Menu Zamknij

Najlepsze płyty: październik 2020 – Ziołek, Lattimore, Giorgio Fazer i inni

Okazuje się, że w tym peł­nym pre­mier mie­sią­cu inte­re­so­wa­ły mnie głów­nie rze­czy instru­men­tal­ne, a naj­chęt­niej łagod­ne. Nie tyl­ko jed­nak, nie tylko.

Doszło u mnie wresz­cie do prze­si­le­nia. Cieszę się! Jakiś czas temu posta­no­wi­łem słu­chać wszyst­kich nowo­ści i wytrwa­łem w tym jakieś trzy tygo­dnie. Wiem już, że nie o to mi cho­dzi. To chy­ba będzie poże­gna­nie z lista­mi ulu­bio­nych płyt mie­sią­ca, bo zoba­czy­łem też, że nie zaglą­dam do wcze­śniej­szych mie­się­cy. Opowieści o tym, że robię to dla sie­bie, oka­za­ły się więc ście­mą. Już nie łech­ce dopi­sy­wa­nie prze­słu­cha­nych po cza­sie pły­ty do sta­rych list. Chciałbym teraz sku­pić się na tym, co zro­bi na mnie mniej lub bar­dziej bły­ska­wicz­ne wra­że­nie. Ten plan się pew­nie nie powie­dzie, ale czu­ję ulgę, że nie muszę już kitrać na docsach pli­ku z har­mo­nią płyt do prze­słu­cha­nia. Robić do pod­su­mo­wa­nia nota­tek, któ­re z każ­dym dniem tra­cą na świe­żo­ści. Poza tym ran­do­mi­za­cja sprzy­ja zasko­cze­niom, myślę. Kupiłem faj­ne słu­chaw­ki, będę słu­chał uważ­niej, ale mniej. Gdybym coś wspa­nia­łe­go prze­oczył, to pew­nie ktoś mnie poin­for­mu­je albo o tym przeczytam.

A co było w tym gęstym od słu­cha­nia październiku?

Steve Gunn i John TruscinskiŁagodniejsza muzy­ka szła przed wszyst­kim innym, har­fist­ka Mary Lattimore jest tu mistrzy­nią. Zaczynam od niej po to, żeby­ście ją spraw­dzi­li (wszyst­kie lin­ki na koń­cu tek­stu). Para Gunn-Truscinski też nie gor­sza, tyl­ko ich album pie­kiel­nie dłu­gi. Niemniej – bez tak dłu­gich podró­ży nie zwie­dzi­ło­by się świa­ta. Imponujące są obie te pły­ty, jed­no­cze­śnie deli­kat­ne i moc­ne, bar­dzo fizycz­ne i udu­cho­wio­ne. Gunn i Truscinski to gita­rzy­sta i bęb­niarz, naj­bar­dziej chy­ba agre­syw­nie gra­ją w „Pyramid Merchandise”, ale czę­ściej cią­gnie ich w stro­nę marzy­ciel­sko-malar­ską, i to jest świet­ne. Czuję jakąś peł­nię, gdy ich słu­cham. Myślę też, że wspa­nia­ły utwór zamy­ka­ją­cy album „Soundkeeper” był­by znacz­nie mniej impo­nu­ją­cy, gdy­by nie poprze­dza­ła go ponad godzi­na dosko­na­łej muzyki.

Te dwie pły­ty są tro­chę jak Ziołek z Ostrowskim w zeszłym mie­sią­cu, ale bar­dziej jak Pin Park – jeże­li czar tych płyt wyni­ka ze ście­ra­nia się płyt tek­to­nicz­nych, nie­przy­sta­ją­cych do sie­bie, tak róż­nych, to w przy­pad­ku zarów­no Lattimore, jak i Gunna z Truscinskim są to pły­ty z wyjąt­ko­wo mięk­kich mate­ria­łów. Nie nale­ży dać się zwieść chro­pa­we­mu począt­ko­wi tej dru­giej. Anteny są bar­dzo wyczu­lo­ne, pogło­sy ide­al­nie zapro­gra­mo­wa­ne, aż po ostat­nie drże­nie gita­ry w „Curtain”. Mała nar­ra­cja, duzi arty­ści. Z kolei bie­żą­cy Ziołek, już solo­wy, zaska­ku­je może nie brzmie­niem czy zde­rza­niem este­tyk, ale na pew­no zwar­to­ścią, bo trwa 24 minu­ty. Poza tym arty­sta zdo­łał włą­czyć w swo­ją wraż­li­wość wzor­ce popu­lar­ne wśród arty­stów uro­dzo­nych po 2000 roku. Bardzo mi się podo­ba u Ziołka ten post­in­ter­ne­to­wy wątek, unso­un­do­wy, podej­rza­ny u Jamesa Ferraro i całej armii twór­ców „muzy­ki do wizu­ali­za­cji”, ale prze­ro­bio­ny przez nasze­go filo­zo­fa muzy­ki na wła­sną modłę.

Słuchałem też, cały czas opóź­nio­ny, ekwi­li­bry­stycz­ne­go dzie­ła Bartosza Zaskórskiego. Ten arty­sta funk­cjo­no­wał dla mnie do tej pory bez twa­rzy i bez wie­ku, jako „jeden z tych, któ­rzy dostar­cza­ją”. Teraz oka­za­ło się, że uro­dził się w syl­we­stra 1987 roku i w tym wła­śnie punk­cie umie­ścił „akcję” swo­jej pły­ty. Zaskórski wymy­ślił zespół, któ­ry musiał zaist­nieć wte­dy, w momen­cie zasty­głej i już roz­pęk­nię­tej komu­ny, kru­sze­ją­cej i roz­sy­pu­ją­cej się. „Zespół” ten się­ga po narzę­dzia nowej fali w jej stech­no­lo­gi­zo­wa­nej odsło­nie – syn­te­za­to­ry z epo­ki, gra­ją­ce nie­rów­no auto­ma­ty per­ku­syj­ne. Do brzmie­nia tych instru­men­tów prze­ni­ka nie­do­sko­na­łość i omyl­ność, one też się sypią, jak ZSRR Gorbaczowa i PRL Jaruzelskiego, któ­ry mam szczę­ście pamię­tać jako uro­dzo­ny kil­ka lat przed Zaskórskim.

Specjalnej uwa­gi doma­ga­ją się nagra­nia duetu Giorgio Fazer, czy­li wyda­ne pod tytu­łem „Odarci z god­no­ści” ilu­stra­cje do nie­ist­nie­ją­cych (waż­ne) pol­skich wester­nów. Gdzieś tam w dwóch trze­cich pły­ty, przy utwo­rze „Step” wkra­cza na peł­nej este­ty­ka Mirona Grzegorkiewicza, ale w inny spo­sób niż dotąd – odmie­nia ją przede wszyst­kim sztucz­na per­ku­sja, któ­rą na pierw­szy odsłuch pomy­li­łem z żywą (na takiej gra w dwóch utwo­rach Szymon Gąsiorek). Moim zda­niem to naj­lep­szy album duetu Grzegorkiewicz-Franczak, naj­le­piej wymy­ślo­ny i dopra­co­wa­ny. Niesie ze sobą nie tyl­ko nastrój, ale też po pro­stu przyjemność.

W parze z nim słu­cha­łem rów­nież nastro­jo­we­go i jesz­cze bar­dziej roz­rze­dzo­ne­go „Nothing Is Solid” autor­stwa Jocelyn Packard. Za dłu­ga, ale dobra pły­ta. Dronowate par­tie gitar i kla­wi­szy spra­wi­ły, że była to dla mnie podróż tyleż relak­su­ją­ca, co przy­ku­wa­ją­ca uwa­gę. Symfonia sma­ków heh, bo z dru­giej stro­ny muzy­ka Jocelyn Packard (jest to zespół) mogła­by sta­no­wić ilu­stra­cję do gry wideo dzie­ją­cej się w nie­okre­ślo­nej prze­szło­ści, w nie­okre­ślo­nym zakąt­ku galak­ty­ki, gdzie boha­ter szu­ka innej for­my życia i dopie­ro na koniec życia wła­sne­go orien­tu­je się, że ta inna for­ma cały czas z nim, w nim była. Pustka jest waż­na i życie też.

Wychodzi na to, że mam same instru­men­ta­le, bo jesz­cze pro­sty, bito­wy „Daylight Savings” austra­lij­skie­go kwar­te­tu Surprise Chef, a do tego zawie­ra­ją­cy w sobie masę gro­ove­’u powrót The Budos Band. Wspaniała rzecz do cho­dze­nia (w masecz­ce), w tym mie­sią­cu nie zna­la­złem nic kro­czą­ce­go rów­nie pew­nym kro­kiem. Od razu się chce mani­fe­sto­wać, straj­ko­wać, a jak blo­ko­wać – to tyl­ko w ruchu. Szczególnie zachę­cam do posłu­cha­nia basu na tej pły­cie, chce się łapać za instru­ment i grać. Żałuję tyl­ko, że EABS na nowej pły­cie nie zechcie­li pobu­jać tro­chę moc­niej, tak jak to robią w w ostat­nim utworze.

Nie cho­dzi mi o to, żeby stwo­rzyć tu efek­tow­ny prze­gląd rze­czy pozba­wio­nych woka­li, więc pod­kre­ślę jakość naj­lep­szych tego mie­sią­ca pio­se­nek. Upatrzyłem sobie do tego pły­tę „Afterlife” austra­lij­skie­go arty­sty Ex-Olympian, na któ­rej impo­nu­ją mi zde­rze­nia barw – elek­tro­nicz­ne ryt­my, sztucz­ny kla­we­syn, praw­dzi­we: fun­ko­wy bas i gita­ra, do tego syn­te­za­to­ry, flet i sak­so­fon. Jeden czło­wiek? W czę­ści utwo­rów dopro­sił kil­ko­ro muzy­ków, ale cała pły­ta brzmi, jak­by grał pełen zespół. Jeszcze boga­ciej, choć dla mnie zbyt nowo­cze­śnie (czy­li kwa­dra­to­wo? sam nie wiem, o co mi cho­dzi­ło, jak to pisa­łem) brzmi Gorillaz, ale pio­sen­ki wresz­cie mają dobre! Mam wra­że­nie, że wyci­snę­li z woka­li­stów wię­cej (lub: co inne­go) niż to, co robią oni na co dzień na wła­sny szczot. I nie tyl­ko woka­li­stów, Peter Hook daje radę, może prze­sta­nie być taki skwaszony.

A na koniec mam takie­go rodza­ju zasko­cze­nia, jakich szu­kam. Nie pamię­tam, jak zna­la­złem to pierw­sze. Hundred in the Hands nagra­ło pły­tę bar­dzo pan­de­micz­ną, izo­la­cyj­ną, odbi­ja­ją­cą rze­czy­wi­stość 2020 roku. Są z Nowego Jorku i gra­ją od wie­lu lat, a pra­cę nad pio­sen­ka­mi zaczę­li od sta­rych kaset, któ­re nagry­wa­li w koń­cu lat 90. Idzie więc tu pełen recy­kling. W innym sen­sie na pozio­mie korze­ni, zie­mi, piw­ni­cy ope­ru­je nowy kra­jo­wy skład Order of the Rainbow Girls. Nie piszą o sobie, czy jest ich dwie, czy pięć, ale kon­ty­nu­ują naj­lep­sze tra­dy­cje zespo­łów wcze­śniej zła­pa­nych na sito Jakuba Tyro-Niezgody, jak Nac/Hut Report iRosa Vertov. Oddaję dziew­czy­nom wszel­kie hoł­dy, a one niczym się nie przej­mu­ją (więc moż­na je bez­kar­nie skry­ty­ko­wać, ja nie mam za co). Brzmią jak z pró­by, ale mają melo­die i czy­tel­ne sło­wa, coś tam sie­dzi pod tą nie­śmia­ło­ścią, a nakaz bra­nia do rąk instru­men­tów, nawa­la­nia, a przede wszyst­kim bycia razem – wyda­je się teraz naka­zem chwili.

Najlepsze płyty października 2020

Nie przegapić

Wyszły też

Powiązane Wpisy

Leave a Reply