Dla „Lam­py” roz­ma­wiam z ze­spo­łem Kim No­wak dzień przed pierw­szym kon­cer­tem w Po­więk­sze­niu. O tym, ja­ka mu­zy­ka je­st naj­bli­żej uli­cy. O tym, kie­dy trze­ba iść do do­mu i się prze­spać, co ro­bić w wa­ka­cje i czy ję­zyk pol­ski je­st faj­niej­szy niż My­Spa­ce.

JACEK ŚWIĄDER: Bar­tek, roz­ma­wia­łeś z „Lam­pą” trzy la­ta te­mu. PDW po­rów­nał cię wte­dy do Sid­neya Po­la­ka - mó­wił, że obaj je­ste­ście jak­by mię­dzy ra­pem a mu­zy­ką gi­ta­ro­wą. Od­po­wie­dzia­łeś: ja tam nie je­stem zu­peł­nie gi­ta­ro­wy.

BARTEK WAGLEWSKI: Mi bar­dziej cho­dzi­ło o to, że... Nie lu­bi­łem ta­kie­go łą­cze­nia ga­tun­ków, mi­mo że je­stem bar­dzo eklek­tycz­nie na­sta­wio­ny do mu­zy­ki, lu­bię słu­chać wszyst­kie­go i tak da­lej. Nie pa­mię­tam, o co tam do koń­ca cho­dzi­ło, na­to­mia­st oczy­wi­ście, na tym eta­pie, na któ­rym roz­ma­wia­łem z Paw­łem, na­gry­wa­li­śmy w du­ecie, na­gry­wa­li­śmy ja­ko Fi­sz Ema­de. To są rze­czy, któ­re trak­tu­je­my na za­sa­dzie ta­kiej wspól­nej wi­zji mu­zycz­nej, któ­ra jed­nak ocie­ra się o hip-hop, o bar­dzo syn­te­tycz­ne brzmie­nia. Na­to­mia­st gi­ta­ro­wej mu­zy­ki słu­cha­li­śmy za­wsze, pa­mię­tam zresz­tą, że w tym wy­wia­dzie opo­wia­da­łem, jak bar­dzo lu­bię na przy­kład ze­spół The Cla­sh. Pa­weł też na pew­no do­brze to pa­mię­ta, sam po­rów­ny­wał kie­dyś na­szą wer­sję „Za­po­mnij” do utwo­ru The Cla­sh. Pły­ty w du­ecie brzmią wła­śnie tak syn­te­tycz­nie, a Two­rzy­wo to był ze­spół, ży­wy ze­spół, któ­ry nie bał się tak na­praw­dę ni­cze­go, je­że­li cho­dzi o dźwięk.

Mie­li­ście gi­ta­ro­wy ze­spół już w li­ceum. Dla­cze­go wra­ca­cie do ta­kie­go gra­nia do­pie­ro te­raz?

PIOTREK WAGLEWSKI: Ja to wi­dzę tak, że fak­tycz­nie, we wcze­sny­ch la­ta­ch mo­je­go ży­cia in­te­re­so­wa­łem się mu­zy­ką me­ta­lo­wą, póź­niej hardcore’ową i gra­łem na per­ku­sji. Po­tem by­ły la­ta dzie­więć­dzie­sią­te, jak już przy­szła fa­scy­na­cja hip-ho­pem, i wy­da­je mi się, że pra­co­wa­li­śmy przez ten czas - czy­li od pierw­szej na­szej pły­ty „Po­le­pio­ne dźwię­ki” - nad na­szym wła­snym sty­lem i każ­da pły­ta by­ła ja­kimś na­szym speł­nie­niem. Chcie­li­śmy, przy­naj­mniej ja chcia­łem, za­pre­zen­to­wać bi­ty, któ­re w da­nym mo­men­cie uwa­ża­łem za wła­śnie ta­kie, ja­kie mnie in­te­re­su­ją, ja­kie są do­bre. Wy­da­je mi się, że ca­ła dro­ga do pły­ty „He­avi Me­tal” to je­st ta­ki okres roz­wo­ju, któ­ry do­pro­wa­dził nas do ta­kie­go eta­pu, w któ­rym osią­gnę­li­śmy stan stu­pro­cen­to­we­go za­do­wo­le­nia. My­ślę, że „He­avi Me­tal” je­st na­szą naj­lep­szą pły­tą, naj­bar­dziej doj­rza­łą. Dla mnie, ja­ko be­at­ma­ke­ra, je­st naj­bar­dziej doj­rza­ła mu­zycz­nie, naj­le­piej zro­bio­na, wy­pro­du­ko­wa­na. W tym mo­men­cie po­czu­łem, że ro­bię rze­czy, z któ­ry­ch tak na­praw­dę je­stem w stu pro­cen­ta­ch za­do­wo­lo­ny i że ten po­ziom mo­że spro­stać mo­im ocze­ki­wa­niom. Po tej pły­cie po­czu­łem ta­ką ulgę i po­my­śla­łem, że faj­nie by­ło­by zro­bić coś ta­kie­go jak Kim No­wak.

No wła­śnie, czu­ję, że to tro­chę za­ba­wa. Je­st luz, nie ma non­sza­lan­cji, tyl­ko ra­do­ść, to je­st bar­dzo ży­we.

B.W.: To faj­nie, że to sły­chać, to je­st mi­łe, bo ca­ły pro­jekt po­wstał na pró­ba­ch, ca­ła pły­ta zo­sta­ła na­gra­na na tak zwa­ną set­kę. Oczy­wi­ście spo­ty­ka­li­śmy się i pró­bo­wa­li­śmy wcze­śniej - łu­pa­li­śmy, wy­my­śla­li­śmy te wszyst­kie rif­fy - ale zde­cy­do­wa­li­śmy, że na­gry­wa­my na żyw­ca, że ty­ch śla­dów chce­my na­grać jak naj­mniej i ten trzon brzmi trosz­kę jak pod­czas pró­by. My­ślę, że dzię­ki te­mu czuć to, o czym mó­wi­sz. Z jed­nej stro­ny ener­gię i emo­cje, z dru­giej stro­ny tę ra­do­ść z te­go, że mo­że­my da­wać cza­du w trio - bas, gi­ta­ra, bęb­ny - jak Ni­rva­na (śmie­ch).

W cza­sa­ch li­ce­al­ny­ch we dwó­ch gra­li­ście coś po­dob­ne­go, ale no­wo­cze­śniej - hard­co­re, me­tal. Te­raz wy­bi­ja się ten czyn­nik lat sześć­dzie­sią­ty­ch, sie­dem­dzie­sią­ty­ch, kla­sycz­ne gi­ta­ro­we rif­fy - to wpływ Mi­cha­ła?

MICHAŁ SOBOLEWSKI: Ja się wy­cho­wa­łem na mu­zy­ce z te­go okre­su i ona mnie ukształ­to­wa­ła na gi­ta­rzy­stę, któ­ry szu­ka ty­ch brzmień, na­wią­zu­je do ty­ch kla­sycz­ny­ch, sfuz­zo­wa­ny­ch gi­tar. Dla­te­go gi­ta­ra w Kim No­wak brzmi wła­śnie ty­mi sześć­dzie­sią­ty­mi. Nie da się te­go unik­nąć i to je­st faj­ne, bo mi się ta mu­zy­ka bar­dzo po­do­ba.

P.W.: Głów­nym mo­to­rem tej pły­ty są rif­fy, tak na­praw­dę je­st to mu­zy­ka rif­fo­wa, więc Mi­chał speł­nia tu istot­ną ro­lę.

B.W.: W la­ta­ch sześć­dzie­sią­ty­ch to jesz­cze by­ło faj­ne, że mu­zy­ka roc­kan­drol­lo­wa - przy­naj­mniej w ich pierw­szej po­ło­wie - nie by­ła ta­ka pa­te­tycz­na. Do­pie­ro la­ta sie­dem­dzie­sią­te to już by­ły te dłu­gie wło­sy, ten pisz­czą­cy Plant, fa­jer­wer­ki, póź­niej po­ja­wił się Van Ha­len i tak da­lej. A la­ta sześć­dzie­sią­te to był Hen­drix - gdy on na­gry­wał swo­je pły­ty, to nie miał w ogó­le ka­sy. Nisz­czył te gi­ta­ry i... ja nie wiem, skąd on je w ogó­le brał póź­niej (śmie­ch).

M.S.: To był ta­ki okres. Black Sab­ba­th, Led Zep­pe­lin - te naj­bar­dziej zna­ne ze­spo­ły, te­raz już le­gen­dar­ne - oni to wy­my­śli­li, ro­bi­li to na­praw­dę po swo­je­mu, nie by­ło żad­nej ide­olo­gii, nie to­wa­rzy­szy­ły te­mu żad­ne zo­bo­wią­za­nia. Cho­ciaż me­dia już wte­dy na­krę­ca­ły sy­tu­ację i Black Sab­ba­th to ni­by by­li sa­ta­ni­ści z od­wró­co­ny­mi krzy­ża­mi. Oni oczy­wi­ście śmia­li się z te­go, nie mie­li nic wspól­ne­go z żad­nym ru­chem re­li­gij­nym czy an­ty­re­li­gij­nym, po pro­stu gra­li rock and rol­la.

Czy te­raz wam te­go bra­ku­je? Ta­kie­go czy­ste­go po­dej­ścia?

M.S.: Mi nie bra­ku­je, bo ja mam ta­kie po­dej­ście (śmie­ch). W mu­zy­ce, cóż, my­ślę, że ca­ły czas po­wsta­ją świe­że ze­spo­ły. Cho­ciaż każ­de­go moż­na po­rów­nać - rock and roll je­st bar­dzo sta­ry i je­że­li gra się z prze­ste­rem na gi­ta­rze, to wia­do­mo, że gdzieś tam słu­cha­ło się czy Hen­dri­xa, czy Black Sab­ba­th, czy Ni­rva­ny.

B.W.: My­ślę, że to bę­dzie tro­chę wra­ca­ło, je­st ca­łe to za­głę­bie De­tro­it w Ame­ry­ce, któ­re po pro­stu gra rock and rol­la - bar­dzo pro­ste­go i już zna­ne­go, ale z wiel­kim cza­dem, wła­śnie z ta­kim ko­pem, któ­re­go pew­nie mi bra­ko­wa­ło. W mu­zy­ce roc­ko­wej by­ły prze­cież la­ta osiem­dzie­sią­te, kie­dy na­gry­wa­ło się te pla­sti­ko­we bęb­ny, kie­dy Sting ściął wło­sy i na­wet Bob Dy­lan na­gry­wał kosz­mar­ne pły­ty. Póź­niej la­ta dzie­więć­dzie­sią­te, gdy to się oży­wi­ło - by­ło Ra­ge Aga­in­st The Ma­chi­ne, był Pri­mus, by­ły ze­spo­ły, któ­re strasz­nie moc­no gra­ły, w ta­ki bar­dzo na­tu­ral­ny spo­sób. Faj­nie, że to mia­ło za­ple­cze zwią­za­ne z uli­cą. Ta mu­zy­ka, ow­szem, by­ła wy­da­wa­na w wiel­ki­ch wy­twór­nia­ch, ale ona na­ro­dzi­ła się zu­peł­nie gdzieś in­dziej. A dzi­siej­sze ze­spo­ły są faj­ne, one gra­ją faj­ne pio­sen­ki, ale to są tyl­ko faj­ne pio­sen­ki. Więk­szo­ść ty­ch ze­spo­łów strasz­nie du­żo cza­su spę­dza przed lu­strem - grzyw­ki w le­wą stro­nę, w pra­wą stro­nę, każ­dy ze­spół ma ja­kiś swój wi­ze­ru­nek. Tak jak w la­ta­ch osiem­dzie­sią­ty­ch. No ale w tym sa­mym cza­sie po­wsta­ją też ta­kie pły­ty jak na przy­kład One Day As A Lion [ze­spół za­ło­ży­li Za­ck de la Ro­cha z Ra­ge Aga­in­st The Ma­chi­ne i Jon The­odo­re z Mars Vol­ta - JŚ]. Wy­da­je mi się, że je­st ta­ka tę­sk­no­ta do bar­dzo pro­ste­go, moc­ne­go, za­dzior­ne­go gra­nia.

W re­fre­nie „Szczu­ra” wo­ka­le bez tek­stu przy­po­mi­na­ją „Im­mi­grant Song” Led Zep­pe­lin, póź­niej je­st zu­peł­nie jak u Hen­dri­xa - czar­ne gra­nie bęb­nów i ba­su. Sek­cja je­st czar­no-hard­ko­ro­wa, a gi­ta­ra wpro­st na­wią­zu­je do lat sześć­dzie­sią­ty­ch. To, co gra­cie, to su­ma wszyst­kie­go, cze­go słu­cha­li­ście?

B.W.: To wszyst­ko gdzieś je­st. Zna­my mu­zy­kę lat sześć­dzie­sią­ty­ch bar­dzo do­brze, ale my się też prze­ciw niej bun­to­wa­li­śmy - wzię­li­śmy się za kom­pu­te­ry, w pew­nym mo­men­cie nie chcie­li­śmy grać na gi­ta­ra­ch. Z ko­lei Mi­chał je­st oso­bą, któ­ra gra na gi­ta­rze w ta­ki emo­cjo­nal­ny, faj­ny spo­sób, a ca­ło­ść wy­pro­du­ko­wał Pio­trek, któ­ry wcho­dząc do stu­dia, miał już go­to­wy po­my­sł.

Per­ku­si­sta i pro­du­cent w jed­nym. Mó­wi­łeś, jak kto ma grać?

P.W.: To je­st tak, że je­stem per­ku­si­stą, re­ali­za­to­rem i rów­nież mik­su­ję te pły­ty, czy­li sam ukrę­cam brzmie­nie per­ku­sji. Nikt nie ma wpły­wu na to, jak mo­je bęb­ny za­brzmią. Naj­czę­ściej per­ku­si­ści zo­sta­wia­ją to re­ali­za­to­rom - da­ją ja­kieś swo­je wska­zów­ki, a efekt koń­co­wy na­le­ży do re­ali­za­to­ra. Ja aku­rat mam ten plus, że mo­gę swo­je brzmie­nie zro­bić do­kład­nie tak, jak chcę, nic nie mu­szę ni­ko­mu mó­wić, po pro­stu to ro­bię. Więc to je­st faj­ne. A je­że­li cho­dzi o pro­duk­cję, to nie, oczy­wi­ście nie mó­wi­łem chło­pa­kom, co, gdzie i jak ma być za­gra­ne. Wszyst­ko wy­szło z nas trzech po rów­no, wy­da­je mi się, że po­dział je­st tu bar­dzo spra­wie­dli­wy, je­że­li cho­dzi o kom­po­zy­cje i tak da­lej. Mo­ja ro­la po­le­ga­ła na tym, że­by to brzmia­ło - że­by uzy­skać ta­kie brzmie­nie, ja­kie chło­pa­ki chcą uzy­skać. Dla­te­go mu­sia­łem zna­leźć od­po­wied­nie miej­sce i to wszyst­ko so­bie prze­my­śleć - na ja­kim sprzę­cie to zmik­so­wać, jak to zro­bić, że­by to brzmia­ło... w su­mie tak jak brzmi. Wy­da­je mi się, że to wy­szło, tak jak mia­ło wyj­ść, je­ste­śmy wszy­scy z te­go za­do­wo­le­ni.

Wcze­śniej ro­bi­łeś też pły­tę Wa­glew­ski Fi­sz Ema­de. To by­ła two­ja pierw­sza stric­te gi­ta­ro­wa pły­ta?

P.W.: Tak, to by­ła pierw­sza ta­ka gi­ta­ro­wa rze­cz, z któ­rą się ze­tkną­łem, ale by­ło na niej też du­żo gi­ta­ry aku­stycz­nej. Je­śli cho­dzi o kom­po­zy­cje, to tu­taj du­ża je­st ro­la na­sze­go oj­ca, więk­szo­ść utwo­rów zo­sta­ła skom­po­no­wa­na przez nie­go. Mia­łem ro­lę tak na­praw­dę re­ali­za­to­ra i pro­du­cen­ta, któ­ry czu­wa nad brzmie­niem, ma­ło in­ge­ro­wa­łem w kom­po­zy­cje. Przy Kim No­wak mia­łem wię­cej do po­wie­dze­nia pod tym wzglę­dem.

Skąd for­mu­ła trio?

P.W.: Chcie­li­śmy pój­ść w stro­nę mi­ni­ma­li­zmu, czy­li od­dać czy­ste emo­cje po­przez trzy in­stru­men­ty, nie­an­ga­żo­wa­nie do te­go więk­szej licz­by lu­dzi. Bar­dzo nam się po­do­ba ta mi­ni­mal­na for­ma, acz­kol­wiek i tak nie je­st ona aż tak mi­ni­mal­na, jak w nie­któ­ry­ch przy­pad­ka­ch, na przy­kład Black Keys czy ze­spół The Whi­te Stri­pes, któ­re są ogra­ni­czo­ne do dwó­ch in­stru­men­tów. Ale bar­dzo nam się spodo­ba­ło to, że przy po­mo­cy ma­ły­ch środ­ków moż­na zro­bić faj­ną, przy­naj­mniej dla nas, du­żą rze­cz.

Roz­ma­wia­my o za­gra­nicz­ny­ch ze­spo­ła­ch, a coś z pol­ski­ch wam się po­do­ba?

B.W.: Ja na przy­kład bar­dzo lu­bię Ścian­kę, szcze­gól­nie pierw­szą pły­tę. To był pierw­szy ta­ki ze­spół, gdzie wszyst­ko by­ło prze­ste­ro­wa­ne. Tek­sto­wo bar­dzo faj­ne, nie­do­po­wie­dzia­ne, trosz­kę sur­re­ali­stycz­ne...

P.W.: Tak­że lu­bi­li­śmy Sta­ry­ch Sin­gers...

B.W.: Tak, bar­dzo do­bry skład z war­szaw­skiej sce­ny. Ale też te wcze­śniej­sze rze­czy, pierw­sze rze­czy Le­cha Ja­ner­ki, ostat­nio słu­cha­li­śmy Klau­sa Mit­t­fo­cha, tam by­ło strasz­nie du­żo emo­cji, strasz­nie du­żo krzy­cze­nia...

M.S.: Mi się pierw­sze Voo Voo bar­dzo po­do­ba­ło.

B.W.: Je­st tej mu­zy­ki tro­chę.

W „Pi­sto­le­cie” śpie­wa­sz wy­so­ko „aaa” - zu­peł­nie jak Ma­ciek Cie­ślak w „Bia­ły­ch wa­ka­cja­ch” Ścian­ki, póź­niej w tek­ście je­st fra­za „koń­czą się wa­ka­cje”. To świa­do­me na­wią­za­nie do Ścian­ki, do ich brud­ny­ch, rif­fo­wy­ch ka­wał­ków?

B.W.: No rze­czy­wi­ście, dla mnie to je­st aku­rat bar­dzo faj­ne po­rów­na­nie, ale każ­dy sły­szy, co chce. Co tu ukry­wać, mu­zy­ka roc­ko­wa tak na­praw­dę - czy tam je­steś wię­cej Bo Did­dleya czy So­nic Youth - wszyst­ko je­st gdzieś ta­kie sa­mo i po­dob­ne. Ty usły­sza­łeś Ścian­kę, ktoś mo­że usły­szeć na­wet Ali­ce In Cha­ins... Ale też Yo La Ten­go ktoś usły­szał. By­li­śmy bar­dzo zdzi­wie­ni, bo to ja­kiś czło­wiek, któ­ry śle­dził Kim No­wak, cze­kał na tę pły­tę. Ja znam Yo La Ten­go, znam kil­ka ostat­ni­ch płyt, a te­go utwo­ru [„Pass The Hat­chet, I Think I’m Go­od­kind” - JŚ] zu­peł­nie nie zna­łem. Dziś go so­bie od­two­rzy­li­śmy, i rze­czy­wi­ście, bar­dzo cie­ka­wa rze­cz - har­mo­nicz­nie je­st bar­dzo po­dob­ny. Ca­ła bu­do­wa utwo­ru je­st do­ść po­dob­na, tam też je­st ta­ki riff ba­so­wy... No ale to je­st wła­śnie do­wód na to, że wszyst­ko, kur­cze, już po pro­stu by­ło - to je­st tyl­ko kwe­stia te­go, jak to je­st po­da­ne i czy to je­st faj­ne, czy to je­st szcze­re, czy to dzia­ła.

Yo La Ten­go też na­gry­wa­li pły­tę pun­kroc­ko­wą pod in­ną na­zwą (Con­do Fucks). W Kim No­wak pod­pi­su­je­cie się swo­imi na­zwi­ska­mi, a nie zna­ny­mi ksyw­ka­mi. Czy tak jak mó­wił Pio­trek, na­stą­pi­ło już ja­kieś speł­nie­nie i chce­cie otwo­rzyć no­wą kar­tę?

B.W.: Ja bym się nie ba­wił w za­my­ka­nie. Gra­my so­bie, są ra­do­sne kon­cer­ty, mie­li­śmy te­raz strasz­nie dłu­gą tra­sę po „He­avi Me­ta­lu” i pew­nie bę­dzie nam się do sie­bie wra­ca­ło do­sko­na­le, ale faj­nie je­st so­bie cza­sem od­po­cząć. Po pro­stu, nie ma mo­wy o otwie­ra­niu no­wy­ch kart. Dla mnie oso­bi­ście Kim No­wak to je­st ta­ka sta­ra pły­ta, to zna­czy tak sta­ry po­my­sł na gra­nie, któ­ry mia­łem jesz­cze gdzieś w li­ceum. Ni­gdy go nie zre­ali­zo­wa­łem, bo nie ku­pi­łem so­bie wcze­śniej ba­sów­ki, bo Pio­trek, kie­dy się roz­krę­cał i miał już bęb­ny, to chciał grać zu­peł­nie co in­ne­go. A tu się spo­tka­li­śmy w tym cza­sie, spo­tka­ły się trzy oso­by, któ­re chcia­ły ra­zem coś na­grać. Ale na pew­no nie chcie­li­śmy te­go wmik­so­wać w to, co ro­bi­li­śmy już wcze­śniej ja­ko Fi­sz Ema­de czy ja­ko Two­rzy­wo, bo szko­da by by­ło. Bo to je­st jak­by ta­ka jed­na ksią­żecz­ka od po­cząt­ku do koń­ca i nie ma co z tam­tą ca­łą ban­dą mie­szać. Tyl­ko dla­te­go.

A tek­sty Kim No­wak? Zu­peł­nie in­na pra­ca, du­żo krót­sze.

B.W.: No tak. Ja aku­rat lu­bię bar­dzo tak pi­sać.

Du­żo je­st tu te­go mo­ty­wu, że coś się zja­da, po­że­ra, po­ły­ka - do­my, au­to­bu­sy, ki­na, ban­ki, uli­ce, da­chy - ten mo­tyw ko­ja­rzy mi się fu­tu­ry­stycz­nie, du­żo mia­sta, gwał­tow­no­ść, wi­tal­no­ść. I gra to z mu­zy­ką.

B.W.: Tak, ta­ki mo­tyw na pew­no je­st w „Szczu­rze”, „Pi­sto­le­cie”, chy­ba w „Gro­mie”. Ja się nie czu­ję wo­ka­li­stą. Ja się sta­ram prze­tłu­ma­czyć, opo­wie­dzieć, o co nam cho­dzi w ty­ch dźwię­ka­ch, na­kre­ślić, ja­kie emo­cje te­mu to­wa­rzy­szą. Jak sły­sza­łem riff do „Re­ki­na”, to wie­dzia­łem, że to je­st re­kin, od ra­zu wie­dzia­łem, że póź­niej, sto­jąc na sce­nie, gra­jąc ten nu­mer, bę­dę chciał opo­wie­dzieć pań­stwu, że za­raz ich ze­żrę. To je­st czy­sto emo­cjo­nal­na sy­tu­acja, zresz­tą są in­ne, bar­dzo róż­ne tek­sty. Ja lu­bię „Nóż”, „Spa­cer” i tak da­lej, czy „King Kong”, ta­ki pro­sty. Pierw­sze ta­kie tek­sty, pa­mię­tam, pi­sa­łem na „Mę­skiej mu­zy­ce” [pro­jekt Wa­glew­ski Fi­sz Ema­de, 2008 - JŚ] i strasz­nie po­lu­bi­łem tę for­mę, bo ona je­st ta­ka oszczęd­na, a bar­dzo przy­jem­na w pi­sa­niu. Faj­na ro­bo­ta je­st.

Mó­wi­łeś o rif­fie z „Re­ki­na”. Mi­chał, przy­no­si­sz go­to­we rif­fy? Od cze­go za­czy­na­cie?

M.S.: Z „Re­ki­nem” to nie pa­mię­tam, jak by­ło, ale więk­szo­ść ka­wał­ków po­wsta­wa­ła na pró­bie. Po pro­stu bra­łem do rę­ki gi­ta­rę, za­czy­na­łem grać i gdy nikt na to nie re­ago­wał w ża­den spo­sób - to zna­czy nie do­kła­dał swo­jej par­tii czy nie ko­men­to­wał te­go, że faj­ne - to od­kła­da­łem, sze­dłem za­pa­lić pa­pie­ro­sa czy na­pić się co­li i pró­bo­wa­łem zno­wu. Ale naj­czę­ściej by­ło tak, że gra­łem coś i na to by­ła re­ak­cja: o faj­ne, faj­ne, rób­my to! I tak to po­wsta­wa­ło.

B.W.: Sam „Re­kin” strasz­nie się zmie­niał. Głów­ny riff na zwrot­kę je­st Mi­cha­ła... ogól­nie był to utwór, któ­ry ja wy­my­śli­łem, no, ale nie­ste­ty nic tam nie zo­sta­ło z te­go pierw­sze­go „Re­ki­na”. Na sa­mym koń­cu był jesz­cze ta­ki re­fre­nik z mo­im rif­fem, któ­rym się cie­szy­łem, to Pio­trek po­wie­dział, że to trze­ba wy­ciąć, i po­wstał ta­ki moc­ny, moc­ny ka­wa­łek gi­ta­ro­wy. Więc one się zmie­nia­ły, ale to by­ło tak, że pró­by by­ły naj­faj­niej­szym te­stem. Al­bo coś wy­szło, al­bo trze­ba by­ło iść do do­mu i się prze­spać, od po­cząt­ku do koń­ca. A Pio­trek był ta­ką oso­bą, któ­ra mó­wi­ła: to do wi­dze­nia, to wra­ca, ostat­nie zda­nie czę­sto do nie­go na­le­ża­ło.

Je­ste­ście za­do­wo­le­ni z pły­ty?

B.W.: Ja mam tak, że gdy na­gry­wam pły­tę, to już nie­chęt­nie do niej wra­cam. Wte­dy by­łem za­do­wo­lo­ny bar­dzo, bo chcia­łem to na­grać. Przede wszyst­kim cho­dzi o to, o czym roz­ma­wia­li­śmy wcze­śniej z Piotr­kiem - o to brzmie­nie. Przez to, że to je­st pro­ste gra­nie, w sa­mej for­mie do­ść oczy­wi­ste - je­st tam re­fren, zwrot­ka i tak da­lej - chcie­li­śmy, że­by to brzmia­ło tak, jak so­bie to wy­my­śli­li­śmy. Nie chcie­li­śmy bli­ski­ch bęb­nów, ta­ki­ch z po­gło­sem, z wer­blem, jak to je­st w osiem­dzie­się­ciu pro­cen­ta­ch w pol­skiej pro­duk­cji. Jak już ten bas, to chcie­li­śmy, że­by on char­ko­tał, ale miał też ten dół. Prze­ster gi­ta­ro­wy - też nie chcie­li­śmy, że­by to był ta­ki fuzz me­tal, wie­sz, nie­bie­ski, błysz­czą­cy, tyl­ko cie­pły i jak naj­bar­dziej zbli­żo­ny do te­go, jak grał Hen­drix. Je­mu ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło w tej gi­ta­rze. Ale te­raz my­ślę już o kon­cer­ta­ch, bo na­gry­wa­jąc ca­łą pły­tę, my­śle­li­śmy już o kon­cer­ta­ch - że to je­st faj­ny ma­te­riał, że­by się póź­niej po­wy­głu­piać na sce­nie, ale za­ra­zić ta­kim cza­dem, pro­stym.

Ju­trzej­szy kon­cert w Po­więk­sze­niu je­st pierw­szy? Był już wy­stęp w „Trój­ce”.

B.W.: W „Trój­ce” to był aku­rat w Of­fse­sji u Pio­tra Stel­ma­cha, spo­tka­li­śmy się, czte­ry utwo­ry za­gra­li­śmy so­bie. A to bę­dzie pierw­szy ta­ki kon­cert, że przyj­dzie so­bie tro­chę lu­dzi. Gra­my se­rię ta­ki­ch ma­ły­ch kon­cer­tów, strasz­nie mi na tym za­le­ża­ło, że­by by­ły to ta­kie klu­by dwu­stu­oso­bo­we. Gra­my w Po­więk­sze­niu, gra­my jesz­cze w Kra­ko­wie w Ło­dzi Ka­li­skiej, Pod Mi­no­gą w Po­zna­niu - też w ta­kim bar­dzo faj­nym ma­łym klu­bie. I strasz­nie się z te­go cie­szy­my, bo lu­bi­my tak grać, a nie­czę­sto się nam to zda­rza. Ale ca­łą tra­sę, mam na­dzie­ję, za­gra­my ja­koś po wa­ka­cja­ch. W wa­ka­cje nie moż­na grać w klu­ba­ch, bo stu­den­ci się ba­wią za dar­mo na wiel­ki­ch fe­sti­wa­la­ch (śmie­ch). Nie fe­sti­wa­la­ch, tyl­ko ju­we­na­lia­ch. No i klu­by się za­my­ka­ją.

Mó­wi­li­ście, że ja­kieś frag­men­ty wy­pa­da­ły. Ma­cie jesz­cze ja­kiś ma­te­riał w za­na­drzu, czy na kon­cer­ta­ch bę­dzie­cie grać wię­cej, niż je­st na pły­cie?

P.W.: Z se­sji pły­to­wej nic nie zo­sta­ło, wszyst­ko, co na­gra­li­śmy, zo­sta­ło wy­ko­rzy­sta­ne na pły­cie. Na kon­cer­ty ma­my jesz­cze ja­kieś utwo­ry in­stru­men­tal­ne, któ­re się bę­dą prze­pla­ta­ły z ty­mi nu­me­ra­mi. Chce­my grać na kon­cer­ta­ch aran­ża­cje bar­dzo po­dob­ne do aran­ża­cji pły­to­wy­ch, więc tam za wie­le nie zmie­nia­li­śmy, i po­do­ba nam się to, że za­gra­my to tak, jak je­st to na­gra­ne na pły­cie. Gra­my we trój­kę, ty­ch kla­wi­szy, któ­re sły­chać w nie­któ­ry­ch ka­wał­ka­ch, nie bę­dzie na kon­cer­ta­ch.

Nie wy­bie­ra­cie się na fe­sti­wa­le?

B.W.: Na pew­no gra­my na Of­fie [w Ka­to­wi­ca­ch, 5-8 sierp­nia - JŚ], po­ja­wi­my się też jesz­cze gdzieś w Pol­sce.

Gra­cie ra­zem od po­przed­nie­go stu­le­cia, wy­pra­co­wa­li­ście so­bie po­dział za­dań, któ­ry świet­nie dzia­ła. W tym pro­jek­cie Mi­chał je­st na rów­ny­ch pra­wa­ch. Jak ci się pra­cu­je z ludź­mi, któ­rzy po­ro­zu­mie­wa­ją się mię­dzy so­bą bez słów?

M.S.: Bar­dzo do­brze mi się pra­cu­je, bo pra­cu­ję z pro­fe­sjo­na­li­sta­mi. Szyb­ko zna­leź­li­śmy wspól­ny ję­zyk. Każ­dy z nas je­st in­ny, ale na tej naj­waż­niej­szej dla nas płasz­czyź­nie mu­zycz­nej ko­mu­ni­ka­cja je­st zna­ko­mi­ta.

Dla was Kim No­wak to wy­nik ewo­lu­cji, a mi się wy­da­je, że dla słu­cha­czy ta pły­ta mo­że być spo­rym za­sko­cze­niem.

B.W.: Wy­da­je mi się, że z jed­nej stro­ny Kim No­wak to zu­peł­nie no­wy pro­jekt - je­st to mu­zy­ka gi­ta­ro­wa, je­st to ha­ła­śli­we, je­st to mu­zy­ka, za któ­rą tę­sk­ni­li­śmy przez dłuż­szy czas, a jed­nak bar­dzo tam sły­chać nas, przy­naj­mniej Piotr­ka. Mi­cha­ła tam sły­chać naj­gło­śniej (śmie­ch). Cho­dzi mi o spo­sób gra­nia Piotr­ka, któ­ry je­st bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ny, któ­ry już miał swo­je miej­sce czy na pły­cie „He­avi Me­tal”, czy pod­czas kon­cer­tów Two­rzy­wa i tak da­lej, gdzieś tam są mo­je tek­sty czy głos... Na pew­no nie je­st tak, że za­pusz­cza­my dłu­gie wło­sy, wcho­dzi­my w skó­ry i roz­wa­la­my sprzęt na sce­nie. Ja bym bar­dzo chęt­nie roz­wa­lił sprzęt na sce­nie, ale mnie na to nie stać zu­peł­nie (śmie­ch), więc nie wiem, jak to się skoń­czy.

Po­dob­ny prze­skok jak wy wy­ko­nał w 1991 ro­ku Ka­zik (w po­dob­nym wie­ku, miał 28 lat), na­gry­wa­jąc „Spa­lam się”. Zresz­tą na tam­tej pły­cie za­grał też wa­sz oj­ciec. Ka­zi­ka wi­dzia­łem ostat­nio w pro­gra­mie Krzysz­to­fa Szew­czy­ka „Wi­de­ote­ka do­ro­słe­go czło­wie­ka”, opo­wia­dał m.in. o rze­cza­ch swo­je­go oj­ca, któ­re na­grał.

B.W.: Ni­gdy nie mia­łem pro­ble­mu z róż­no­rod­no­ścią, z po­ru­sza­niem się w róż­ny­ch sty­la­ch mu­zycz­ny­ch. Je­st coś ta­kie­go: gdy ja by­łem w li­ceum - je­st bar­dzo sil­na sy­tu­acja, że jak je­steś pun­kow­cem, to mu­si­sz mieć tę anar­chię, mu­si­sz mieć te czar­ne bu­ty. Jak je­steś he­avy­me­ta­low­cem, to mu­si­sz mieć pen­ta­gram i tak da­lej. Ale my­ślę, że my wszy­scy jak tu­taj sie­dzi­my, gra­my dla­te­go, że lu­bi­my mu­zy­kę, po pro­stu. Ona nam da­je ra­do­ść i jesz­cze za­ra­bia­my na tym pie­nią­dze. Uda­je się ja­koś. Tak to bym mu­siał od ra­na do wie­czo­ra cho­dzić do pra­cy (śmie­ch). Strasz­nie to by by­ła nie­ko­rzyst­na sy­tu­acja.

Ka­zik je­st w pol­skiej mu­zy­ce wzo­rem wszech­stron­ne­go ar­ty­sty, się­ga na róż­ne pół­ki i na­gry­wa, co chce. Wy­da­je mi się, że idzie­cie tro­pem te­go ty­pu wy­ko­naw­ców?

P.W.: Nie lu­bię za bar­dzo fa­wo­ry­zo­wać jed­ny­ch pol­ski­ch ar­ty­stów, że­by nie ro­bić przy­kro­ści in­nym al­bo nie do­da­wać skrzy­deł wła­śnie tym. Ale my­ślę, że jak naj­bar­dziej prze­wi­ja się tu­taj po­stać Ka­zi­ka Sta­szew­skie­go, to oso­ba, któ­rą za­wsze sza­no­wa­łem i wy­da­je mi się, że spo­ko, że aku­rat mó­wi­sz o nim.

B.W.: Za­wsze jak słu­cham mu­zy­ki - czy to je­st Hen­drix, czy Ka­zik, czy Björk, czy Mo­zart - to faj­nie je­st słu­chać mu­zy­ki au­tor­skiej. Wia­do­mo, że wszyst­ko już by­ło, ale ta mu­zy­ka ma ja­kiś tam pro­cent bar­dzo swój, au­tor­ski. Mo­że dla­te­go też lu­bię wy­ko­naw­ców, któ­rzy śpie­wa­ją po pol­sku. Ja wiem, że te­raz je­st Unia Eu­ro­pej­ska i My­Spa­ce, ale... też lu­bię ję­zyk pol­ski i wy­da­je mi się, że w tym ję­zy­ku je­st moc po pro­stu.

Ca­ła wa­sza pły­ta je­st na My­Spa­ce. Czym je­st dla was pro­mo­cja in­ter­ne­to­wa? Czy sa­mi się­ga­cie do mu­zy­ki przez in­ter­net?

B.W.: Dla mnie to je­st re­we­la­cyj­na spra­wa, bo gdy za­czy­na­łem, du­żo wcze­śniej, cza­sa­mi Ty­tus [wy­daw­ca płyt Fi­sza w As­falt Re­cords - JŚ] mó­wił, że mo­że trze­ba by by­ło pój­ść do ja­kie­goś pro­gra­mu te­le­wi­zyj­ne­go, coś przed­sta­wić... Z dru­giej stro­ny pły­ty i tak by­ły pi­ra­to­wa­ne, one wszyst­kie le­ża­ły so­bie na Sta­dio­nie Dzie­się­cio­le­cia. Dzi­siaj je­st fan­ta­stycz­na spra­wa, bo omi­ja­sz wszyst­kie pro­gra­my te­le­wi­zyj­ne, któ­re są brzyd­kie, ca­ła te­le­wi­zja je­st brzyd­ka i tam nie ma gdzie się po­ka­zać, a po­za tym nikt się nie in­te­re­su­je tak na­praw­dę. To sa­mo, je­śli cho­dzi o ra­dia. Wy­bra­li­śmy sin­giel, on so­bie pew­nie gdzieś w au­dy­cja­ch au­tor­ski­ch zo­sta­nie pusz­czo­ny, ale na ja­ką­kol­wiek play­li­stę nie uda­ło nam się tra­fić. Wło­ży­li­śmy zdję­cie i wrzu­ci­li­śmy ka­wa­łek na YouTu­bie - i je­st tam bar­dzo du­żo ogląd­nięć. Tak je­st z ca­łą tą pro­mo­cją. Omi­ja­sz rze­czy, któ­ry­ch nie lu­bi­sz, i bez­po­śred­nio tra­fia­sz do osób, któ­re w ja­kiś spo­sób są za­in­te­re­so­wa­ne.

P.W.: No i moż­na to też kon­tro­lo­wać pod ką­tem opra­wy gra­ficz­nej, wi­zu­al­nej. My wszyst­ko mu­si­my przy­bić, czy nam się to po­do­ba, czy nie. W mo­men­cie kie­dy idzie­sz do pro­gra­mu te­le­wi­zyj­ne­go, nie moż­na póź­niej za wie­le z tym zro­bić, to już nie na­le­ży do nas. W przy­pad­ku in­ter­ne­tu świa­do­mo­ść tej kon­tro­li je­st dla nas waż­na.

Jak się wam współ­pra­cu­je z du­żą fir­mą (wy­daw­cą Kim No­wak je­st Uni­ver­sal)?

P.W.: Na ra­zie bar­dzo do­brze. Je­st OK. Zo­ba­czy­my, jak to wszyst­ko pój­dzie da­lej, ale na ra­zie je­st o wie­le le­piej, niż przy­pusz­cza­łem. Nie spo­dzie­wa­łem się, że tak to wy­glą­da w du­żej fir­mie fo­no­gra­ficz­nej. Nie wie­dzia­łem, że bę­dą tu lu­dzie, któ­rzy na­praw­dę in­te­re­su­ją się mu­zy­ką. Wy­da­wa­ło mi się, że dzia­ła to na za­sa­dzie za­in­te­re­so­wa­nia pro­duk­tem, tak jak­by­śmy po­szli do du­żej fir­my ty­pu Co­ca-Co­la i chcie­li tam wy­dać pły­tę. A na­praw­dę je­ste­śmy tu­taj trak­to­wa­ni jak mu­zy­cy. Sze­fem ar­ty­stycz­nym je­st tu­taj pan Ja­ro­sław Szla­gow­ski [grał na per­ku­sji m.in. w Od­dzia­le Za­mknię­tym i La­dy Pank - przyp. red.], któ­ry w peł­ni zro­zu­miał na­szą pły­tę, tak nam się wy­da­je, i bar­dzo mu się spodo­ba­ła. Je­st też mu­zy­kiem. Więc ma­my wra­że­nia bar­dzo po­zy­tyw­ne.

B.W.: Zu­peł­nie przy­pad­ko­wo za­ry­zy­ko­wa­li­śmy, bo wy­da­je­my się zwy­kle z Ty­tu­sem, ale po­my­śle­li­śmy, że Kim No­wak to je­st in­ny pro­jekt i wy­da­my to gdzie in­dziej. Ty­tus ca­ły czas zaj­mu­je się na­mi od stro­ny me­ne­dżer­skiej, tu­taj tra­fi­li­śmy z go­to­wą pły­tą - więc to też nie je­st tak, że przy­nie­śli­śmy de­mo, czy się spodo­ba, wy­bie­rze ktoś sin­gla - no i oka­za­ło się, że moż­na tak. A jak moż­na tak, to dla­cze­go nie.

War­sza­wa, 18 ma­ja 2010

Tek­st uka­zał się w czerw­co­wym nu­me­rze mie­sięcz­ni­ka „Lam­pa”, a na­gra­nie nie po­wsta­ło­by bez po­ży­czo­ne­go przez re­dak­to­ra PDW dyk­ta­fo­nu.

Dodaj komentarz