Artybishops — Taste The Artybishops

Posted on 18/05/2009 by

0


Elektroniczno-funkowo-popowy skład Artybishops prze­staje być war­szaw­ską cie­ka­wostką i zdo­bywa coraz wię­cej fanów nie tylko poza adre­sem 11 Listopada 22, ale rów­nież poza sto­licą. W sierp­niu zagrają na festi­walu w Jarocinie. Nakład wyda­nej na wła­sny koszt płytki był zde­cy­do­wa­nie za mały, ale... KRMP ją ma.

artybishopsTeraz mogę to powie­dzieć, dla takiego zespołu warto było robić cały ten pro­gram — tak Zbigniew Hołdys oce­nił mar­cowy występ Artybishops w „Hit gene­ra­to­rze” w TVP. Nie tylko dla niego pierw­sze spo­tka­nie z war­szaw­skim zespo­łem skoń­czyło się nokautem.

Co zro­biło na zaj­mu­ją­cym się muzyką od wielu lat Hołdysie takie wra­że­nie, że kilka dni po pro­gra­mie przy­szedł z rodziną na kon­cert Artybishops w jed­nym z war­szaw­skich klu­bów? Przede wszyst­kim egzo­tyka wyróż­nia­jąca ich na tle tłu­mów pol­skich zespo­łów. Artybishops mają duży prze­chył na stronę rytmu kosz­tem melo­dii, ale to nie kłuje w uszy, bo egzo­tyka jest przede wszyst­kim w ryt­mach — kara­ib­skich, bra­zy­lij­skich, poli­ne­zyj­skich. Tego w Polsce nie ma, to jest nowe. Dodajmy do tego raz ostrą, raz melo­dyjną elek­tro­nikę Piotra Cichockiego i aksa­mitny, cha­ry­zma­tyczny głos woka­listki Kasi Brzostek — dosta­niemy muzykę, dla któ­rej trudno zna­leźć punkt odniesienia.

Niezwykła jak na pol­skich debiu­tan­tów jest też dys­cy­plina gra­nia — w tym zespole wszystko jest na miej­scu. Mimo krót­kiego stażu grają z mie­szanką pew­no­ści i świe­żo­ści cha­rak­te­ry­styczną dla wyja­da­czy typu Tymon & The Transistors. Na gęstych ryt­mach pre­cy­zyj­nie układa się cza­sem ostro fun­kowy, cza­sem deli­kat­nie jaz­zowy bas. Na tej fak­tu­rze zgrab­nie odnaj­dują się nie­sły­chane, to śmiałe i ostre, to nar­ra­cyjne frazy Kasi pod­parte dźwię­kami wycza­ro­wa­nymi przez autora więk­szo­ści reper­tu­aru Piotrka. Na sce­nie front­meni są jak ogień i woda — ona skon­cen­tro­wana stoi pra­wie bez ruchu, on biega, ska­cze, sza­leje mię­dzy lap­to­pem a mik­se­rem. To natu­ralne i cudow­nie wia­ry­godne — wszy­scy oni wie­dzą, czego chcą, widać, że kochają muzykę i nią żyją.

Jeśli cze­goś mi w Artybishops muzyce bra­kuje, to więk­szej melo­dyj­no­ści. Klubowy rodo­wód tej muzyki w natu­ralny spo­sób osa­dza ją w ryt­mie, spra­wia to wra­że­nie, że melo­dia jest dodat­kiem. Problem kury i jajka... Prawdopodobnie powi­nie­nem być bar­dziej cier­pliwy — są setki zespo­łów, które z bie­giem lat i z kolej­nymi pły­tami wygła­dzały swoje chro­po­wate, debiu­tanc­kie obli­cze i two­rzyły nową, nie­przy­sta­jącą do pierw­szych wypo­wie­dzi jakość. Po dwóch latach od spo­tka­nia Kasi i Piotrka Artybishops to zespół do obser­wo­wa­nia — rów­nież dla­tego, że ich ścieżka jest nie do prze­wi­dze­nia. Przy sze­ro­kich hory­zon­tach i opie­wa­nej tu spraw­no­ści muzy­ków stać ich na wszystko.

Na razie trzeba się zado­wo­lić wydaną nakła­dem zespołu płytką „Taste The Artybishops”, którą można kupić na kon­cer­tach — i życzyć zna­le­zie­nia wydawcy, który unie­sie cię­żar gatun­kowy zespołu.

myspace, wywiad radiowy

(tekst napi­sany dla ser­wisu warszawaoff.pl)

Posted in: recenzje