Słuchałem sta­rych płyt Arcade Fire - rze­czy­wi­ście ta trze­cia jest dobra. Pierwsze dwie śred­nio. Sporo smę­ce­nia, wczu­wa­nia się za moc­no. Właściwie chęt­nie zasta­no­wił­bym się jesz­cze raz, czy iść na naj­droż­szy poje­dyn­czy kon­cert, jaki pamię­tam. Przecież to na pew­no da się usły­szeć w sie­ci, będzie tłum odpi­co­wa­nych nasto­la­tek, trud­no się będzie prze­pchnąć do przo­du etc. Z tym że już nie mogę się zasta­no­wić, mam wydru­ko­wa­ny bilet. Cóż, towa­rzy­stwo będę miał dobre i zaja­ra­ne, tyle dobre­go.

Gulda pisze, że to naj­lep­szy kon­cer­to­wy zespół świa­ta, że w tym roku niko­go lep­sze­go nie da się obej­rzeć. On lubi uży­wać dużych słów, więc pozo­sta­ję nie­uf­ny. Z tych trzech płyt, owszem, uło­żył­bym dobry zestaw na dzi­siej­szy wie­czór, ale czy pań­stwo z Kanady uło­żą coś podob­ne­go? Oby. Oby nikt nie miał gorącz­ki. W śro­dę nie byłem na Nomeansno, a we wto­rek byłem na Afro Kolektywie, pierw­szy raz. O kon­cer­cie dowie­dzia­łem się parę godzin wcze­śniej, przy­pad­kiem. Tak jak Arcade Fire nagra­li trzy pły­ty i trze­cia wymia­ta, w dro­dze jest czwar­ta. Na szczę­ście dużo było sta­re­go mate­ria­łu, w tym hity sprzed tych dzie­się­ciu już lat: ”Seksualna cze­ko­la­da”, ”Karl Malone”, ”Bełgot obo­wią­zu­je w tej chwi­li”. Krótko mówiąc, niech się Arcade Fire uczy ukła­dać setli­sty od chło­pa­ków z Warszawy. Czekaliśmy do koń­ca, ale zabra­kło ”Trenera Szewczyka”. Niestety, Duże Pe wystą­pił wyłącz­nie w roli ludo­żer­ki pod sce­ną. Też mu się podo­ba­ło wszyst­ko. Na Torwarze chy­ba się nie zoba­czy­my.

2 thoughts on “Arcade Fire, Afrojax i żadnej BB”

Dodaj komentarz