Co jest naj­waż­niej­szym miej­scem na świe­cie? Autorzy tego albu­mu nie są ory­gi­nal­ni - za samo­cho­do­wą naklej­ką powta­rza­ją: dom. Dla Wellsa i Moffata jest nim też Glasgow.

wells-moffatAidan Moffat przez dzie­sięć lat stał na cze­le duetu Arab Strap, po jego roz­pa­dzie lepiej lub gorzej szło mu z kolej­ny­mi kom­po­zy­to­ra­mi i zespo­ła­mi (np. L. Pierre). „Everything’s Getting Older”, jego pierw­sza pły­ta nagra­na z jaz­zo­wym ory­gi­na­łem Billem Wellsem, zosta­ła Szkocką Płytą Roku 2011. „Narodziny, miłość i śmierć, trzy powo­dy, by dobrze się ubrać”, zapa­mię­ta­łem z sin­gla. Moffat pisze z humo­rem, poru­sza­ją­co i prze­ra­ża­ją­co, a na boha­ter­kę niniej­szej pły­ty wybrał mia­sto - ponęt­ne, dia­bel­skie, rodza­ju żeń­skie­go.

Opowieść zaczy­na „On The Motorway”, strasz­no-śmiesz­na Moffatowa opo­wiast­ka. Do dźwię­ku tyka­nia zega­ra, for­te­pia­nu i szu­mu samo­cho­dów woka­li­sta zaczy­na od recy­ta­cji. „Baby on board/ prin­cess on board/ mon­ster on board”, czy­ta z mija­nych samo­cho­dów nar­ra­tor, pasa­żer. Wchodzi syn­te­tycz­ny rytm. Dopiero tiro­wa naklej­ka przy­po­mi­na­ją­ca o domu spra­wia, że zapa­da (nar­ra­tor, rzecz jasna) w uda­wa­ny sen. Takich lirycz­nych utwo­rów jest tu kil­ka, a Moffat z wisiel­czym humo­rem opi­su­je np. ruty­no­wy romans zaczy­na­ją­cy się od ruty­no­we­go poca­łun­ku („Vanilla”). Wyjątkowo towa­rzy­szy mu gita­ra aku­stycz­na i spło­wia­ły sam­pel ze zmy­sło­wym kobie­cym śpie­wem. Moffat spraw­nie poru­sza się mię­dzy tymi bie­gu­na­mi: samot­nym przy­gnę­bie­niem a nie­sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cą bli­sko­ścią. Pasuje mu do tego zarów­no deli­kat­na bos­sa nova, for­te­pia­no­wa bal­la­da a la Nick Cave, jak i chó­ral­na kościel­na pieśń („God only wants you when you’re down and lone­ly”, śpie­wa w „Street Pastor Colloquy, 3AM”).

Najlepszym utwo­rem jest tu „The Eleven Year Glitch”, histo­ria miło­ści, na któ­rą już za póź­no („So life just hap­pens and love just dies”), wło­żo­na w pod­kład z tanie­go syn­te­za­to­ra. „The pro­blem is that no one changed/ we didn’t evolve/ we just grew in all the wrong directions/ we met too late, we tried too soon”, gło­si Moffat, szczę­śli­wy ojciec dwoj­ga dzie­ci, odwiecz­ne tema­ty muzy­ki, i brzmi to wszyst­ko niczym Arab Strap, tam też prze­cież te smycz­ki i for­te­pian łączy­ły się z auto­ma­tem per­ku­syj­nym, gdy Moffat wyszep­ty­wał swo­je bana­ły. Uwielbiam je. A gdy jesz­cze, opo­wia­da­jąc o miło­ści, dokła­da dwu­znacz­ną wizję roz­mo­wy mię­dzy ser­cem, gło­wą a dło­nią, wiem, że jest w dobrej for­mie.

Te niby-prze­bo­je dopeł­nia na albu­mie seria moc­no eks­pe­ry­men­tal­nych para­pio­se­nek w sty­lu mecha­nicz­ne­go, peł­ne­go roz­pa­sa­nych instru­men­tów dętych „Lock Up Your Thumbs” (brzmi jak odświe­żo­ny, sza­lo­ny Waits). To wła­śnie one prze­wa­ża­ją sza­lę i czy­nią z „The Most Important Place In The World” nagra­nie wyjąt­ko­we. Pytanie tyl­ko, czy ta pły­ta będzie straw­na dla ktoś spo­za Wysp Brytyjskich. Mam wąt­pli­wo­ści, bo naj­wy­raź­niej Moffat z Wellsem dostrze­ga­ni są głów­nie w ojczyź­nie i naj­bliż­szej oko­li­cy, a i to nie przez wszyst­kich.

Ona jest o życiu, któ­re­go pra­gnie­my, i jego star­ciu z życiem, któ­re­go potrze­bu­je­my - no i o odróż­nia­niu, któ­re jest któ­re”, powie­dział Aidan Moffat o tej pły­cie. To taki Damon Albarn w wer­sji szkoc­kiej. Ma podob­ny urok wiecz­ne­go chłop­ca. Często zdo­ło­wa­ny, ska­co­wa­ny, zawsze jest gotów prze­bić gorz­ką szpi­lą balo­nik miło­ści, opty­mi­zmu czy co tam jesz­cze może się zna­leźć w jego zasię­gu. Nie żału­ję, że Aidan, rówie­śnik Albarna, nie zro­zu­miał w porę, że w latach 90. war­to było zaha­czyć o pop, żeby dziś mieć wpły­wo­wą publicz­ność. Widocznie nie było tego w jego wizji życia, któ­re­go potrze­bo­wał.

Tekst uka­zał się 12/4/15 w Wyborcza.pl/kultura - tam­że wię­cej recen­zji

Dodaj komentarz