Drugie wydaw­nic­two Mszy Święta w Altonie przy­no­si dwie istot­ne zmia­ny: zamiast kase­ty pły­ta, zamiast kon­cer­tu - stu­dio. Ten poważ­ny, obu­do­wa­ny teo­rią pro­jekt przy­no­si muzy­kę spra­wia­ją­cą przy­jem­ność i pobu­dza­ją­cą wyobraź­nię.

mszawaltonieMsza Święta w Altonie to nazwa współ­pra­cy muzy­ków zespo­łów kIRk (jed­ne­go z naj­waż­niej­szych debiu­tan­tów sce­ny impro­wi­zo­wa­nej w roku 2012) oraz Altona. W kwar­te­cie są Paweł Bartnik (elek­tro­ni­ka), Olgierd Dokalski (trąb­ka), Filip Kalinowski (gra­mo­fo­ny) i Wojciech Kwapisiński (gita­ra). Do tej pory spo­ty­ka­li się wyłącz­nie na sce­nie, a „Bezkrólewie” jest pierw­szym w ich histo­rii stu­dyj­nym nagra­niem. Przygotowali ten album zgod­nie ze swo­im prze­pi­sem na kon­cert, tyle że bez publicz­no­ści. To frag­men­ty kil­ku sesji.

Jednym z naj­waż­niej­szych zna­ków dzia­łań Mszy Świętej w Altonie jest powa­ga kon­tra­stu­ją­ca choć­by z doko­na­nia­mi czę­ści arty­stów (rów­nież impro­wi­zu­ją­cych) z wytwór­ni Lado ABC. Msza Święta w Altonie to gru­pa pil­nie samą sie­bie obja­śnia­ją­ca. „MŚwA to wypra­wa w nie­zna­ne. To impro­wi­za­cja i cią­gły dźwię­ko­wy dia­log. To trans i medy­ta­cja. To rytu­ał” - piszą. Jednak to, co robią, odwo­łu­je się nie do inte­lek­tu, ale do emo­cji czy intu­icji, a nawet do sfer bar­dziej jesz­cze ukry­tych. „Celem jest wej­ście w głę­bo­ką inte­rak­cję. Bez zbęd­nych orna­men­tów. Bez języ­ka i gestu”. No wła­śnie, tak lepiej.

I dla­te­go mogę napi­sać tu tyl­ko deli­kat­ne wpro­wa­dze­nie do tego, co cze­ka słu­cha­cza nie­oby­te­go jesz­cze z dwie­ma pły­ta­mi kIR­ka czy debiu­tanc­ką kase­tą Mszy Świętej w Altonie. A zatem - wznio­sła i poważ­na nazwa, wbrew pozo­rom nie prze­śmiew­cza, lecz odda­ją­ca cha­rak­ter uczest­nic­twa w muzyce/przygodzie/spotkaniu tych czte­rech męż­czyzn. Rzecz rzu­ca­ją­ca się w oczy: pod­kre­śla­ją, że „regu­ły są nie­zmien­ne”. Diabeł nie sie­dzi w for­mie: czy to impro­wi­za­cja, nuty czy poezja. Oni nie są poeta­mi, żad­na meta­fo­ra tu nie zadzia­ła. Pisanie „muzy­cy” też nie­ko­niecz­nie jest traf­ne, bo nie o har­mo­nię tu cho­dzi - czę­ściej o złe, mrocz­ne uczu­cia. Dlatego infor­ma­cje, że w ostat­nim „Do cna” Kalinowski i inni wymia­ta­ją bądź też „mówią nam spo­ro o nas samych” sobie daru­ję.

Zastanawiam się, czy dopusz­cze­nie do tego spo­tka­nia słu­cha­cza ma w ogó­le sens i skąd bie­rze się jakość jego dozna­nia. Na żywo z cie­ka­wo­ścią patrzy­łem na Kwapisińskiego, „doda­ne­go” do skła­du kIR­ka: on nie grał i też nie nie grał. Czułem też jed­nak, że publicz­ność nie rzu­tu­je na to, co robi zespół. W doko­na­niach Mszy odczu­wam, deko­du­ję na wła­sny uży­tek coś pra­daw­ne­go i głę­bo­ko pier­wot­ne­go, sen śnio­ny przez dziec­ko tysią­ce lat temu. W połą­cze­niu z nazwą i spo­so­bem dzia­ła­nia gru­py narzu­ca mi się obraz mszy try­denc­kiej: z języ­kiem dla pro­ste­go czło­wie­ka nie­do­stęp­nym, będą­cym tyl­ko zde­rze­niem dźwię­ków, oraz z kapła­nem, repre­zen­tan­tem Boga, odwró­co­nym ple­ca­mi. Ale nawet to odwró­ce­nie nie spra­wia, bym ja, uczest­nik, obser­wa­tor, chciał się odwró­cić - prze­ciw­nie, czu­ję się przy­ku­ty do miej­sca, wcią­ga­ny w ten teatr, tę rze­czy­wi­stość.

Mam poczu­cie bez­pie­czeń­stwa „w tym wszyst­kim” cha­rak­te­ry­stycz­ne dla snu. Wiem, że będzie kres. Że nie wcią­gnie mnie to na zawsze, ale też nie będzie dostęp­ne zawsze. Z pły­tą jest oczy­wi­ście ina­czej niż z kon­cer­tem, kon­cert to zaćmie­nie słoń­ca, któ­re moż­na z grub­sza prze­wi­dzieć, ale zda­rza się raz i póź­niej nie ma już podob­ne­go. W tym sen­sie pły­ta daje mniej, ale moż­li­wość powro­tu do „Bezkrólewia” ma sens i daje satys­fak­cję.

Tekst uka­zał się 11/7/14 w Wyborcza.pl/kultura - tam­że wię­cej recen­zji

Dodaj komentarz