Menu Zamknij

Tag: 2009

Cuda, cuda ogłaszają (Polska 2000–2009)

Zestaw naj­lep­szych płyt dzie­się­cio­le­cia koń­czę nagra­nia­mi, któ­re zaprze­cza­ły i pod­wa­ża­ły (to łatwe), a zara­zem robi­ły nowy rodzaj szu­mu. Niezupełnie wiem, jak mają inni, ale ja na przy­kład uwa­żam, że naj­cie­ka­wiej się dzie­je, gdy spo­ty­ka­ją się oso­bo­wo­ści. Ludzie uta­len­to­wa­ni. Gdy oso­bo­wo­ściom się chce zro­bić coś nowe­go, gdy mają potrze­bę odrzu­ce­nia swo­je­go, za prze­pro­sze­niem, dorob­ku – jest dobrze.

Spięty – Antyszanty

W Warszawie mignę­ła w stycz­niu dość kul­to­wa impre­za – Wieczór Twórczości Żenującej „Zacieralia”. Co roku gar­nek na gło­wie upraw­nia do tań­sze­go wstę­pu. Jednak Spięty nawet z dursz­la­kiem na cze­re­pie na tary­fę ulgo­wą raczej nie może liczyć, bo spra­wa jest poważ­na. W Polsce solo­we debiu­ty gwiazd – Kazik, Nosowska – powo­du­ją trzę­sie­nia zie­mi i rów­nież po „chłop­cu od powsta­nia” spo­dzie­wa­no się wie­le.

Mum – Sing Along To Songs You Don’t Know

W sta­rej Polsce niby zima stu­le­cia lub wię­cej, ale mróz na szy­bach prze­ter­mi­no­wa­nych ika­ru­sów nie jest cza­ro­dziej­ski. Jest syf­ny jak sto pięć­dzie­siąt. Śnieg islandz­ki – inna roz­mo­wa – czyst­szy, lód bar­dziej szkli­sty. Mum nie liczy prze­trwa­nych zim, nie emo­cjo­nu­je się tym, ile jest stop­ni na minu­sie, nie spraw­dza, czy latem jest ponad pięt­na­ście. Mróz, zaspy, brud­ne bło­to nie rzu­tu­ją. Mecz o trze­cie miej­sce w Europie w czymś o nazwie szczy­pior­niak – też nie.

Armia – Freak

Najpierw ona mi powie­dzia­ła, że ma dwie wia­do­mo­ści dobrą i złą. Przechylając się przez bar. To któ­rą chcę naj­pierw. Ja mówię, że dobrą. To ona mi powie­dzia­ła, że podob­no Brylewski zno­wu jest w Armii. Ja mówię, że skąd wie, a ona, że sły­sza­ła. To mówię, że wte­dy złą. To ona wyję­ła wal­tor­nię i mi powie­dzia­ła, że Budzy teraz śpie­wa po angiel­sku.

Naiv – Przedświt

Naiv, mło­dy pol­ski zespół. Dwie gita­ry, bas, per­ku­sja i bar­dzo żywe, emo­cjo­nal­ne gra­nie spod zna­ku choć­by Happysad. Teksty – jak pisze sam zespół, „o rze­czach waż­nych i trud­nych – wie­rze, nadziei i miło­ści”. To wszyst­ko nie jest odkryw­cze i chy­ba nie ma być odkryw­cze. Jeśli cho­dzi o odwiecz­ny w naszym kra­ju kon­flikt: kopio­wać Zachód czy grać swo­je, Naiv opo­wia­da się za dru­gą opcją. Wybór słusz­ny, o ile dany zespół umie się wyróż­nić w tłu­mie podob­nych do sie­bie graj­ków, zna­leźć w tra­dy­cji coś, co dobrze zagra tu i teraz.

Biff – Ano

Boże mój słod­ki, wię­cej hała­su było w tym roku chy­ba tyl­ko o Paristetris. Biff – fan­ta­zyj­ny pro­jekt (prze­pra­szam, ale peł­ne zna­cze­nie tego sło­wa jest tu na miej­scu) połą­czo­nych z Pogodnem Ani Brachaczek i Fochmanna, do tego bar­dzo dobry basi­sta powyż­szej for­ma­cji Pfeiff oraz bęb­niarz Miczów Kozłowski (nie reży­ser fil­mo­wy). Produkcja: Marcin Bors. Jak ujął­by to Maleńczuk, jest to zatem naj­now­sza pozy­cja kra­jo­wej super­gru­py.