Morrissey w Stodole, 24/7/2011

Posted on 25/07/2011 by

1


Wizytę Morrisseya w Warszawie przy­ćmiła mi sprawa nie­szczę­snego spro­sto­wa­nia w „Gazecie”, więc nie byłem w naj­lep­szej for­mie. Jestem jed­nak pewien, że kon­cert — krót­szy niż dwa lata temu, ale dłuż­szy niż kra­kow­skie 63 minuty — był gor­szy od tego z 2009 roku.

Moz w środku setu zagrał trzy nowe utwory „The Kid’s A Looker”, „Scandinavia”, „Action Is My Middle Name”, i trudno powie­dzieć, który z nich spo­tkał się z naj­chłod­niej­szym przy­ję­ciem. Nie było zmie­nia­nia koszul, nie było chó­ral­nych śpie­wów: „Morrissey, Morrissey”. W ogóle kon­takt arty­sty z publicz­no­ścią był słab­szy niż poprzed­nim razem. A może poprzedni raz wydaje się taki nie­do­ści­gniony dla­tego, że to był pierw­szy raz?

Z rze­czy, które ostat­nio umie­ścił w reper­tu­arze, podo­bało się „Alma Matters” z bar­dzo prze­cięt­nej płyty „Maladjusted” — świetny kawa­łek. „Ouija Board, Ouija Board” nie spo­wo­do­wała zamie­szek, ale nie­wy­mow­nie mi pode­szła, faj­nie wpi­sała się w dra­ma­tur­gię kon­certu. Było też „Everyday Is Like Sunday”. Najbardziej roz­po­zna­walna pio­senka Morrisseya to też naj­le­piej znany publicz­no­ści tekst. Emocje — były. Do tego jesz­cze bra­wu­rowe wyko­na­nie „Satellite Of Love” Lou Reeda, które jest ostat­nio sta­łym punk­tem pro­gramu kon­cer­tów Morrisseya.

Najmocniejsze wra­że­nie zro­biło „Meat Is Murder”, w ogóle zespół wystą­pił w koszul­kach „McCruelty — I’m hatin it”, więc utwór ten był nie­uchronny i rze­czy­wi­ście nastą­pił jako ostatni w secie. Mocny finisz tego utworu był ozdobą kon­certu, naprawdę poru­sza­jące. Dla odmiany wstęp był żenu­jący: Moz stwier­dził, że wpraw­dzie w Norwegii zgi­nęło sporo ludzi i to bar­dzo smutne, ale codzien­nie w Kentucky Fright Chicken i McDonald’s doko­nuje się maso­wych mordów.

Później nastą­piło bisowe „There Is A Light That Never Goes Out”, zagrane przez zespół ciszej i deli­kat­nie, piękna oka­zja do zaśpie­wa­nia tak, żeby arty­stom poszło w pięty. Okazja wyko­rzy­stana, ale Morrissey nie poczuł się zachę­cony do kon­ty­nu­owa­nia bisu. A może po pro­stu zabra­kło już moc­nych nume­rów w repertuarze?

W każ­dym razie w kwe­stii The Smiths ogra­ni­czył się do czte­rech pio­se­nek, a to chyba nie tylko moim zda­niem naj­waż­niej­sze lata jego kariery. Układ występu — na począ­tek Smiths, na koniec Smiths i na bis Smiths — świad­czy o tym, że Morrissey uważa chyba, iż przez te wszyst­kie lata solo­wej kariery nie doro­bił się kon­cer­to­wych kile­rów na miarę tych napi­sa­nych przez Marra. Skromny jest. Po wystę­pie w Stodole za takie uznaję moje ulu­bione „First Of The Gang To Die”, do tego „Irish Blood, English Heart” i „You Have Killed Me”, może „I’m Throwing My Arms Around Paris”.

Jeszcze zda­nie o Stodole. Ja nie jaram, ale część publicz­no­ści sro­dze się zawio­dła, gdy wyszła na deszcz na skra­wek podwórka, w nadziei, że można tam palić. Nie można było palić nigdzie i nie można było wycho­dzić, gdy się już weszło do środka. Jeden pisarz (palący) sko­men­to­wał to tak: „Dajcie mi jakie­goś ham­bur­gera, wci­snę do środka kiepa i w niego rzucę”. Oczywiście w kiblu widocz­ność wyno­siła około metra. No, ale przy­naj­mniej były wege­bur­gery, niedrogo.

Posted in: koncerty