Menu Zamknij

Najlepsze płyty – listopad i grudzień 2020: Trzy razy Anna, Avtomat, The Bug

Z przy­czyn zdro­wot­nych dłu­go się do tego zabie­ra­łem, prze­słu­cha­łem cał­kiem dużo albu­mów, robi­łem też zaku­py. Czyli mniej wię­cej jak zawsze, tyl­ko że mnó­stwo cza­su to wszyst­ko zjadało.

Najpierw powi­nien być spo­kój. Jako szla­chet­na, kozac­ka, zupeł­nie wylu­zo­wa­na w mówie­niu o naj­po­waż­niej­szych kwe­stiach jawi mi się pły­ta Anny McClellan z Omaha w Nebrasce (miej­sco­wość ta jest nazy­wa­na – jed­ną z wie­lu, może ostat­nią? – bra­mą Zachodu). Do tego pasu­je znacz­nie bar­dziej wydu­ma­na i momen­ta­mi dziw­na, ale bar­dzo spo­koj­na „Because of a Flower” Any Roxanne z Nowego Jorku. Zainteresowani pro­ble­ma­mi płci i sek­su­al­no­ści powin­ni wczy­tać się w histo­rię tego albu­mu. Za jesz­cze lep­szą od dru­giej i dorów­nu­ją­cą pierw­szej uwa­żam trze­cią panią Anię – Norweżkę Ane Brun z jej dzie­wią­tą pły­tą „How Beauty Holds The Hand Of Sorrow”. Jeżeli ktoś miał­by spraw­dzić tyl­ko pięć albu­mów z listo­pa­da i grud­nia, to na począ­tek pro­po­nu­ję te trzy.

Z dzia­łu pio­sen­ka pra­gnę pole­cić gru­pę Terry vs. Tori pocho­dzą­cą z Sewilli, wyda­li pły­tę „Heathers”. Obok lub nawet przed jest mój pięk­nie sta­rze­ją­cy się fawo­ryt – Paul McCartney, z trze­cią w karie­rze pły­tą nagra­ną jed­no­oso­bo­wo, w wie­ku 78 lat. Coś tam jesz­cze powy­cho­dzi­ło, trzy pio­sen­ki turec­kiej artyst­ki Nilüfer Yanya, nie­za­lo­wa pły­ta gru­py Cindy (być może to sta­roć, wpa­dłem na nie­go przy pod­su­mo­wa­niach), i chy­ba nic wię­cej wstrząsającego.

W elek­tro­ni­ce u nas wygry­wa Avtomat z epką na gorą­co reagu­ją­cą na let­nie wyda­rze­nia, poli­cyj­ne ata­ki na akty­wi­stów LGBTQ+. To po pro­stu świet­na, pięk­na muzy­ka. Podobało mi się też nie­prze­sa­dzo­na dłu­gość tego nagra­nia. Z zagra­ni­cy zasko­czył mnie ulu­bie­niec Unsoundu The Bug z mate­ria­łem „In Blue” z udzia­łem Dis Fig. Inne myśle­nie o dźwię­ku, a momen­ta­mi przez te woka­le szło to nawet jak Tricky (żart). Totalnie nastro­jo­wa pły­ta, ciem­na, ambien­to­wa, z wcze­śniej obce­go mi nur­tu dzia­łal­no­ści Kevina Martina – jestem w niej laikiem, znam ją tyl­ko z róż­nych kon­cer­to­wych odsłon, (muszę to napi­sać) w mojej obec­no­ści zawsze grał ina­czej! Wszyscy powin­ni wypo­wie­dzieć się na jej temat, świat był­by wte­dy pięk­niej­szy. Chwała tym, któ­rzy to zro­bi­li (nie szu­ka­łem, więc natkną­łem się). A no i 12 minut Buriala w posta­ci utwo­ru „Chemz”.

Jest też na mojej listew­ce miej­sce na tań­ce nie­po­lskie i nie­un­so­un­do­we (na razie, heh), czy­li wiel­ką pły­tę Badge Époque Ensemble, soulo­wo-jaz­zo­wo-hipho­po­we­go kolek­ty­wu z Toronto. Proszę spraw­dzić, może uzu­peł­nia się to jakoś z The Avalanches? Bo „We Will Always Love You” uwa­żam za rzecz wybit­ną, jak­by skro­jo­ną na pan­de­mię. To pły­ta z ple­ja­dą gości, róż­no­rod­na, niby mixta­pe, ale dopra­co­wa­na i pio­sen­ko­wa. Coś dokład­nie w ich sty­lu, a jed­nak nio­są­ce nową radość. To może jesz­cze doło­żę pły­tę, któ­rą pod­ła­pa­łem z pod­su­mo­wań muzy­ki świa­ta, a wyszła ona już w czerw­cu – „The Dancing Devils of Djibouti” Groupe RTD. Wielkie dźwię­ki, czuj­nie opi­sał je Michał Wieczorek. Uspokoiłem się, że słusz­nie naby­łem winyl. Robi robotę.

O Dynasonic i Lotto chciał­bym kil­ka zdań napi­sać osob­no, tu wystar­czy tyle, że nie zawie­dli mnie, pozo­sta­ją w ruchu. Podobnie jak Łukasz Ciszak w wer­sji solo z pły­tą „MET”, w trio Guiding Lights, a tak­że w Canine Callgirls, któ­re­go albu­my już mi się mie­sza­ją. Wiem, że naj­bar­dziej zespo­ło­wy, bo z bęb­na­mi, wyszedł w Nowy Rok, z kolei mój ulu­bio­ny dru­gi – pre­mie­ra była latem – uda­ło mi się dorwać na cd-rze, więc mam na świe­żo. Wspaniały. Do tego kra­jo­we­go zesta­wu doło­żył­bym coś ze sło­wa­mi – w kra­ju bez­kon­ku­ren­cyj­na w tej dzie­dzi­nie jest Nanga, czy­li zespół Magdy Dubrowskiej z Maciejem Dzierżanowskim i Filipem Różańskim z Lao Che. Zresztą pod­kła­dy też obłędne. 

W tym pod­su­mo­wa­niu dwóch mie­się­cy miesz­czą się rów­nież wspo­mnia­ne już przy innej oka­zji pły­ty M. Warda, Exploding Star Orchestra oraz duetu mał­żeń­skie­go Douglas/Younger. A pro­pos tej ostat­niej – mam do doda­nia jesz­cze kon­cer­tów­kę Sarah Davachi, zwłasz­cza że trwa ze dwie i pół godzi­ny. Pasuje mi taka for­ma, wymie­sza­na, szcząt­ko­wa, róż­ne miej­sca, róż­ne cza­sy. Nasze cza­sy. Odwrotnie zadzia­łał Bill Orcutt – jego pół­go­dzin­ny kon­cert nagra­ny pięć lat wstecz kon­den­su­je mnó­stwo utwo­rów tak kla­sycz­nych, że aż prze­zro­czy­stych, zagra­nych w odkryw­czy spo­sób. „Dziwną gita­rę” sły­chać też na wyda­nej latem pły­cie Rozwodu, no i oczy­wi­ście u King Gizzard & The Wizard Lizard.

Trochę zadu­my i reflek­sji? Znakomite jest „Home Office” Emitera, gdzie (przede wszyst­kim chy­ba) arty­ści opo­wia­da­ją o swo­im doświad­cze­niu izo­la­cji i zamknię­cia wio­sną roku 2020. Na dru­gą nogę, bez słów, mam krót­ką pły­tę Artura Rumińskiego z czerwca.

PS Po paru dniach muszę dodać tutaj pły­tę Kurkiewicza „The Very Moon”. Brzmienia z lat 80. wzbo­ga­co­ne o sła­bu­ją­cy, roz­tar­gnio­ny wokal i kapi­tal­na sty­li­za­cja na cia­maj­dę. Zresztą jed­no jest bli­skie dru­gie­go, a owo mniej wię­cej toż­sa­me z trzecim.

Życzę pań­stwu czy­tel­ni­kom miłe­go słu­cha­nia tego, co jesz­cze w 2020 nie­prze­słu­cha­ne, a tak­że nowej ener­gii na rok 2021. Oby pomy­sły na nowe rze­czy lały się jak z cebra, oby zdro­wie dopi­sy­wa­ło niczym na budo­wie, oby czas stał się jak nie­wy­czer­pa­ne, nie­koń­czą­ce się jezio­ro. Do sie­go roku.

Lista z linkami:

 

Powiązane Wpisy

Leave a Reply