11 — Gettokosmos

Posted on 23/01/2012 by

0


Marcin Pryt. Trzysylabowa recen­zja tej płyty mi wystar­czy, spró­buję jed­nak dać wię­cej. Najważniejszy w ostat­nich latach autor w pol­skiej pio­sence, muzyce, pod­zie­miu, kontr­kul­tu­rze. Do tego Paweł Cieślak, chyba naj­bar­dziej pokrę­cony kolega Pryta z 19 Wiosen, już poza skła­dem, i z Trypa. Producent i muzyk o wiel­kich umie­jęt­no­ściach i wyobraźni, któ­rej ścieżki trudno wytro­pić. Czyli śpie­wak o poetyce już zna­nej, uni­ka­to­wej, zupeł­nie szczery i wia­ry­godny, spo­tyka tajem­ni­czego kom­po­zy­tora, zawsze na obrze­żach, zna­nego z pracy w więk­szych składach.

Cieślak klika, buczy, trzesz­czy, tnie, a także po pro­stu gra na kla­wi­szach, orga­nach. Jest naraz Wielkim Elektronikiem i Golarzem Filipem, co z brzy­twą w łapie układa rytmy z trza­sków i jęków. Przetwarza głos woka­li­sty, raz on jest bli­sko, skom­pre­so­wany jak w radiu, póź­niej się oddala, gubi. Jest w pustym pomiesz­cze­niu, jest przy dru­gim wal­kie tal­kie gdzieś na dachu. Tak jakby pro­du­cent według swego kaprysu bawił się boha­te­rem i nar­ra­to­rem tej płyty. Rzuca go na głę­boką wodę, wyciąga z niego to, co może być w nim naj­lep­sze. Albo naj­bar­dziej szka­radne, to są rze­czy bar­dzo sobie bli­skie. Jedna rzecz prze­twór­stwo tego spo­koj­nego głosu, a druga — gło­sowa ścieżka zdro­wia, jaką Pryt sam sobie narzuca („VII pre­lu­dium + Twierdza Jebuzytów”).

Najważniejsze wersy: „Niebo nade mną, a czarna gwiazda wewnątrz/ jestem ta gwiazdą jede­na­sto­ra­mienną”. Więcej tu niż na zeszło­rocz­nej pły­cie Trypa fabuł, opo­wie­ści peł­nych poczu­cia zagro­że­nia, nie­do­pa­so­wa­nia, koniecz­no­ści ucieczki. Radości to tu nie ma, nic nowego u M11P, a do tego jesz­cze w pra­wie każ­dym utwo­rze można dostać wpier­dol. Osobiście, poje­dyn­czo, i jako ludz­kość też. Ludzkość ma ze sobą kło­pot nie tylko w wizji przy­szło­ści według Pryta, ale też w obec­nej na „Gettokosmosie” wer­sji „jakoś to idzie, nie jest tak źle”, którą znamy z codzien­nego doświad­cze­nia my, ksią­żęta XXI wielu. W tych opo­wie­ściach boha­ter spoza świata przy­cho­dzi do ludzi z misją, prze­sła­niem, lub odwrot­nie: uwię­ziony w get­cie ludz­kim boha­ter z tru­dem sta­wia opór zde­ge­ne­ro­wa­nej rze­czy­wi­sto­ści. „Dlaczego wyko­rzy­stu­je­cie jedy­nie ułamki swo­jej świa­do­mo­ści?!”. Obcość w każ­dej sytu­acji, poczu­cie bez­sensu zasta­nych zależ­no­ści spo­łecz­nych, komu­ni­ka­cji, wra­że­nie i prze­ko­na­nie o ist­nie­niu ludz­kiego getta, które jest nie tylko udzia­łem każ­dego czło­wieka, ale też jego dziełem.

Nie cho­dzi o to, żeby się tego bać, cho­dzi o to, żeby w to wejść — tro­chę jak z Trypem, tylko jesz­cze trud­niej. Ja sam utoż­sa­miam się z boha­te­rami (zwłasz­cza nar­ra­to­rami) ksią­żek, pio­se­nek, fil­mów, o które sie poty­kam. Dlatego wej­ście w świat 11 jest mi natu­ral­nym spo­so­bem obco­wa­nia z tą płytą. Widzę ope­ra­to­rów, chłopca-robaka, mini­ster­stwa, bandę na rogu, krew. Jestem nawet w środku tych snów, w któ­rych „muszę wysko­czyć z dru­giego pię­tra”. Bez wej­ścia do wewnątrz trudno to zro­zu­mieć, a temu, kto już wej­dzie, nie ma potrzeby tego tłumaczyć.

Posted in: recenzje