia ja­kie­goś Pa­ve­men­tu, jesz­cze by się ze­stre­so­wał.

  3. Chciał­bym być za­wo­dow­cem, pó­ki co mam sa­tys­fak­cję i bez­cen­ne do­świad­cze­nie.
    Ża­łu­ję kil­ku kon­cer­tów, ża­łu­ję, że przy­je­cha­łem do Ka­to­wic pro­sto z dwu­dnio­wej po­dró­ży Man­che­ster - Bruk­se­la - Mo­dlin - Łó­dź, bo by­łem zmę­czo­ny, i po piąt­ku pa­mię­tam swo­je nie­spo­dzie­wa­ne wy­wia­dy i je­den kon­cert. Je­dy­ny ja­ki w ca­ło­ści wi­dzia­łem te­go dnia.
    Czuł­bym się ina­czej, gdy­bym był na ja­kim­kol­wiek z więk­szy­ch fe­sti­wa­li w tym ro­ku i ba­wił się tam, a tak, tyl­ko po Of­fie mam coś na kształt nie­do­sy­tu po frag­men­ta­ch kon­cer­tów, któ­ry­ch nie wi­dzia­łem w ca­ło­ści. Za to to­wa­rzy­sko naj­le­piej.

Dodaj komentarz