Pierwszy raz byłem na Offie jako dziennikarz. To się wyklarowało tuż przed, gdy byłem już nastawiony na wakacje. I pojechałem na wakacje, jako widz, przypadkowy świadek. Żeby zobaczyć Bradleya i Atari Teenage Riot, Retro Stefson i Thurstona, Malkmusa i Swans. Zobaczyłem zupełnie co innego, ale spodziewałem się.

Na miejscu miałem do napisania tylko parę relacji, z których nie wszystkie się zresztą ukazały w papierowej gazecie festiwalowej. Najpierw to były Profesjonalizm i Kurt Vile, kimkolwiek on jest, później Apteka, a ostatniego dnia Malkmus. Jeszcze przed wyjazdem kilka zapowiedzi (chyba wszystkie się zmarnowały), i to cała moja działalność dziennikarska.

Żadnych zdjęć nie robiłem, nie próbowałem żadnych wywiadów (redaktor Nowicki – sześć; upolował w końcu Malkmusa czy nie?). Starannie unikałem strefy prasowej, za to zwiedziłem stoiska płytowe i T-shirtowe, część gastronomicznych, tradycyjnie bar przed wejściem na teren festiwalu. Nie chciałem być dziennikarzem, bardziej zależało mi na spędzeniu tych trzech dni w dobrym i wesołym towarzystwie. Nie mam nic do dziennikarzy, znam kilku i lubię, ale nie chciałem zostawiać za drzwiami przyjaciół.

Od dłuższego czasu koncerty są dla mnie okazją do spotkań i plotek, rzadko zdarza mi się iść na koncert, jeśli wiem, że nie spotkam tam nikogo znajomego. Rzadko też zdarza się, że nie spotkam, więc i tak oglądam sporo na żywo, ale miewam przesyt. Błażej Król o tym mówił – trudno jest obejrzeć koncert w całości, zawsze są spadki napięcia, czasem energia między muzykami a ludźmi nie przychodzi do końca.

Festiwalowe ilości muzyki nie są dla mnie. Mam słabą pamięć, szybko się nudzę, trudno mi sobie poradzić z kilkudziesięcioma koncertami (setką?) w ciągu kilku dni, trudno też z kilkudziesięcioma osobami (setką?), z którymi ciągle się zderzam, rozmawiam. Najlepiej jest jednak wspólnie odpoczywać, nie ględzić za dużo, słuchać muzyki z oddali i gadaniny ludzkiej też przez jakieś filtry.

Widziałem tekst Jasia Kapeli (krótki! niemożliwe!) o tym, dlaczego lepiej słuchać w domu niż na Offie. Najbardziej mi się podobał fragment, w którym Jaś stwierdził, że nie jest rozpoznawany w domu. Prawie nic nie napisał za to o muzyce, i to był bardzo dobry ruch.

Co się podobało? To, co można zobaczyć w Warszawie kilka razy w roku: Kristen, Paula i Karol, Profesjonalizm, Afro Kolektyw, Levity, Nerwowe Wakacje były OK, kIRka żałuję, ale wiem, że jeszcze będzie okazja. Thurston Moore z daleka brzmiał przyzwoicie, czyli mniej pretensjonalnie, niż się spodziewałem.

Oprócz tego po swojemu, fajnie rozegrali koncert Alva Noto i Blixa Bargeld. Z daleka słyszałem dobry koncert Death In Vegas, ale nie patrzyłem. Chromatics bardzo mi się podobało, chociaż w ogóle nie wszedłem do namiotu, patrzyłem tylko nad głowami ludzi. Im też podeszło. Connan Mockasin był w porządku, lubię, jak ktoś fałszuje, trochę przycinał w Destroyera i Flaming Lips, może mi się wydawało. Gdy poczułem się wystarczająco zaopiekowany, wyszedłem.

Widziałem tylko końcowe uściski Charlesa Bradleya z publicznością, a przecież zależało mi na tym, żeby go obejrzeć. Jednak jego muzyka tak dobrze mieszała się z ludzkim gadaniem, że nie chciałem zgłaśniać pierwszego i wyciszać drugiego. Często tak miałem. Mazzy Star fałszowała jak Connan, przez co było jak w domu. Parada wspomnień była na tym festiwalu długa.

Bardzo przeciętnie wypadło The Wedding Present. Beznadziejny, żenujący był Doom (słyszałem z oddali te jęki i puste bity). Atari Teenage Riot dość bezsensowne, po prostu stare, bezpłodne. A to niby energiczni artyści. Zupełnie odwrotnie Iggy Pop – świetny, dopiero później odkryłem, że ta znajoma sylwetka z basem to Mike Watt.

Przegapiłem Colina Stetsona (Profesjonalizm bardziej pasował mi do nastroju, poza tym musiałem go zrelacjonować), Pissed Jeans, Retro Stefson, The Shipyard, Ty Segalla (redaktor Słodkowski poleca). Żałuję Josha T. Pearsona, ale domyślam się, że należy do ulubieńców offowej publiczności i ciężko byłoby go zobaczyć z bliska.

Rutynowe pięć minut dałem Papie M, Kim Gordon i Ikue Mori, Metronomy, Group Doueh, Jacaszkowi, z dziesięć Shangaan Electro (nuda) i Cool Kids Of Death (ta udana końcówka).

Zapamiętam, że na festiwal dotarłem o piętnastej w piątek, a wyszedłem zeń za dziesięć czwarta w poniedziałek. Jeden z dłuższych Offów. Szkoda, że tylko piątek i sobota kończyły się wesołymi tańcami, a w niedzielę mogłem posłuchać Swans, którzy zabrzmieli jak „ostatnia piosenka na ostatniej płycie”. Chociaż lubię ich bardzo, to na finał nie pasowali.

3 thoughts on “Off Festival nr 7, Katowice, 3-5 sierpnia 2012”

  1. Osiem :) Malkmusa z mikrofonem nie upolowałem, dał jeden wywiad i czmychnął ze swoim nieugiętym menagerem na Kim Gordon (ale wcześniej pomazał mi „Mirror Traffic”)
    Ładny fragment o oglądaniu koncertó festiwalowych, ja się dopiero w niedzielę potrafiłem skupić na muzyce w pełni.

  2. Bo zawodowiec jesteś. Ja naprawdę mam słabą pamięć i niewiele już z tego Offa pamiętam. Głównie że w piątek było fajnie, a później tylko czekałem na jakieś duże odkrycie, ale się nie doczekałem. Za to polowałem skutecznie na niespodziewanych znajomych.
    Fajnie, że mu nie dałeś do podpisania jakiegoś Pavementu, jeszcze by się zestresował.

  3. Chciałbym być zawodowcem, póki co mam satysfakcję i bezcenne doświadczenie.
    Żałuję kilku koncertów, żałuję, że przyjechałem do Katowic prosto z dwudniowej podróży Manchester – Bruksela – Modlin – Łódź, bo byłem zmęczony, i po piątku pamiętam swoje niespodziewane wywiady i jeden koncert. Jedyny jaki w całości widziałem tego dnia.
    Czułbym się inaczej, gdybym był na jakimkolwiek z większych festiwali w tym roku i bawił się tam, a tak, tylko po Offie mam coś na kształt niedosytu po fragmentach koncertów, których nie widziałem w całości. Za to towarzysko najlepiej.

Dodaj komentarz