Gra­nie Los Cam­pe­si­nos nie­wie­le ma wspól­ne­go z tym, co dzia­ło się w mu­zy­ce w 2008 ro­ku, nie na­da­je się do tań­ców, przy­naj­mniej nie pod szkla­ną ku­lą. Kon­ser­wa w ży­we oczy. Ener­ge­tycz­ne i ży­we, chwy­tli­we i uro­cze ka­wał­ki.

campesinos-holdonPierw­sza pły­ta Los Cam­pe­si­nos ma już pra­wie rok, od tam­tej po­ry zdą­ży­li wy­dać ko­lej­ną, ale z oka­zji rocz­ni­cy dwa sło­wa o de­biu­cie.

Gru­pa je­st z Wa­lii, skła­da się z sied­miu osób. W prze­ci­wień­stwie do po­dob­nie licz­ny­ch i na po­cząt­ku ka­rie­ry po­dob­nie płod­ny­ch Bel­le And Se­ba­stian ro­bi du­żo ha­ła­su. Ich pio­sen­ki, bo to są pio­sen­ki - te lep­sze trwa­ją gó­ra trzy mi­nu­ty - ope­ru­ją kon­tra­stem ci­cho-gło­śno wzię­tym od Pi­xies (prze­cho­dzi to w gło­śno-gło­śno ła­ma­ne za­ska­ku­ją­cy­mi ryt­ma­mi - od tzw. cza­py). Strasz­nie bo­ją się nu­dzić, coś się cią­gle mu­si dziać - i dzie­je się. Cha­rak­te­ry­stycz­ne je­st peł­ne, aż za bo­ga­te brzmie­nie opar­te na akor­da­ch gi­ta­ry jak u Del­ga­dos i rów­nież po­dob­na do tam­ty­ch za­ba­wa w szta­fe­tę wo­ka­lu dziew­czy­ny i chło­pa­ka. Krzy­ki i wrza­ski w re­fre­na­ch, ży­wioł i ra­do­ść ca­ły czas (ta­cy Del­ga­dos czę­sto nie­wy­obra­żal­nie smę­ci­li - po­rów­na­nie do­ty­czy więc tej ich gło­śniej­szej stro­ny, zwłasz­cza wcze­sny­ch na­grań). Mo­men­ta­mi do­cho­dzi to wrę­cz do cze­goś w po­dob­ne­go do Pus­sy Ga­lo­re, oczy­wi­ście po bry­tyj­sku.

Opró­cz utwo­ru otwie­ra­ją­ce­go „De­ath To Los Cam­pe­si­nos!” (już z ty­tu­łu Pi­xies, praw­da?) wy­róż­nia się „You! Me! Dan­cing!” trwa­ją­ce pod sie­dem mi­nut. Ty­tuł pio­sen­ki pięk­ny i zwod­ni­czy - gra­nie Los Cam­pe­si­nos nie­wie­le ma wspól­ne­go z tym, co dzia­ło się w mu­zy­ce w 2008 ro­ku, nie na­da­je się do tań­ców, przy­naj­mniej nie pod szkla­ną ku­lą. Kon­ser­wa w ży­we oczy, tu okra­szo­na ka­li­for­nij­skim rif­fem w sty­lu Pa­ve­ment (plus dzwon­ki-cym­bał­ki). Ener­ge­tycz­ne i ży­we, chwy­tli­we i uro­cze ka­wał­ki - Los Cam­pe­si­nos otwar­cie da­ją spo­kój z dys­ko­te­ko­wy­mi bi­ta­mi, z sza­łem po­wro­tu do lat 80. Że­by oce­nić, czy do­brze na tym wy­szli, trze­ba bę­dzie jesz­cze kil­ku lat. War­to choć na chwi­lę ode­rwać się z ni­mi od pe­le­to­nu, a to, czy ucie­kli do przo­du, czy za­ga­pi­li się i zo­sta­li w ty­le - przez tę chwi­lę nie je­st aż ta­kie waż­ne.

oce­na: 7/10, na ro­wer i w dro­gę!

Dodaj komentarz