Nerwowe Wakacje — Polish Rock

Posted on 19/04/2011 by

2


Od lat ocze­ki­wany debiut zespołu-ozdoby dru­giej radio­wej skła­danki „Offensywa” (z pio­senką „Ola boi się spać”). Doświadczona ekipa — mik­stura The Car Is On Fire z Afrokolektywem i Kolorofonem — raczej nie mogła się wyło­żyć. Zwłaszcza gdyby zagrała funky. Zagrała jed­nak coś zupeł­nie innego, nie­ty­po­wego, bio­rąc pod uwagę kie­runki dzia­łań muzy­ków w macie­rzy­stych zespołach.

Melodie i słowa napi­sał gita­rzy­sta TCIOF Jacek Szabrański, co cie­kawe, jedno i dru­gie uczy­nił po pol­sku. Można się na tych sło­wach zatrzy­mać dłu­żej. W końcu tzw. Karisoni słyną z mno­go­ści pomy­słów aran­ża­cyj­nych czy brzmie­nio­wych, a także śred­nich tek­stów i sła­bego śpie­wa­nia (któ­rym zaj­muje się głów­nie basi­sta). W Nerwowych Wakacjach w tema­cie śpiewu pro­gresu nie ma: nuce­nie chęt­nie, ozdob­niki pro­szę bar­dzo, ale główna linia nie­zmien­nie wątła, a barwa głosu czę­sto drażniąca.

Jednak wymy­śliw­szy Polish rock XXI wieku od nowa i po swo­jemu, Szabrański śpiewa — żeby użyć jakiejś od czapy kli­szy — jak pro­fe­sor. Czyli w sil­nej rela­cji z testami i muzyką — a zatem miękko, dość nie­śmiało, melan­cho­lij­nie. Trochę przez sen, tro­chę przez mgłę — w taki spo­sób, że ma to sens i układa się w logiczną, a zara­zem wia­ry­godną emo­cjo­nal­nie całość.

W The Car Is On Fire działa to zupeł­nie ina­czej. Da się ich lubić i czuję, że są strasz­nie ważni dla lidera Nerwowych Wakacji, ale jeśli w pio­sence przy­nu­dzą, jak to oni potra­fią, to ani wokal, ani tekst ich nie ura­tują. Tymczasem nowy (no, już nie taki nowy) zespół Szabrańskiego liryką i jej poda­niem stoi, tym wła­śnie wyciąga w górę słabe numery. Oraz parę faj­nych melo­dii z „Big Mind” i „Uciekaj stąd, mała” na czele.

Są słowa poetyc­kie i zbyt poetyc­kie. Trochę tych pierw­szych: „za oknami mami mrok a w domach dobrzy ludzie z nudów mrą”. Każdy pol­ski woka­li­sta śpie­wa­jący po angiel­sku powie, że rodzimy język to za dłu­gie słowa i trudny rytm. Jak widać, da się wybrać krót­kie i da się je dobrze zaśpie­wać. „Zdało mu się że bły­snął los że znów woła go świat / że obie­cał mu coś choćby za tysiąc lat / i tym razem już wie i już pra­wie to ma / zwija namiot pakuje wóz nie odwraca się / jesz­cze tylko czyjś głos jesz­cze tylko szum drzew / lecz już zatrza­snął drzwi już nie sły­szy nic”. Nieliczne są w tych frag­men­tach słowa trzy­sy­la­bowe, a źle nie jest, prawda?

Odniesienia do sta­rego pol­skiego rocka (trzeba uży­wać nazwy polish rock, upiera się w wywia­dach Szabrański), jak Perfect, Lady Pank, Maanam, są rów­nież w tek­stach. Gorzej, gdy meta­fora jest bez­barwna, nudna („dzień kur­czy się i pada do stóp / szar­pią go dzi­kie psy pęka foliowy brzeg / grek wciąga hol­mesy już trze­cią noc / sąsiad pod­pa­lił drzwi pew­nie znu­dził go mecz”). A gdy Szabrański upar­cie śpiewa „dźwi” — ręce opadają.

Muzycznie jest deli­kat­nie jak na bie­żące stu­le­cie, aku­stycz­nie, mało hała­śli­wie i z czu­ciem. Przy tym poli­sh­roc­kowo, ale nie tylko Perfect i Lady Pank zespo­łowi w gło­wie. Słyszę Bitelsów, Belle & Sebastian i innych wraż­liw­ców, od któ­rych zresztą nie odże­gnują się muzycy. Serwisy inter­ne­towe, zazwy­czaj bez mru­gnię­cia okiem uwa­la­jące kra­jowe płyty z dobrymi tek­stami i świet­nymi melo­diami, pieją z zachwytu: 8, 10, 8. Widzą w tych 11 pio­sen­kach 11 sin­gli. Skaldów, Czerwone Gitary i Siekierę, tylko że lepszych.

Byłbym bar­dziej wstrze­mięź­liwy. Przypomnę, że zda­niem fachow­ców z por­tali „Poniżej kry­tyki” Papa Dance to sin­giel na sin­glu (w isto­cie w miarę nie­złych nume­rów było tam trzy). Na razie Nerwowe Wakacje to pod­ręcz­ni­kowy przy­kład inter­ne­to­wego hajpu, co wywo­łuje we mnie pewien nie­po­kój oraz nerwy. Które mając, cze­kam, co będzie dalej, nie tylko z tym zespo­łem, bo „Polish Rock” jest bar­dzo pozy­tyw­nym zna­kiem dla pol­skiego pio­sen­ko­pi­sar­stwa, pro­du­ko­wa­nia płyt, no i tek­ściar­stwa. A nawet dys­try­bu­cji. Na stro­nie Wytwórni Krajowej można dostać rzecz za darmo, elek­tro­nicz­nie, a następ­nie na wska­zany rachu­nek zapła­cić po uwa­ża­niu. Lub nic. Wydaje się jed­nak, że ten samiz­dat to nie jest nic, tylko sporo więcej.

Tekst uka­zał się w mie­sięcz­niku „Lampa”, numer 4/2011

myspace

PS Właściwie przy każ­dej recen­zji zamiast tych głu­pich gwiaz­dek czy cyfr powinna być cena, jaką autor zapła­ciłby za płytę. Dziesiątka — 80 zło­tych. Dwójka — 5. Sam wpła­ci­łem parę zło­tych panom Nerwowym, teraz mają mój adres i mogą mi, za prze­pro­sze­niem, wjechać.

Posted in: recenzje