Kim Nowak — wywiad dla „Lampy”

Posted on 17/07/2010 by

0


Dla „Lampy” roz­ma­wiam z zespo­łem Kim Nowak dzień przed pierw­szym kon­cer­tem w Powiększeniu. O tym, jaka muzyka jest naj­bli­żej ulicy. O tym, kiedy trzeba iść do domu i się prze­spać, co robić w waka­cje i czy język pol­ski jest faj­niej­szy niż MySpace.

JACEK ŚWIĄDER: Bartek, roz­ma­wia­łeś z „Lampą” trzy lata temu. PDW porów­nał cię wtedy do Sidneya Polaka — mówił, że obaj jeste­ście jakby mię­dzy rapem a muzyką gita­rową. Odpowiedziałeś: ja tam nie jestem zupeł­nie gitarowy.

BARTEK WAGLEWSKI: Mi bar­dziej cho­dziło o to, że... Nie lubi­łem takiego łącze­nia gatun­ków, mimo że jestem bar­dzo eklek­tycz­nie nasta­wiony do muzyki, lubię słu­chać wszyst­kiego i tak dalej. Nie pamię­tam, o co tam do końca cho­dziło, nato­miast oczy­wi­ście, na tym eta­pie, na któ­rym roz­ma­wia­łem z Pawłem, nagry­wa­li­śmy w duecie, nagry­wa­li­śmy jako Fisz Emade. To są rze­czy, które trak­tu­jemy na zasa­dzie takiej wspól­nej wizji muzycz­nej, która jed­nak ociera się o hip-hop, o bar­dzo syn­te­tyczne brzmie­nia. Natomiast gita­ro­wej muzyki słu­cha­li­śmy zawsze, pamię­tam zresztą, że w tym wywia­dzie opo­wia­da­łem, jak bar­dzo lubię na przy­kład zespół The Clash. Paweł też na pewno dobrze to pamięta, sam porów­ny­wał kie­dyś naszą wer­sję „Zapomnij” do utworu The Clash. Płyty w duecie brzmią wła­śnie tak syn­te­tycz­nie, a Tworzywo to był zespół, żywy zespół, który nie bał się tak naprawdę niczego, jeżeli cho­dzi o dźwięk.

Mieliście gita­rowy zespół już w liceum. Dlaczego wra­ca­cie do takiego gra­nia dopiero teraz?

PIOTREK WAGLEWSKI: Ja to widzę tak, że fak­tycz­nie, we wcze­snych latach mojego życia inte­re­so­wa­łem się muzyką meta­lową, póź­niej hardcore’ową i gra­łem na per­ku­sji. Potem były lata dzie­więć­dzie­siąte, jak już przy­szła fascy­na­cja hip-hopem, i wydaje mi się, że pra­co­wa­li­śmy przez ten czas — czyli od pierw­szej naszej płyty „Polepione dźwięki” — nad naszym wła­snym sty­lem i każda płyta była jakimś naszym speł­nie­niem. Chcieliśmy, przy­naj­mniej ja chcia­łem, zapre­zen­to­wać bity, które w danym momen­cie uwa­ża­łem za wła­śnie takie, jakie mnie inte­re­sują, jakie są dobre. Wydaje mi się, że cała droga do płyty „Heavi Metal” to jest taki okres roz­woju, który dopro­wa­dził nas do takiego etapu, w któ­rym osią­gnę­li­śmy stan stu­pro­cen­to­wego zado­wo­le­nia. Myślę, że „Heavi Metal” jest naszą naj­lep­szą płytą, naj­bar­dziej doj­rzałą. Dla mnie, jako beat­ma­kera, jest naj­bar­dziej doj­rzała muzycz­nie, naj­le­piej zro­biona, wypro­du­ko­wana. W tym momen­cie poczu­łem, że robię rze­czy, z któ­rych tak naprawdę jestem w stu pro­cen­tach zado­wo­lony i że ten poziom może spro­stać moim ocze­ki­wa­niom. Po tej pły­cie poczu­łem taką ulgę i pomy­śla­łem, że faj­nie byłoby zro­bić coś takiego jak Kim Nowak.

No wła­śnie, czuję, że to tro­chę zabawa. Jest luz, nie ma non­sza­lan­cji, tylko radość, to jest bar­dzo żywe.

B.W.: To faj­nie, że to sły­chać, to jest miłe, bo cały pro­jekt powstał na pró­bach, cała płyta została nagrana na tak zwaną setkę. Oczywiście spo­ty­ka­li­śmy się i pró­bo­wa­li­śmy wcze­śniej — łupa­li­śmy, wymy­śla­li­śmy te wszyst­kie riffy — ale zde­cy­do­wa­li­śmy, że nagry­wamy na żywca, że tych śladów chcemy nagrać jak naj­mniej i ten trzon brzmi troszkę jak pod­czas próby. Myślę, że dzięki temu czuć to, o czym mówisz. Z jed­nej strony ener­gię i emo­cje, z dru­giej strony tę radość z tego, że możemy dawać czadu w trio — bas, gitara, bębny — jak Nirvana (śmiech).

W cza­sach lice­al­nych we dwóch gra­li­ście coś podob­nego, ale nowo­cze­śniej — hard­core, metal. Teraz wybija się ten czyn­nik lat sześć­dzie­sią­tych, sie­dem­dzie­sią­tych, kla­syczne gita­rowe riffy — to wpływ Michała?

MICHAŁ SOBOLEWSKI: Ja się wycho­wa­łem na muzyce z tego okresu i ona mnie ukształ­to­wała na gita­rzy­stę, który szuka tych brzmień, nawią­zuje do tych kla­sycz­nych, sfuz­zo­wa­nych gitar. Dlatego gitara w Kim Nowak brzmi wła­śnie tymi sześć­dzie­sią­tymi. Nie da się tego unik­nąć i to jest fajne, bo mi się ta muzyka bar­dzo podoba.

P.W.: Głównym moto­rem tej płyty są riffy, tak naprawdę jest to muzyka rif­fowa, więc Michał speł­nia tu istotną rolę.

B.W.: W latach sześć­dzie­sią­tych to jesz­cze było fajne, że muzyka roc­kan­drol­lowa — przy­naj­mniej w ich pierw­szej poło­wie — nie była taka pate­tyczna. Dopiero lata sie­dem­dzie­siąte to już były te dłu­gie włosy, ten pisz­czący Plant, fajer­werki, póź­niej poja­wił się Van Halen i tak dalej. A lata sześć­dzie­siąte to był Hendrix — gdy on nagry­wał swoje płyty, to nie miał w ogóle kasy. Niszczył te gitary i... ja nie wiem, skąd on je w ogóle brał póź­niej (śmiech).

M.S.: To był taki okres. Black Sabbath, Led Zeppelin — te naj­bar­dziej znane zespoły, teraz już legen­darne — oni to wymy­ślili, robili to naprawdę po swo­jemu, nie było żadnej ide­olo­gii, nie towa­rzy­szyły temu żadne zobo­wią­za­nia. Chociaż media już wtedy nakrę­cały sytu­ację i Black Sabbath to niby byli sata­ni­ści z odwró­co­nymi krzy­żami. Oni oczy­wi­ście śmiali się z tego, nie mieli nic wspól­nego z żadnym ruchem reli­gij­nym czy anty­re­li­gij­nym, po pro­stu grali rock and rolla.

Czy teraz wam tego bra­kuje? Takiego czy­stego podejścia?

M.S.: Mi nie bra­kuje, bo ja mam takie podej­ście (śmiech). W muzyce, cóż, myślę, że cały czas powstają świeże zespoły. Chociaż każ­dego można porów­nać — rock and roll jest bar­dzo stary i jeżeli gra się z prze­ste­rem na gita­rze, to wia­domo, że gdzieś tam słu­chało się czy Hendrixa, czy Black Sabbath, czy Nirvany.

B.W.: Myślę, że to będzie tro­chę wra­cało, jest całe to zagłę­bie Detroit w Ameryce, które po pro­stu gra rock and rolla — bar­dzo pro­stego i już zna­nego, ale z wiel­kim cza­dem, wła­śnie z takim kopem, któ­rego pew­nie mi bra­ko­wało. W muzyce roc­ko­wej były prze­cież lata osiem­dzie­siąte, kiedy nagry­wało się te pla­sti­kowe bębny, kiedy Sting ściął włosy i nawet Bob Dylan nagry­wał kosz­marne płyty. Później lata dzie­więć­dzie­siąte, gdy to się oży­wiło — było Rage Against The Machine, był Primus, były zespoły, które strasz­nie mocno grały, w taki bar­dzo natu­ralny spo­sób. Fajnie, że to miało zaple­cze zwią­zane z ulicą. Ta muzyka, owszem, była wyda­wana w wiel­kich wytwór­niach, ale ona naro­dziła się zupeł­nie gdzieś indziej. A dzi­siej­sze zespoły są fajne, one grają fajne pio­senki, ale to są tylko fajne pio­senki. Większość tych zespo­łów strasz­nie dużo czasu spę­dza przed lustrem — grzywki w lewą stronę, w prawą stronę, każdy zespół ma jakiś swój wize­ru­nek. Tak jak w latach osiem­dzie­sią­tych. No ale w tym samym cza­sie powstają też takie płyty jak na przy­kład One Day As A Lion [zespół zało­żyli Zack de la Rocha z Rage Against The Machine i Jon Theodore z Mars Volta — JŚ]. Wydaje mi się, że jest taka tęsk­nota do bar­dzo pro­stego, moc­nego, zadzior­nego grania.

W refre­nie „Szczura” wokale bez tek­stu przy­po­mi­nają „Immigrant Song” Led Zeppelin, póź­niej jest zupeł­nie jak u Hendrixa — czarne gra­nie bęb­nów i basu. Sekcja jest czarno-hardkorowa, a gitara wprost nawią­zuje do lat sześć­dzie­sią­tych. To, co gra­cie, to suma wszyst­kiego, czego słuchaliście?

B.W.: To wszystko gdzieś jest. Znamy muzykę lat sześć­dzie­sią­tych bar­dzo dobrze, ale my się też prze­ciw niej bun­to­wa­li­śmy — wzię­li­śmy się za kom­pu­tery, w pew­nym momen­cie nie chcie­li­śmy grać na gita­rach. Z kolei Michał jest osobą, która gra na gita­rze w taki emo­cjo­nalny, fajny spo­sób, a całość wypro­du­ko­wał Piotrek, który wcho­dząc do stu­dia, miał już gotowy pomysł.

Perkusista i pro­du­cent w jed­nym. Mówiłeś, jak kto ma grać?

P.W.: To jest tak, że jestem per­ku­si­stą, reali­za­to­rem i rów­nież mik­suję te płyty, czyli sam ukrę­cam brzmie­nie per­ku­sji. Nikt nie ma wpływu na to, jak moje bębny zabrzmią. Najczęściej per­ku­si­ści zosta­wiają to reali­za­to­rom — dają jakieś swoje wska­zówki, a efekt koń­cowy należy do reali­za­tora. Ja aku­rat mam ten plus, że mogę swoje brzmie­nie zro­bić dokład­nie tak, jak chcę, nic nie muszę nikomu mówić, po pro­stu to robię. Więc to jest fajne. A jeżeli cho­dzi o pro­duk­cję, to nie, oczy­wi­ście nie mówi­łem chło­pa­kom, co, gdzie i jak ma być zagrane. Wszystko wyszło z nas trzech po równo, wydaje mi się, że podział jest tu bar­dzo spra­wie­dliwy, jeżeli cho­dzi o kom­po­zy­cje i tak dalej. Moja rola pole­gała na tym, żeby to brzmiało — żeby uzy­skać takie brzmie­nie, jakie chło­paki chcą uzy­skać. Dlatego musia­łem zna­leźć odpo­wied­nie miej­sce i to wszystko sobie prze­my­śleć — na jakim sprzę­cie to zmik­so­wać, jak to zro­bić, żeby to brzmiało... w sumie tak jak brzmi. Wydaje mi się, że to wyszło, tak jak miało wyjść, jeste­śmy wszy­scy z tego zadowoleni.

Wcześniej robi­łeś też płytę Waglewski Fisz Emade. To była twoja pierw­sza stricte gita­rowa płyta?

P.W.: Tak, to była pierw­sza taka gita­rowa rzecz, z którą się zetkną­łem, ale było na niej też dużo gitary aku­stycz­nej. Jeśli cho­dzi o kom­po­zy­cje, to tutaj duża jest rola naszego ojca, więk­szość utwo­rów została skom­po­no­wana przez niego. Miałem rolę tak naprawdę reali­za­tora i pro­du­centa, który czuwa nad brzmie­niem, mało inge­ro­wa­łem w kom­po­zy­cje. Przy Kim Nowak mia­łem wię­cej do powie­dze­nia pod tym względem.

Skąd for­muła trio?

P.W.: Chcieliśmy pójść w stronę mini­ma­li­zmu, czyli oddać czy­ste emo­cje poprzez trzy instru­menty, nie­an­ga­żo­wa­nie do tego więk­szej liczby ludzi. Bardzo nam się podoba ta mini­malna forma, acz­kol­wiek i tak nie jest ona aż tak mini­malna, jak w nie­któ­rych przy­pad­kach, na przy­kład Black Keys czy zespół The White Stripes, które są ogra­ni­czone do dwóch instru­men­tów. Ale bar­dzo nam się spodo­bało to, że przy pomocy małych środ­ków można zro­bić fajną, przy­naj­mniej dla nas, dużą rzecz.

Rozmawiamy o zagra­nicz­nych zespo­łach, a coś z pol­skich wam się podoba?

B.W.: Ja na przy­kład bar­dzo lubię Ściankę, szcze­gól­nie pierw­szą płytę. To był pierw­szy taki zespół, gdzie wszystko było prze­ste­ro­wane. Tekstowo bar­dzo fajne, nie­do­po­wie­dziane, troszkę surrealistyczne...

P.W.: Także lubi­li­śmy Starych Singers...

B.W.: Tak, bar­dzo dobry skład z war­szaw­skiej sceny. Ale też te wcze­śniej­sze rze­czy, pierw­sze rze­czy Lecha Janerki, ostat­nio słu­cha­li­śmy Klausa Mittfocha, tam było strasz­nie dużo emo­cji, strasz­nie dużo krzyczenia...

M.S.: Mi się pierw­sze Voo Voo bar­dzo podobało.

B.W.: Jest tej muzyki trochę.

W „Pistolecie” śpie­wasz wysoko „aaa” — zupeł­nie jak Maciek Cieślak w „Białych waka­cjach” Ścianki, póź­niej w tek­ście jest fraza „koń­czą się waka­cje”. To świa­dome nawią­za­nie do Ścianki, do ich brud­nych, rif­fo­wych kawałków?

B.W.: No rze­czy­wi­ście, dla mnie to jest aku­rat bar­dzo fajne porów­na­nie, ale każdy sły­szy, co chce. Co tu ukry­wać, muzyka roc­kowa tak naprawdę — czy tam jesteś wię­cej Bo Diddleya czy Sonic Youth — wszystko jest gdzieś takie samo i podobne. Ty usły­sza­łeś Ściankę, ktoś może usły­szeć nawet Alice In Chains... Ale też Yo La Tengo ktoś usły­szał. Byliśmy bar­dzo zdzi­wieni, bo to jakiś czło­wiek, który śledził Kim Nowak, cze­kał na tę płytę. Ja znam Yo La Tengo, znam kilka ostat­nich płyt, a tego utworu [„Pass The Hatchet, I Think I’m Goodkind” — JŚ] zupeł­nie nie zna­łem. Dziś go sobie odtwo­rzy­li­śmy, i rze­czy­wi­ście, bar­dzo cie­kawa rzecz — har­mo­nicz­nie jest bar­dzo podobny. Cała budowa utworu jest dość podobna, tam też jest taki riff basowy... No ale to jest wła­śnie dowód na to, że wszystko, kur­cze, już po pro­stu było — to jest tylko kwe­stia tego, jak to jest podane i czy to jest fajne, czy to jest szczere, czy to działa.

Yo La Tengo też nagry­wali płytę pun­kroc­kową pod inną nazwą (Condo Fucks). W Kim Nowak pod­pi­su­je­cie się swo­imi nazwi­skami, a nie zna­nymi ksyw­kami. Czy tak jak mówił Piotrek, nastą­piło już jakieś speł­nie­nie i chce­cie otwo­rzyć nową kartę?

B.W.: Ja bym się nie bawił w zamy­ka­nie. Gramy sobie, są rado­sne kon­certy, mie­li­śmy teraz strasz­nie długą trasę po „Heavi Metalu” i pew­nie będzie nam się do sie­bie wra­cało dosko­nale, ale faj­nie jest sobie cza­sem odpo­cząć. Po pro­stu, nie ma mowy o otwie­ra­niu nowych kart. Dla mnie oso­bi­ście Kim Nowak to jest taka stara płyta, to zna­czy tak stary pomysł na gra­nie, który mia­łem jesz­cze gdzieś w liceum. Nigdy go nie zre­ali­zo­wa­łem, bo nie kupi­łem sobie wcze­śniej basówki, bo Piotrek, kiedy się roz­krę­cał i miał już bębny, to chciał grać zupeł­nie co innego. A tu się spo­tka­li­śmy w tym cza­sie, spo­tkały się trzy osoby, które chciały razem coś nagrać. Ale na pewno nie chcie­li­śmy tego wmik­so­wać w to, co robi­li­śmy już wcze­śniej jako Fisz Emade czy jako Tworzywo, bo szkoda by było. Bo to jest jakby taka jedna ksią­żeczka od początku do końca i nie ma co z tamtą całą bandą mie­szać. Tylko dlatego.

A tek­sty Kim Nowak? Zupełnie inna praca, dużo krótsze.

B.W.: No tak. Ja aku­rat lubię bar­dzo tak pisać.

Dużo jest tu tego motywu, że coś się zjada, pożera, połyka — domy, auto­busy, kina, banki, ulice, dachy — ten motyw koja­rzy mi się futu­ry­stycz­nie, dużo mia­sta, gwał­tow­ność, wital­ność. I gra to z muzyką.

B.W.: Tak, taki motyw na pewno jest w „Szczurze”, „Pistolecie”, chyba w „Gromie”. Ja się nie czuję woka­li­stą. Ja się sta­ram prze­tłu­ma­czyć, opo­wie­dzieć, o co nam cho­dzi w tych dźwię­kach, nakre­ślić, jakie emo­cje temu towa­rzy­szą. Jak sły­sza­łem riff do „Rekina”, to wie­dzia­łem, że to jest rekin, od razu wie­dzia­łem, że póź­niej, sto­jąc na sce­nie, gra­jąc ten numer, będę chciał opo­wie­dzieć pań­stwu, że zaraz ich zeżrę. To jest czy­sto emo­cjo­nalna sytu­acja, zresztą są inne, bar­dzo różne tek­sty. Ja lubię „Nóż”, „Spacer” i tak dalej, czy „King Kong”, taki pro­sty. Pierwsze takie tek­sty, pamię­tam, pisa­łem na „Męskiej muzyce” [pro­jekt Waglewski Fisz Emade, 2008 — JŚ] i strasz­nie polu­bi­łem tę formę, bo ona jest taka oszczędna, a bar­dzo przy­jemna w pisa­niu. Fajna robota jest.

Mówiłeś o rif­fie z „Rekina”. Michał, przy­no­sisz gotowe riffy? Od czego zaczynacie?

M.S.: Z „Rekinem” to nie pamię­tam, jak było, ale więk­szość kawał­ków powsta­wała na pró­bie. Po pro­stu bra­łem do ręki gitarę, zaczy­na­łem grać i gdy nikt na to nie reago­wał w żaden spo­sób — to zna­czy nie dokła­dał swo­jej par­tii czy nie komen­to­wał tego, że fajne — to odkła­da­łem, sze­dłem zapa­lić papie­rosa czy napić się coli i pró­bo­wa­łem znowu. Ale naj­czę­ściej było tak, że gra­łem coś i na to była reak­cja: o fajne, fajne, róbmy to! I tak to powstawało.

B.W.: Sam „Rekin” strasz­nie się zmie­niał. Główny riff na zwrotkę jest Michała... ogól­nie był to utwór, który ja wymy­śli­łem, no, ale nie­stety nic tam nie zostało z tego pierw­szego „Rekina”. Na samym końcu był jesz­cze taki refre­nik z moim rif­fem, któ­rym się cie­szy­łem, to Piotrek powie­dział, że to trzeba wyciąć, i powstał taki mocny, mocny kawa­łek gita­rowy. Więc one się zmie­niały, ale to było tak, że próby były naj­faj­niej­szym testem. Albo coś wyszło, albo trzeba było iść do domu i się prze­spać, od początku do końca. A Piotrek był taką osobą, która mówiła: to do widze­nia, to wraca, ostat­nie zda­nie czę­sto do niego należało.

Jesteście zado­wo­leni z płyty?

B.W.: Ja mam tak, że gdy nagry­wam płytę, to już nie­chęt­nie do niej wra­cam. Wtedy byłem zado­wo­lony bar­dzo, bo chcia­łem to nagrać. Przede wszyst­kim cho­dzi o to, o czym roz­ma­wia­li­śmy wcze­śniej z Piotrkiem — o to brzmie­nie. Przez to, że to jest pro­ste gra­nie, w samej for­mie dość oczy­wi­ste — jest tam refren, zwrotka i tak dalej — chcie­li­śmy, żeby to brzmiało tak, jak sobie to wymy­śli­li­śmy. Nie chcie­li­śmy bli­skich bęb­nów, takich z pogło­sem, z wer­blem, jak to jest w osiem­dzie­się­ciu pro­cen­tach w pol­skiej pro­duk­cji. Jak już ten bas, to chcie­li­śmy, żeby on char­ko­tał, ale miał też ten dół. Przester gita­rowy — też nie chcie­li­śmy, żeby to był taki fuzz metal, wiesz, nie­bie­ski, błysz­czący, tylko cie­pły i jak naj­bar­dziej zbli­żony do tego, jak grał Hendrix. Jemu niczego nie bra­ko­wało w tej gita­rze. Ale teraz myślę już o kon­cer­tach, bo nagry­wa­jąc całą płytę, myśle­li­śmy już o kon­cer­tach — że to jest fajny mate­riał, żeby się póź­niej powy­głu­piać na sce­nie, ale zara­zić takim cza­dem, prostym.

Jutrzejszy kon­cert w Powiększeniu jest pierw­szy? Był już występ w „Trójce”.

B.W.: W „Trójce” to był aku­rat w Offsesji u Piotra Stelmacha, spo­tka­li­śmy się, cztery utwory zagra­li­śmy sobie. A to będzie pierw­szy taki kon­cert, że przyj­dzie sobie tro­chę ludzi. Gramy serię takich małych kon­cer­tów, strasz­nie mi na tym zale­żało, żeby były to takie kluby dwu­stu­oso­bowe. Gramy w Powiększeniu, gramy jesz­cze w Krakowie w Łodzi Kaliskiej, Pod Minogą w Poznaniu — też w takim bar­dzo faj­nym małym klu­bie. I strasz­nie się z tego cie­szymy, bo lubimy tak grać, a nie­czę­sto się nam to zda­rza. Ale całą trasę, mam nadzieję, zagramy jakoś po waka­cjach. W waka­cje nie można grać w klu­bach, bo stu­denci się bawią za darmo na wiel­kich festi­wa­lach (śmiech). Nie festi­wa­lach, tylko juwe­na­liach. No i kluby się zamykają.

Mówiliście, że jakieś frag­menty wypa­dały. Macie jesz­cze jakiś mate­riał w zana­drzu, czy na kon­cer­tach będzie­cie grać wię­cej, niż jest na płycie?

P.W.: Z sesji pły­to­wej nic nie zostało, wszystko, co nagra­li­śmy, zostało wyko­rzy­stane na pły­cie. Na kon­certy mamy jesz­cze jakieś utwory instru­men­talne, które się będą prze­pla­tały z tymi nume­rami. Chcemy grać na kon­cer­tach aran­ża­cje bar­dzo podobne do aran­ża­cji pły­to­wych, więc tam za wiele nie zmie­nia­li­śmy, i podoba nam się to, że zagramy to tak, jak jest to nagrane na pły­cie. Gramy we trójkę, tych kla­wi­szy, które sły­chać w nie­któ­rych kawał­kach, nie będzie na koncertach.

Nie wybie­ra­cie się na festiwale?

B.W.: Na pewno gramy na Offie [w Katowicach, 5–8 sierp­nia — JŚ], poja­wimy się też jesz­cze gdzieś w Polsce.

Gracie razem od poprzed­niego stu­le­cia, wypra­co­wa­li­ście sobie podział zadań, który świet­nie działa. W tym pro­jek­cie Michał jest na rów­nych pra­wach. Jak ci się pra­cuje z ludźmi, któ­rzy poro­zu­mie­wają się mię­dzy sobą bez słów?

M.S.: Bardzo dobrze mi się pra­cuje, bo pra­cuję z pro­fe­sjo­na­li­stami. Szybko zna­leź­li­śmy wspólny język. Każdy z nas jest inny, ale na tej naj­waż­niej­szej dla nas płasz­czyź­nie muzycz­nej komu­ni­ka­cja jest znakomita.

Dla was Kim Nowak to wynik ewo­lu­cji, a mi się wydaje, że dla słu­cha­czy ta płyta może być spo­rym zaskoczeniem.

B.W.: Wydaje mi się, że z jed­nej strony Kim Nowak to zupeł­nie nowy pro­jekt — jest to muzyka gita­rowa, jest to hała­śliwe, jest to muzyka, za którą tęsk­ni­li­śmy przez dłuż­szy czas, a jed­nak bar­dzo tam sły­chać nas, przy­naj­mniej Piotrka. Michała tam sły­chać naj­gło­śniej (śmiech). Chodzi mi o spo­sób gra­nia Piotrka, który jest bar­dzo cha­rak­te­ry­styczny, który już miał swoje miej­sce czy na pły­cie „Heavi Metal”, czy pod­czas kon­cer­tów Tworzywa i tak dalej, gdzieś tam są moje tek­sty czy głos... Na pewno nie jest tak, że zapusz­czamy dłu­gie włosy, wcho­dzimy w skóry i roz­wa­lamy sprzęt na sce­nie. Ja bym bar­dzo chęt­nie roz­wa­lił sprzęt na sce­nie, ale mnie na to nie stać zupeł­nie (śmiech), więc nie wiem, jak to się skończy.

Podobny prze­skok jak wy wyko­nał w 1991 roku Kazik (w podob­nym wieku, miał 28 lat), nagry­wa­jąc „Spalam się”. Zresztą na tam­tej pły­cie zagrał też wasz ojciec. Kazika widzia­łem ostat­nio w pro­gra­mie Krzysztofa Szewczyka „Wideoteka doro­słego czło­wieka”, opo­wia­dał m.in. o rze­czach swo­jego ojca, które nagrał.

B.W.: Nigdy nie mia­łem pro­blemu z róż­no­rod­no­ścią, z poru­sza­niem się w róż­nych sty­lach muzycz­nych. Jest coś takiego: gdy ja byłem w liceum — jest bar­dzo silna sytu­acja, że jak jesteś pun­kow­cem, to musisz mieć tę anar­chię, musisz mieć te czarne buty. Jak jesteś heavy­me­ta­low­cem, to musisz mieć pen­ta­gram i tak dalej. Ale myślę, że my wszy­scy jak tutaj sie­dzimy, gramy dla­tego, że lubimy muzykę, po pro­stu. Ona nam daje radość i jesz­cze zara­biamy na tym pie­nią­dze. Udaje się jakoś. Tak to bym musiał od rana do wie­czora cho­dzić do pracy (śmiech). Strasznie to by była nie­ko­rzystna sytuacja.

Kazik jest w pol­skiej muzyce wzo­rem wszech­stron­nego arty­sty, sięga na różne półki i nagrywa, co chce. Wydaje mi się, że idzie­cie tro­pem tego typu wykonawców?

P.W.: Nie lubię za bar­dzo fawo­ry­zo­wać jed­nych pol­skich arty­stów, żeby nie robić przy­kro­ści innym albo nie doda­wać skrzy­deł wła­śnie tym. Ale myślę, że jak naj­bar­dziej prze­wija się tutaj postać Kazika Staszewskiego, to osoba, którą zawsze sza­no­wa­łem i wydaje mi się, że spoko, że aku­rat mówisz o nim.

B.W.: Zawsze jak słu­cham muzyki — czy to jest Hendrix, czy Kazik, czy Björk, czy Mozart — to faj­nie jest słu­chać muzyki autor­skiej. Wiadomo, że wszystko już było, ale ta muzyka ma jakiś tam pro­cent bar­dzo swój, autor­ski. Może dla­tego też lubię wyko­naw­ców, któ­rzy śpie­wają po pol­sku. Ja wiem, że teraz jest Unia Europejska i MySpace, ale... też lubię język pol­ski i wydaje mi się, że w tym języku jest moc po prostu.

Cała wasza płyta jest na MySpace. Czym jest dla was pro­mo­cja inter­ne­towa? Czy sami się­ga­cie do muzyki przez internet?

B.W.: Dla mnie to jest rewe­la­cyjna sprawa, bo gdy zaczy­na­łem, dużo wcze­śniej, cza­sami Tytus [wydawca płyt Fisza w Asfalt Records — JŚ] mówił, że może trzeba by było pójść do jakie­goś pro­gramu tele­wi­zyj­nego, coś przed­sta­wić... Z dru­giej strony płyty i tak były pira­to­wane, one wszyst­kie leżały sobie na Stadionie Dziesięciolecia. Dzisiaj jest fan­ta­styczna sprawa, bo omi­jasz wszyst­kie pro­gramy tele­wi­zyjne, które są brzyd­kie, cała tele­wi­zja jest brzydka i tam nie ma gdzie się poka­zać, a poza tym nikt się nie inte­re­suje tak naprawdę. To samo, jeśli cho­dzi o radia. Wybraliśmy sin­giel, on sobie pew­nie gdzieś w audy­cjach autor­skich zosta­nie pusz­czony, ale na jaką­kol­wiek play­li­stę nie udało nam się tra­fić. Włożyliśmy zdję­cie i wrzu­ci­li­śmy kawa­łek na YouTubie — i jest tam bar­dzo dużo ogląd­nięć. Tak jest z całą tą pro­mo­cją. Omijasz rze­czy, któ­rych nie lubisz, i bez­po­śred­nio tra­fiasz do osób, które w jakiś spo­sób są zainteresowane.

P.W.: No i można to też kon­tro­lo­wać pod kątem oprawy gra­ficz­nej, wizu­al­nej. My wszystko musimy przy­bić, czy nam się to podoba, czy nie. W momen­cie kiedy idziesz do pro­gramu tele­wi­zyj­nego, nie można póź­niej za wiele z tym zro­bić, to już nie należy do nas. W przy­padku inter­netu świa­do­mość tej kon­troli jest dla nas ważna.

Jak się wam współ­pra­cuje z dużą firmą (wydawcą Kim Nowak jest Universal)?

P.W.: Na razie bar­dzo dobrze. Jest OK. Zobaczymy, jak to wszystko pój­dzie dalej, ale na razie jest o wiele lepiej, niż przy­pusz­cza­łem. Nie spo­dzie­wa­łem się, że tak to wygląda w dużej fir­mie fono­gra­ficz­nej. Nie wie­dzia­łem, że będą tu ludzie, któ­rzy naprawdę inte­re­sują się muzyką. Wydawało mi się, że działa to na zasa­dzie zain­te­re­so­wa­nia pro­duk­tem, tak jak­by­śmy poszli do dużej firmy typu Coca-Cola i chcieli tam wydać płytę. A naprawdę jeste­śmy tutaj trak­to­wani jak muzycy. Szefem arty­stycz­nym jest tutaj pan Jarosław Szlagowski [grał na per­ku­sji m.in. w Oddziale Zamkniętym i Lady Pank — przyp. red.], który w pełni zro­zu­miał naszą płytę, tak nam się wydaje, i bar­dzo mu się spodo­bała. Jest też muzy­kiem. Więc mamy wra­że­nia bar­dzo pozytywne.

B.W.: Zupełnie przy­pad­kowo zary­zy­ko­wa­li­śmy, bo wyda­jemy się zwy­kle z Tytusem, ale pomy­śle­li­śmy, że Kim Nowak to jest inny pro­jekt i wydamy to gdzie indziej. Tytus cały czas zaj­muje się nami od strony mene­dżer­skiej, tutaj tra­fi­li­śmy z gotową płytą — więc to też nie jest tak, że przy­nie­śli­śmy demo, czy się spodoba, wybie­rze ktoś sin­gla — no i oka­zało się, że można tak. A jak można tak, to dla­czego nie.

Warszawa, 18 maja 2010

Tekst uka­zał się w czerw­co­wym nume­rze mie­sięcz­nika „Lampa”, a nagra­nie nie powsta­łoby bez poży­czo­nego przez redak­tora PDW dyktafonu.

Posted in: duże, rozmowa