Dla „Lampy” roz­ma­wiam z zespo­łem Kim Nowak dzień przed pierw­szym kon­cer­tem w Powiększeniu. O tym, jaka muzy­ka jest naj­bli­żej uli­cy. O tym, kie­dy trze­ba iść do domu i się prze­spać, co robić w waka­cje i czy język pol­ski jest faj­niej­szy niż MySpace.

JACEK ŚWIĄDER: Bartek, roz­ma­wia­łeś z „Lampą” trzy lata temu. PDW porów­nał cię wte­dy do Sidneya Polaka - mówił, że obaj jeste­ście jak­by mię­dzy rapem a muzy­ką gita­ro­wą. Odpowiedziałeś: ja tam nie jestem zupeł­nie gita­ro­wy.

BARTEK WAGLEWSKI: Mi bar­dziej cho­dzi­ło o to, że... Nie lubi­łem takie­go łącze­nia gatun­ków, mimo że jestem bar­dzo eklek­tycz­nie nasta­wio­ny do muzy­ki, lubię słu­chać wszyst­kie­go i tak dalej. Nie pamię­tam, o co tam do koń­ca cho­dzi­ło, nato­miast oczy­wi­ście, na tym eta­pie, na któ­rym roz­ma­wia­łem z Pawłem, nagry­wa­li­śmy w duecie, nagry­wa­li­śmy jako Fisz Emade. To są rze­czy, któ­re trak­tu­je­my na zasa­dzie takiej wspól­nej wizji muzycz­nej, któ­ra jed­nak ocie­ra się o hip-hop, o bar­dzo syn­te­tycz­ne brzmie­nia. Natomiast gita­ro­wej muzy­ki słu­cha­li­śmy zawsze, pamię­tam zresz­tą, że w tym wywia­dzie opo­wia­da­łem, jak bar­dzo lubię na przy­kład zespół The Clash. Paweł też na pew­no dobrze to pamię­ta, sam porów­ny­wał kie­dyś naszą wer­sję „Zapomnij” do utwo­ru The Clash. Płyty w duecie brzmią wła­śnie tak syn­te­tycz­nie, a Tworzywo to był zespół, żywy zespół, któ­ry nie bał się tak napraw­dę nicze­go, jeże­li cho­dzi o dźwięk.

Mieliście gita­ro­wy zespół już w liceum. Dlaczego wra­ca­cie do takie­go gra­nia dopie­ro teraz?

PIOTREK WAGLEWSKI: Ja to widzę tak, że fak­tycz­nie, we wcze­snych latach moje­go życia inte­re­so­wa­łem się muzy­ką meta­lo­wą, póź­niej hardcore’ową i gra­łem na per­ku­sji. Potem były lata dzie­więć­dzie­sią­te, jak już przy­szła fascy­na­cja hip-hopem, i wyda­je mi się, że pra­co­wa­li­śmy przez ten czas - czy­li od pierw­szej naszej pły­ty „Polepione dźwię­ki” - nad naszym wła­snym sty­lem i każ­da pły­ta była jakimś naszym speł­nie­niem. Chcieliśmy, przy­naj­mniej ja chcia­łem, zapre­zen­to­wać bity, któ­re w danym momen­cie uwa­ża­łem za wła­śnie takie, jakie mnie inte­re­su­ją, jakie są dobre. Wydaje mi się, że cała dro­ga do pły­ty „Heavi Metal” to jest taki okres roz­wo­ju, któ­ry dopro­wa­dził nas do takie­go eta­pu, w któ­rym osią­gnę­li­śmy stan stu­pro­cen­to­we­go zado­wo­le­nia. Myślę, że „Heavi Metal” jest naszą naj­lep­szą pły­tą, naj­bar­dziej doj­rza­łą. Dla mnie, jako beat­ma­ke­ra, jest naj­bar­dziej doj­rza­ła muzycz­nie, naj­le­piej zro­bio­na, wypro­du­ko­wa­na. W tym momen­cie poczu­łem, że robię rze­czy, z któ­rych tak napraw­dę jestem w stu pro­cen­tach zado­wo­lo­ny i że ten poziom może spro­stać moim ocze­ki­wa­niom. Po tej pły­cie poczu­łem taką ulgę i pomy­śla­łem, że faj­nie było­by zro­bić coś takie­go jak Kim Nowak.

No wła­śnie, czu­ję, że to tro­chę zaba­wa. Jest luz, nie ma non­sza­lan­cji, tyl­ko radość, to jest bar­dzo żywe.

B.W.: To faj­nie, że to sły­chać, to jest miłe, bo cały pro­jekt powstał na pró­bach, cała pły­ta zosta­ła nagra­na na tak zwa­ną set­kę. Oczywiście spo­ty­ka­li­śmy się i pró­bo­wa­li­śmy wcze­śniej - łupa­li­śmy, wymy­śla­li­śmy te wszyst­kie rif­fy - ale zde­cy­do­wa­li­śmy, że nagry­wa­my na żyw­ca, że tych śla­dów chce­my nagrać jak naj­mniej i ten trzon brzmi trosz­kę jak pod­czas pró­by. Myślę, że dzię­ki temu czuć to, o czym mówisz. Z jed­nej stro­ny ener­gię i emo­cje, z dru­giej stro­ny tę radość z tego, że może­my dawać cza­du w trio - bas, gita­ra, bęb­ny - jak Nirvana (śmiech).

W cza­sach lice­al­nych we dwóch gra­li­ście coś podob­ne­go, ale nowo­cze­śniej - hard­co­re, metal. Teraz wybi­ja się ten czyn­nik lat sześć­dzie­sią­tych, sie­dem­dzie­sią­tych, kla­sycz­ne gita­ro­we rif­fy - to wpływ Michała?

MICHAŁ SOBOLEWSKI: Ja się wycho­wa­łem na muzy­ce z tego okre­su i ona mnie ukształ­to­wa­ła na gita­rzy­stę, któ­ry szu­ka tych brzmień, nawią­zu­je do tych kla­sycz­nych, sfuz­zo­wa­nych gitar. Dlatego gita­ra w Kim Nowak brzmi wła­śnie tymi sześć­dzie­sią­ty­mi. Nie da się tego unik­nąć i to jest faj­ne, bo mi się ta muzy­ka bar­dzo podo­ba.

P.W.: Głównym moto­rem tej pły­ty są rif­fy, tak napraw­dę jest to muzy­ka rif­fo­wa, więc Michał speł­nia tu istot­ną rolę.

B.W.: W latach sześć­dzie­sią­tych to jesz­cze było faj­ne, że muzy­ka roc­kan­drol­lo­wa - przy­naj­mniej w ich pierw­szej poło­wie - nie była taka pate­tycz­na. Dopiero lata sie­dem­dzie­sią­te to już były te dłu­gie wło­sy, ten pisz­czą­cy Plant, fajer­wer­ki, póź­niej poja­wił się Van Halen i tak dalej. A lata sześć­dzie­sią­te to był Hendrix - gdy on nagry­wał swo­je pły­ty, to nie miał w ogó­le kasy. Niszczył te gita­ry i... ja nie wiem, skąd on je w ogó­le brał póź­niej (śmiech).

M.S.: To był taki okres. Black Sabbath, Led Zeppelin - te naj­bar­dziej zna­ne zespo­ły, teraz już legen­dar­ne - oni to wymy­śli­li, robi­li to napraw­dę po swo­je­mu, nie było żad­nej ide­olo­gii, nie towa­rzy­szy­ły temu żad­ne zobo­wią­za­nia. Chociaż media już wte­dy nakrę­ca­ły sytu­ację i Black Sabbath to niby byli sata­ni­ści z odwró­co­ny­mi krzy­ża­mi. Oni oczy­wi­ście śmia­li się z tego, nie mie­li nic wspól­ne­go z żad­nym ruchem reli­gij­nym czy anty­re­li­gij­nym, po pro­stu gra­li rock and rol­la.

Czy teraz wam tego bra­ku­je? Takiego czy­ste­go podej­ścia?

M.S.: Mi nie bra­ku­je, bo ja mam takie podej­ście (śmiech). W muzy­ce, cóż, myślę, że cały czas powsta­ją świe­że zespo­ły. Chociaż każ­de­go moż­na porów­nać - rock and roll jest bar­dzo sta­ry i jeże­li gra się z prze­ste­rem na gita­rze, to wia­do­mo, że gdzieś tam słu­cha­ło się czy Hendrixa, czy Black Sabbath, czy Nirvany.

B.W.: Myślę, że to będzie tro­chę wra­ca­ło, jest całe to zagłę­bie Detroit w Ameryce, któ­re po pro­stu gra rock and rol­la - bar­dzo pro­ste­go i już zna­ne­go, ale z wiel­kim cza­dem, wła­śnie z takim kopem, któ­re­go pew­nie mi bra­ko­wa­ło. W muzy­ce roc­ko­wej były prze­cież lata osiem­dzie­sią­te, kie­dy nagry­wa­ło się te pla­sti­ko­we bęb­ny, kie­dy Sting ściął wło­sy i nawet Bob Dylan nagry­wał kosz­mar­ne pły­ty. Później lata dzie­więć­dzie­sią­te, gdy to się oży­wi­ło - było Rage Against The Machine, był Primus, były zespo­ły, któ­re strasz­nie moc­no gra­ły, w taki bar­dzo natu­ral­ny spo­sób. Fajnie, że to mia­ło zaple­cze zwią­za­ne z uli­cą. Ta muzy­ka, owszem, była wyda­wa­na w wiel­kich wytwór­niach, ale ona naro­dzi­ła się zupeł­nie gdzieś indziej. A dzi­siej­sze zespo­ły są faj­ne, one gra­ją faj­ne pio­sen­ki, ale to są tyl­ko faj­ne pio­sen­ki. Większość tych zespo­łów strasz­nie dużo cza­su spę­dza przed lustrem - grzyw­ki w lewą stro­nę, w pra­wą stro­nę, każ­dy zespół ma jakiś swój wize­ru­nek. Tak jak w latach osiem­dzie­sią­tych. No ale w tym samym cza­sie powsta­ją też takie pły­ty jak na przy­kład One Day As A Lion [zespół zało­ży­li Zack de la Rocha z Rage Against The Machine i Jon Theodore z Mars Volta - JŚ]. Wydaje mi się, że jest taka tęsk­no­ta do bar­dzo pro­ste­go, moc­ne­go, zadzior­ne­go gra­nia.

W refre­nie „Szczura” woka­le bez tek­stu przy­po­mi­na­ją „Immigrant Song” Led Zeppelin, póź­niej jest zupeł­nie jak u Hendrixa - czar­ne gra­nie bęb­nów i basu. Sekcja jest czar­no-hard­ko­ro­wa, a gita­ra wprost nawią­zu­je do lat sześć­dzie­sią­tych. To, co gra­cie, to suma wszyst­kie­go, cze­go słu­cha­li­ście?

B.W.: To wszyst­ko gdzieś jest. Znamy muzy­kę lat sześć­dzie­sią­tych bar­dzo dobrze, ale my się też prze­ciw niej bun­to­wa­li­śmy - wzię­li­śmy się za kom­pu­te­ry, w pew­nym momen­cie nie chcie­li­śmy grać na gita­rach. Z kolei Michał jest oso­bą, któ­ra gra na gita­rze w taki emo­cjo­nal­ny, faj­ny spo­sób, a całość wypro­du­ko­wał Piotrek, któ­ry wcho­dząc do stu­dia, miał już goto­wy pomysł.

Perkusista i pro­du­cent w jed­nym. Mówiłeś, jak kto ma grać?

P.W.: To jest tak, że jestem per­ku­si­stą, reali­za­to­rem i rów­nież mik­su­ję te pły­ty, czy­li sam ukrę­cam brzmie­nie per­ku­sji. Nikt nie ma wpły­wu na to, jak moje bęb­ny zabrzmią. Najczęściej per­ku­si­ści zosta­wia­ją to reali­za­to­rom - dają jakieś swo­je wska­zów­ki, a efekt koń­co­wy nale­ży do reali­za­to­ra. Ja aku­rat mam ten plus, że mogę swo­je brzmie­nie zro­bić dokład­nie tak, jak chcę, nic nie muszę niko­mu mówić, po pro­stu to robię. Więc to jest faj­ne. A jeże­li cho­dzi o pro­duk­cję, to nie, oczy­wi­ście nie mówi­łem chło­pa­kom, co, gdzie i jak ma być zagra­ne. Wszystko wyszło z nas trzech po rów­no, wyda­je mi się, że podział jest tu bar­dzo spra­wie­dli­wy, jeże­li cho­dzi o kom­po­zy­cje i tak dalej. Moja rola pole­ga­ła na tym, żeby to brzmia­ło - żeby uzy­skać takie brzmie­nie, jakie chło­pa­ki chcą uzy­skać. Dlatego musia­łem zna­leźć odpo­wied­nie miej­sce i to wszyst­ko sobie prze­my­śleć - na jakim sprzę­cie to zmik­so­wać, jak to zro­bić, żeby to brzmia­ło... w sumie tak jak brzmi. Wydaje mi się, że to wyszło, tak jak mia­ło wyjść, jeste­śmy wszy­scy z tego zado­wo­le­ni.

Wcześniej robi­łeś też pły­tę Waglewski Fisz Emade. To była two­ja pierw­sza stric­te gita­ro­wa pły­ta?

P.W.: Tak, to była pierw­sza taka gita­ro­wa rzecz, z któ­rą się zetkną­łem, ale było na niej też dużo gita­ry aku­stycz­nej. Jeśli cho­dzi o kom­po­zy­cje, to tutaj duża jest rola nasze­go ojca, więk­szość utwo­rów zosta­ła skom­po­no­wa­na przez nie­go. Miałem rolę tak napraw­dę reali­za­to­ra i pro­du­cen­ta, któ­ry czu­wa nad brzmie­niem, mało inge­ro­wa­łem w kom­po­zy­cje. Przy Kim Nowak mia­łem wię­cej do powie­dze­nia pod tym wzglę­dem.

Skąd for­mu­ła trio?

P.W.: Chcieliśmy pójść w stro­nę mini­ma­li­zmu, czy­li oddać czy­ste emo­cje poprzez trzy instru­men­ty, nie­an­ga­żo­wa­nie do tego więk­szej licz­by ludzi. Bardzo nam się podo­ba ta mini­mal­na for­ma, acz­kol­wiek i tak nie jest ona aż tak mini­mal­na, jak w nie­któ­rych przy­pad­kach, na przy­kład Black Keys czy zespół The White Stripes, któ­re są ogra­ni­czo­ne do dwóch instru­men­tów. Ale bar­dzo nam się spodo­ba­ło to, że przy pomo­cy małych środ­ków moż­na zro­bić faj­ną, przy­naj­mniej dla nas, dużą rzecz.

Rozmawiamy o zagra­nicz­nych zespo­łach, a coś z pol­skich wam się podo­ba?

B.W.: Ja na przy­kład bar­dzo lubię Ściankę, szcze­gól­nie pierw­szą pły­tę. To był pierw­szy taki zespół, gdzie wszyst­ko było prze­ste­ro­wa­ne. Tekstowo bar­dzo faj­ne, nie­do­po­wie­dzia­ne, trosz­kę sur­re­ali­stycz­ne...

P.W.: Także lubi­li­śmy Starych Singers...

B.W.: Tak, bar­dzo dobry skład z war­szaw­skiej sce­ny. Ale też te wcze­śniej­sze rze­czy, pierw­sze rze­czy Lecha Janerki, ostat­nio słu­cha­li­śmy Klausa Mittfocha, tam było strasz­nie dużo emo­cji, strasz­nie dużo krzy­cze­nia...

M.S.: Mi się pierw­sze Voo Voo bar­dzo podo­ba­ło.

B.W.: Jest tej muzy­ki tro­chę.

W „Pistolecie” śpie­wasz wyso­ko „aaa” - zupeł­nie jak Maciek Cieślak w „Białych waka­cjach” Ścianki, póź­niej w tek­ście jest fra­za „koń­czą się waka­cje”. To świa­do­me nawią­za­nie do Ścianki, do ich brud­nych, rif­fo­wych kawał­ków?

B.W.: No rze­czy­wi­ście, dla mnie to jest aku­rat bar­dzo faj­ne porów­na­nie, ale każ­dy sły­szy, co chce. Co tu ukry­wać, muzy­ka roc­ko­wa tak napraw­dę - czy tam jesteś wię­cej Bo Diddleya czy Sonic Youth - wszyst­ko jest gdzieś takie samo i podob­ne. Ty usły­sza­łeś Ściankę, ktoś może usły­szeć nawet Alice In Chains... Ale też Yo La Tengo ktoś usły­szał. Byliśmy bar­dzo zdzi­wie­ni, bo to jakiś czło­wiek, któ­ry śle­dził Kim Nowak, cze­kał na tę pły­tę. Ja znam Yo La Tengo, znam kil­ka ostat­nich płyt, a tego utwo­ru [„Pass The Hatchet, I Think I’m Goodkind” - JŚ] zupeł­nie nie zna­łem. Dziś go sobie odtwo­rzy­li­śmy, i rze­czy­wi­ście, bar­dzo cie­ka­wa rzecz - har­mo­nicz­nie jest bar­dzo podob­ny. Cała budo­wa utwo­ru jest dość podob­na, tam też jest taki riff baso­wy... No ale to jest wła­śnie dowód na to, że wszyst­ko, kur­cze, już po pro­stu było - to jest tyl­ko kwe­stia tego, jak to jest poda­ne i czy to jest faj­ne, czy to jest szcze­re, czy to dzia­ła.

Yo La Tengo też nagry­wa­li pły­tę pun­kroc­ko­wą pod inną nazwą (Condo Fucks). W Kim Nowak pod­pi­su­je­cie się swo­imi nazwi­ska­mi, a nie zna­ny­mi ksyw­ka­mi. Czy tak jak mówił Piotrek, nastą­pi­ło już jakieś speł­nie­nie i chce­cie otwo­rzyć nową kar­tę?

B.W.: Ja bym się nie bawił w zamy­ka­nie. Gramy sobie, są rado­sne kon­cer­ty, mie­li­śmy teraz strasz­nie dłu­gą tra­sę po „Heavi Metalu” i pew­nie będzie nam się do sie­bie wra­ca­ło dosko­na­le, ale faj­nie jest sobie cza­sem odpo­cząć. Po pro­stu, nie ma mowy o otwie­ra­niu nowych kart. Dla mnie oso­bi­ście Kim Nowak to jest taka sta­ra pły­ta, to zna­czy tak sta­ry pomysł na gra­nie, któ­ry mia­łem jesz­cze gdzieś w liceum. Nigdy go nie zre­ali­zo­wa­łem, bo nie kupi­łem sobie wcze­śniej basów­ki, bo Piotrek, kie­dy się roz­krę­cał i miał już bęb­ny, to chciał grać zupeł­nie co inne­go. A tu się spo­tka­li­śmy w tym cza­sie, spo­tka­ły się trzy oso­by, któ­re chcia­ły razem coś nagrać. Ale na pew­no nie chcie­li­śmy tego wmik­so­wać w to, co robi­li­śmy już wcze­śniej jako Fisz Emade czy jako Tworzywo, bo szko­da by było. Bo to jest jak­by taka jed­na ksią­żecz­ka od począt­ku do koń­ca i nie ma co z tam­tą całą ban­dą mie­szać. Tylko dla­te­go.

A tek­sty Kim Nowak? Zupełnie inna pra­ca, dużo krót­sze.

B.W.: No tak. Ja aku­rat lubię bar­dzo tak pisać.

Dużo jest tu tego moty­wu, że coś się zja­da, poże­ra, poły­ka - domy, auto­bu­sy, kina, ban­ki, uli­ce, dachy - ten motyw koja­rzy mi się futu­ry­stycz­nie, dużo mia­sta, gwał­tow­ność, wital­ność. I gra to z muzy­ką.

B.W.: Tak, taki motyw na pew­no jest w „Szczurze”, „Pistolecie”, chy­ba w „Gromie”. Ja się nie czu­ję woka­li­stą. Ja się sta­ram prze­tłu­ma­czyć, opo­wie­dzieć, o co nam cho­dzi w tych dźwię­kach, nakre­ślić, jakie emo­cje temu towa­rzy­szą. Jak sły­sza­łem riff do „Rekina”, to wie­dzia­łem, że to jest rekin, od razu wie­dzia­łem, że póź­niej, sto­jąc na sce­nie, gra­jąc ten numer, będę chciał opo­wie­dzieć pań­stwu, że zaraz ich zeżrę. To jest czy­sto emo­cjo­nal­na sytu­acja, zresz­tą są inne, bar­dzo róż­ne tek­sty. Ja lubię „Nóż”, „Spacer” i tak dalej, czy „King Kong”, taki pro­sty. Pierwsze takie tek­sty, pamię­tam, pisa­łem na „Męskiej muzy­ce” [pro­jekt Waglewski Fisz Emade, 2008 - JŚ] i strasz­nie polu­bi­łem tę for­mę, bo ona jest taka oszczęd­na, a bar­dzo przy­jem­na w pisa­niu. Fajna robo­ta jest.

Mówiłeś o rif­fie z „Rekina”. Michał, przy­no­sisz goto­we rif­fy? Od cze­go zaczy­na­cie?

M.S.: Z „Rekinem” to nie pamię­tam, jak było, ale więk­szość kawał­ków powsta­wa­ła na pró­bie. Po pro­stu bra­łem do ręki gita­rę, zaczy­na­łem grać i gdy nikt na to nie reago­wał w żaden spo­sób - to zna­czy nie dokła­dał swo­jej par­tii czy nie komen­to­wał tego, że faj­ne - to odkła­da­łem, sze­dłem zapa­lić papie­ro­sa czy napić się coli i pró­bo­wa­łem zno­wu. Ale naj­czę­ściej było tak, że gra­łem coś i na to była reak­cja: o faj­ne, faj­ne, rób­my to! I tak to powsta­wa­ło.

B.W.: Sam „Rekin” strasz­nie się zmie­niał. Główny riff na zwrot­kę jest Michała... ogól­nie był to utwór, któ­ry ja wymy­śli­łem, no, ale nie­ste­ty nic tam nie zosta­ło z tego pierw­sze­go „Rekina”. Na samym koń­cu był jesz­cze taki refre­nik z moim rif­fem, któ­rym się cie­szy­łem, to Piotrek powie­dział, że to trze­ba wyciąć, i powstał taki moc­ny, moc­ny kawa­łek gita­ro­wy. Więc one się zmie­nia­ły, ale to było tak, że pró­by były naj­faj­niej­szym testem. Albo coś wyszło, albo trze­ba było iść do domu i się prze­spać, od począt­ku do koń­ca. A Piotrek był taką oso­bą, któ­ra mówi­ła: to do widze­nia, to wra­ca, ostat­nie zda­nie czę­sto do nie­go nale­ża­ło.

Jesteście zado­wo­le­ni z pły­ty?

B.W.: Ja mam tak, że gdy nagry­wam pły­tę, to już nie­chęt­nie do niej wra­cam. Wtedy byłem zado­wo­lo­ny bar­dzo, bo chcia­łem to nagrać. Przede wszyst­kim cho­dzi o to, o czym roz­ma­wia­li­śmy wcze­śniej z Piotrkiem - o to brzmie­nie. Przez to, że to jest pro­ste gra­nie, w samej for­mie dość oczy­wi­ste - jest tam refren, zwrot­ka i tak dalej - chcie­li­śmy, żeby to brzmia­ło tak, jak sobie to wymy­śli­li­śmy. Nie chcie­li­śmy bli­skich bęb­nów, takich z pogło­sem, z wer­blem, jak to jest w osiem­dzie­się­ciu pro­cen­tach w pol­skiej pro­duk­cji. Jak już ten bas, to chcie­li­śmy, żeby on char­ko­tał, ale miał też ten dół. Przester gita­ro­wy - też nie chcie­li­śmy, żeby to był taki fuzz metal, wiesz, nie­bie­ski, błysz­czą­cy, tyl­ko cie­pły i jak naj­bar­dziej zbli­żo­ny do tego, jak grał Hendrix. Jemu nicze­go nie bra­ko­wa­ło w tej gita­rze. Ale teraz myślę już o kon­cer­tach, bo nagry­wa­jąc całą pły­tę, myśle­li­śmy już o kon­cer­tach - że to jest faj­ny mate­riał, żeby się póź­niej powy­głu­piać na sce­nie, ale zara­zić takim cza­dem, pro­stym.

Jutrzejszy kon­cert w Powiększeniu jest pierw­szy? Był już występ w „Trójce”.

B.W.: W „Trójce” to był aku­rat w Offsesji u Piotra Stelmacha, spo­tka­li­śmy się, czte­ry utwo­ry zagra­li­śmy sobie. A to będzie pierw­szy taki kon­cert, że przyj­dzie sobie tro­chę ludzi. Gramy serię takich małych kon­cer­tów, strasz­nie mi na tym zale­ża­ło, żeby były to takie klu­by dwu­stu­oso­bo­we. Gramy w Powiększeniu, gra­my jesz­cze w Krakowie w Łodzi Kaliskiej, Pod Minogą w Poznaniu - też w takim bar­dzo faj­nym małym klu­bie. I strasz­nie się z tego cie­szy­my, bo lubi­my tak grać, a nie­czę­sto się nam to zda­rza. Ale całą tra­sę, mam nadzie­ję, zagra­my jakoś po waka­cjach. W waka­cje nie moż­na grać w klu­bach, bo stu­den­ci się bawią za dar­mo na wiel­kich festi­wa­lach (śmiech). Nie festi­wa­lach, tyl­ko juwe­na­liach. No i klu­by się zamy­ka­ją.

Mówiliście, że jakieś frag­men­ty wypa­da­ły. Macie jesz­cze jakiś mate­riał w zana­drzu, czy na kon­cer­tach będzie­cie grać wię­cej, niż jest na pły­cie?

P.W.: Z sesji pły­to­wej nic nie zosta­ło, wszyst­ko, co nagra­li­śmy, zosta­ło wyko­rzy­sta­ne na pły­cie. Na kon­cer­ty mamy jesz­cze jakieś utwo­ry instru­men­tal­ne, któ­re się będą prze­pla­ta­ły z tymi nume­ra­mi. Chcemy grać na kon­cer­tach aran­ża­cje bar­dzo podob­ne do aran­ża­cji pły­to­wych, więc tam za wie­le nie zmie­nia­li­śmy, i podo­ba nam się to, że zagra­my to tak, jak jest to nagra­ne na pły­cie. Gramy we trój­kę, tych kla­wi­szy, któ­re sły­chać w nie­któ­rych kawał­kach, nie będzie na kon­cer­tach.

Nie wybie­ra­cie się na festi­wa­le?

B.W.: Na pew­no gra­my na Offie [w Katowicach, 5-8 sierp­nia - JŚ], poja­wi­my się też jesz­cze gdzieś w Polsce.

Gracie razem od poprzed­nie­go stu­le­cia, wypra­co­wa­li­ście sobie podział zadań, któ­ry świet­nie dzia­ła. W tym pro­jek­cie Michał jest na rów­nych pra­wach. Jak ci się pra­cu­je z ludź­mi, któ­rzy poro­zu­mie­wa­ją się mię­dzy sobą bez słów?

M.S.: Bardzo dobrze mi się pra­cu­je, bo pra­cu­ję z pro­fe­sjo­na­li­sta­mi. Szybko zna­leź­li­śmy wspól­ny język. Każdy z nas jest inny, ale na tej naj­waż­niej­szej dla nas płasz­czyź­nie muzycz­nej komu­ni­ka­cja jest zna­ko­mi­ta.

Dla was Kim Nowak to wynik ewo­lu­cji, a mi się wyda­je, że dla słu­cha­czy ta pły­ta może być spo­rym zasko­cze­niem.

B.W.: Wydaje mi się, że z jed­nej stro­ny Kim Nowak to zupeł­nie nowy pro­jekt - jest to muzy­ka gita­ro­wa, jest to hała­śli­we, jest to muzy­ka, za któ­rą tęsk­ni­li­śmy przez dłuż­szy czas, a jed­nak bar­dzo tam sły­chać nas, przy­naj­mniej Piotrka. Michała tam sły­chać naj­gło­śniej (śmiech). Chodzi mi o spo­sób gra­nia Piotrka, któ­ry jest bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ny, któ­ry już miał swo­je miej­sce czy na pły­cie „Heavi Metal”, czy pod­czas kon­cer­tów Tworzywa i tak dalej, gdzieś tam są moje tek­sty czy głos... Na pew­no nie jest tak, że zapusz­cza­my dłu­gie wło­sy, wcho­dzi­my w skó­ry i roz­wa­la­my sprzęt na sce­nie. Ja bym bar­dzo chęt­nie roz­wa­lił sprzęt na sce­nie, ale mnie na to nie stać zupeł­nie (śmiech), więc nie wiem, jak to się skoń­czy.

Podobny prze­skok jak wy wyko­nał w 1991 roku Kazik (w podob­nym wie­ku, miał 28 lat), nagry­wa­jąc „Spalam się”. Zresztą na tam­tej pły­cie zagrał też wasz ojciec. Kazika widzia­łem ostat­nio w pro­gra­mie Krzysztofa Szewczyka „Wideoteka doro­słe­go czło­wie­ka”, opo­wia­dał m.in. o rze­czach swo­je­go ojca, któ­re nagrał.

B.W.: Nigdy nie mia­łem pro­ble­mu z róż­no­rod­no­ścią, z poru­sza­niem się w róż­nych sty­lach muzycz­nych. Jest coś takie­go: gdy ja byłem w liceum - jest bar­dzo sil­na sytu­acja, że jak jesteś pun­kow­cem, to musisz mieć tę anar­chię, musisz mieć te czar­ne buty. Jak jesteś heavy­me­ta­low­cem, to musisz mieć pen­ta­gram i tak dalej. Ale myślę, że my wszy­scy jak tutaj sie­dzi­my, gra­my dla­te­go, że lubi­my muzy­kę, po pro­stu. Ona nam daje radość i jesz­cze zara­bia­my na tym pie­nią­dze. Udaje się jakoś. Tak to bym musiał od rana do wie­czo­ra cho­dzić do pra­cy (śmiech). Strasznie to by była nie­ko­rzyst­na sytu­acja.

Kazik jest w pol­skiej muzy­ce wzo­rem wszech­stron­ne­go arty­sty, się­ga na róż­ne pół­ki i nagry­wa, co chce. Wydaje mi się, że idzie­cie tro­pem tego typu wyko­naw­ców?

P.W.: Nie lubię za bar­dzo fawo­ry­zo­wać jed­nych pol­skich arty­stów, żeby nie robić przy­kro­ści innym albo nie doda­wać skrzy­deł wła­śnie tym. Ale myślę, że jak naj­bar­dziej prze­wi­ja się tutaj postać Kazika Staszewskiego, to oso­ba, któ­rą zawsze sza­no­wa­łem i wyda­je mi się, że spo­ko, że aku­rat mówisz o nim.

B.W.: Zawsze jak słu­cham muzy­ki - czy to jest Hendrix, czy Kazik, czy Björk, czy Mozart - to faj­nie jest słu­chać muzy­ki autor­skiej. Wiadomo, że wszyst­ko już było, ale ta muzy­ka ma jakiś tam pro­cent bar­dzo swój, autor­ski. Może dla­te­go też lubię wyko­naw­ców, któ­rzy śpie­wa­ją po pol­sku. Ja wiem, że teraz jest Unia Europejska i MySpace, ale... też lubię język pol­ski i wyda­je mi się, że w tym języ­ku jest moc po pro­stu.

Cała wasza pły­ta jest na MySpace. Czym jest dla was pro­mo­cja inter­ne­to­wa? Czy sami się­ga­cie do muzy­ki przez inter­net?

B.W.: Dla mnie to jest rewe­la­cyj­na spra­wa, bo gdy zaczy­na­łem, dużo wcze­śniej, cza­sa­mi Tytus [wydaw­ca płyt Fisza w Asfalt Records - JŚ] mówił, że może trze­ba by było pójść do jakie­goś pro­gra­mu tele­wi­zyj­ne­go, coś przed­sta­wić... Z dru­giej stro­ny pły­ty i tak były pira­to­wa­ne, one wszyst­kie leża­ły sobie na Stadionie Dziesięciolecia. Dzisiaj jest fan­ta­stycz­na spra­wa, bo omi­jasz wszyst­kie pro­gra­my tele­wi­zyj­ne, któ­re są brzyd­kie, cała tele­wi­zja jest brzyd­ka i tam nie ma gdzie się poka­zać, a poza tym nikt się nie inte­re­su­je tak napraw­dę. To samo, jeśli cho­dzi o radia. Wybraliśmy sin­giel, on sobie pew­nie gdzieś w audy­cjach autor­skich zosta­nie pusz­czo­ny, ale na jaką­kol­wiek play­li­stę nie uda­ło nam się tra­fić. Włożyliśmy zdję­cie i wrzu­ci­li­śmy kawa­łek na YouTubie - i jest tam bar­dzo dużo ogląd­nięć. Tak jest z całą tą pro­mo­cją. Omijasz rze­czy, któ­rych nie lubisz, i bez­po­śred­nio tra­fiasz do osób, któ­re w jakiś spo­sób są zain­te­re­so­wa­ne.

P.W.: No i moż­na to też kon­tro­lo­wać pod kątem opra­wy gra­ficz­nej, wizu­al­nej. My wszyst­ko musi­my przy­bić, czy nam się to podo­ba, czy nie. W momen­cie kie­dy idziesz do pro­gra­mu tele­wi­zyj­ne­go, nie moż­na póź­niej za wie­le z tym zro­bić, to już nie nale­ży do nas. W przy­pad­ku inter­ne­tu świa­do­mość tej kon­tro­li jest dla nas waż­na.

Jak się wam współ­pra­cu­je z dużą fir­mą (wydaw­cą Kim Nowak jest Universal)?

P.W.: Na razie bar­dzo dobrze. Jest OK. Zobaczymy, jak to wszyst­ko pój­dzie dalej, ale na razie jest o wie­le lepiej, niż przy­pusz­cza­łem. Nie spo­dzie­wa­łem się, że tak to wyglą­da w dużej fir­mie fono­gra­ficz­nej. Nie wie­dzia­łem, że będą tu ludzie, któ­rzy napraw­dę inte­re­su­ją się muzy­ką. Wydawało mi się, że dzia­ła to na zasa­dzie zain­te­re­so­wa­nia pro­duk­tem, tak jak­by­śmy poszli do dużej fir­my typu Coca-Cola i chcie­li tam wydać pły­tę. A napraw­dę jeste­śmy tutaj trak­to­wa­ni jak muzy­cy. Szefem arty­stycz­nym jest tutaj pan Jarosław Szlagowski [grał na per­ku­sji m.in. w Oddziale Zamkniętym i Lady Pank - przyp. red.], któ­ry w peł­ni zro­zu­miał naszą pły­tę, tak nam się wyda­je, i bar­dzo mu się spodo­ba­ła. Jest też muzy­kiem. Więc mamy wra­że­nia bar­dzo pozy­tyw­ne.

B.W.: Zupełnie przy­pad­ko­wo zary­zy­ko­wa­li­śmy, bo wyda­je­my się zwy­kle z Tytusem, ale pomy­śle­li­śmy, że Kim Nowak to jest inny pro­jekt i wyda­my to gdzie indziej. Tytus cały czas zaj­mu­je się nami od stro­ny mene­dżer­skiej, tutaj tra­fi­li­śmy z goto­wą pły­tą - więc to też nie jest tak, że przy­nie­śli­śmy demo, czy się spodo­ba, wybie­rze ktoś sin­gla - no i oka­za­ło się, że moż­na tak. A jak moż­na tak, to dla­cze­go nie.

Warszawa, 18 maja 2010

Tekst uka­zał się w czerw­co­wym nume­rze mie­sięcz­ni­ka „Lampa”, a nagra­nie nie powsta­ło­by bez poży­czo­ne­go przez redak­to­ra PDW dyk­ta­fo­nu.

Dodaj komentarz