Menu Zamknij

Najlepsze płyty – lipiec 2020. Lianne La Havas, Madeline Kenney, Speaker Music...

Na mojej liście są tak­że twór­cza koope­ra­cja Wacława Zimpla z Samem Shackletonem, koope­ra­cja wydaw­ni­cza Columbus Duo z Guiding Lights, a tak­że nowy dro­biazg Marissy Nadler.

 

 

 

 

Heh, chy­ba doje­cha­łem do koń­ca wła­snych moż­li­wo­ści. Nie chcę słu­chać tylu płyt. One mi się nie miesz­czą w mózgu. Wolę odpo­czy­wać, czy­tać, nie robić trzech rze­czy naraz. Ostatnio rów­no­le­gle pisa­łem dwa tek­sty, czy­ta­łem książ­kę i oglą­da­łem mecz ulu­bio­nej dru­ży­ny. Naprawdę bra­ko­wa­ło już tyl­ko jakiejś pły­ty i wyłą­czo­ne­go gło­su w tv. A może nie bra­ko­wa­ło, tego wła­śnie nie pamię­tam. Wszystko dobrze się skoń­czy­ło, ale póź­niej poczu­łem się zmę­czo­ny. I zno­wu robi­łem to samo.

Teraz chciał­bym nauczyć się wybie­rać kil­ka płyt na mie­siąc, może ze trzy na tydzień na począ­tek, i jakoś tam o nich pisać. Albo brać tyl­ko to, co robi na mnie wra­że­nie? Sam nie wiem, czy dobra jest meto­da (umow­nie) tygo­dni­ków, gdzie co sie­dem dni są np. trzy pły­ty omó­wio­ne, i ja tego raczej nie czy­tam, czy rację może ma Bartek Chaciński, któ­re­go czy­tam – on robi codzien­nie krót­ką recen­zję z szer­szym publi­cy­stycz­nym tłem, gdzie może ruszyć jakieś bie­żą­ce wyda­rze­nia, okra­sić te not­ki czymś zachę­ca­ją­cym, rzu­co­nym na zanę­tę, poka­zać sko­ja­rze­nia i w ten spo­sób dobu­do­wu­je sobie po cegieł­ce swo­ją biblio­te­kę aleksandryjską.

Pomyślę jesz­cze o tym, a na razie pre­zen­tu­ję to, cze­go słu­cha­łem w lip­cu. Zauważyłem, że coraz mniej płyt zosta­wiam za bur­tą, na pew­no muszę więc – jak to się mówi – robić grub­szy odsiew, uży­wać inne­go sita, takie­go z więk­szy­mi oka­mi, żeby zosta­wa­ły mi na nim tyl­ko naj­wspa­nial­sze oka­zy. Czy to się uda? Do usły­sze­nia za mie­siąc albo pół­to­ra. A może za tydzień?

Animal Collective „Bridge to Quiet” * (Domino, 3.7.20). And ano­ther one zespo­łu, któ­ry posta­rzał się w toku karie­ry chy­ba mniej niż my. Ich cha­rak­te­ry­stycz­ne, lata­mi wypie­lę­gno­wa­ne brzmie­nie w 2020 roku nie ma już przed słu­cha­cza­mi wie­lu tajem­nic. Niby epka, czte­ry utwo­ry, a 34 minuty.

Apollo Brown/Che Noir „As God Intended” * (Mello, 10.7.20). O jak bar­dzo dobre! Ten pierw­szy to pro­du­cent z Detroit, ta dru­ga to raper­ka z oko­lic Buffalo. On robi melo­dyj­ne utwo­ry w śred­nich tem­pach, a ona dość mono­ton­nie, ale ze spo­rą cha­ry­zmą opo­wia­da o świe­cie, w któ­re­go cen­trum jest prze­moc. Co chwi­la obsa­dza np. sie­bie samą w roli mor­der­czy­ni czy po pro­stu mści­ciel­ki. W tle prze­bi­ja­ją związ­ki, samot­ne macie­rzyń­stwo, świat prze­stęp­czy czy raczej wię­zien­ny jako dro­ga wycho­wa­nia czar­nych Amerykanów, a nawet reli­gia. Gorący album.

Bing & Ruth „Species” *** (4AD, 17.7.20). To zja­wi­sko opi­sa­łem już TUTAJ.

Boldy James/Sterling Toles „Manger on McNichols” ** (Sector 7‑G, 22.7.20). Czy to rap, czy to raps? Boldy James gada jak bit­nik, Patti Smith albo Gil Scott-Heron, jego głos jest niski i czar­ny jak smo­ła, a wer­sy mają wdzięk poetyc­ki. A może to repor­taż z Detroit? Producent Sterling Toles sekun­du­je mu z bita­mi, ale też na wibra­fo­nie, a muzy­ków gra­ją­cych na basie i bęb­nach, wio­lon­cze­li, fle­cie czy puzo­nie – jest tu cała ban­da. Bardzo odświe­ża­ją­ce słu­cha­nie. Też w lip­cu wyszła roz­sze­rzo­na wer­sja bar­dzo dobre­go albu­mu Boldy James/Alchemist „The Price of Tea in China” z udzia­łem m.in. Vince’a Staplesa i Freddiego Gibbsa (w lutym przeoczyłem).

Canine Callgirls „Exit Strategies” * (wyd. wła­sne, 1.7.20). Miałem pisać o dwóch dłu­gich utwo­rach po stro­nach A i B kase­ty, ale one nie są rów­nej dłu­go­ści, poza tym wszyst­kie­go mamy tu 23 minu­ty. Płyta nagra­na z udzia­łem muzy­ka Mako Sica Przemka Drążka, któ­ry zagrał na trąb­ce, dzię­ki cze­mu – i nie tyl­ko dzię­ki temu – duet wystrze­lił na nową orbi­tę. Jak robisz coś tak dłu­gie­go, to bar­dzo dbasz o dyna­mi­kę utwo­ru i brzmie­nie cało­ści. To się uda­ło. Zwłaszcza „Disinterest Rates” roz­wi­ja się jak kwiat. Nie, zwi­ja się jak kwiat – o zmierz­chu, jest w tym ponu­rość i zapa­da­nie mro­ku. (Jedna gwiazd­ka, bo kole­gom wol­no mniej).

Columbus Duo avec Guiding Lights „s/t” ** (Fonoradar, 24.7.20). Ten pierw­szy, rodzin­ny duet nagry­wa od 2002 – na gita­rze i bęb­nach lubią zagrać riff dłu­go, nie­ustę­pli­wie. Ich dwa utwo­ry zaj­mu­ją tu jakieś 3/4 miej­sca, od pierw­sze­go nie mogę się uwol­nić. Dyscyplina, nerw i pew­ność ruchów to ich zna­ki szcze­gól­ne. Nazwa ich wytwór­ni Dead Sailor jest w punkt. Znacznie młod­sze gara­żo­we trio Guiding Lights gra żywo i krót­ko, z szar­pa­ny­mi ryt­ma­mi, cie­ka­wy­mi bar­wa­mi gitar. Pierwsi dają dźwię­kom wybrzmieć, dru­dzy mają gęste brzmie­nie. Pierwsi dłu­go szli od ryt­mu do melo­dii, dru­dzy podą­ża­ją chy­ba w prze­ciw­ną stro­nę. Te dwie este­ty­ki chy­ba naj­le­piej się tu połą­czy­ły w „Paperclip”, gdzie Guiding Lights śpie­wa­ją ład­ną melo­dię, ale na gra­ni­cy słyszalności.

Daniel Szlajnda „Komorebi” ** (U Know Me Records, 24.7.20). Nowe życie, już bez pseu­do­ni­mu, i nowa muzy­ka. Zaskakująco spo­koj­ny, pełen śpie­wu pta­ków, dźwię­ku desz­czu (albo ogni­ska heh), auten­tycz­nych instru­men­tów per­ku­syj­nych w rodza­ju kalim­by album jed­ne­go z naj­lep­szych pro­du­cen­tów klu­bo­wej muzy­ki w Polsce. Narodził się na nowo, pozbył się więk­szo­ści wyra­zi­stów elek­tro­nicz­nych bitów (ale zosta­wił basy i syn­ty). Słucha się tego uważ­nie i z zachwy­tem, spo­koj­ne sku­pie­nie rzą­dzi na tej pły­cie. W utwo­rze sin­glo­wym z Danielem gra Resina.

Devendra Banhart „Vast Ovoid EP” * (Nonesuch, 24.7.20). Cztery pio­sen­ki, 15 minut mistrza, naj­lep­sza „It’s Not Always Funny”. Stara bie­da: aku­stycz­ne brzmie­nia, trąb­ka, smycz­ki, wokal na prze­dzie, ale mimo wszyst­ko to nadal ma domo­wy kli­mat, taki wyjaz­do­wo-domo­wy, z waka­cji. Lubię go, jak śpie­wa, jak aran­żu­je, no i jak gwał­tow­nie zmie­nia temat roz­mo­wy, np. dając roz­bu­do­wa­ne minu­to­we intro w utwo­rze tytu­ło­wym, za nim jakieś dzi­wacz­ne chó­ry, a na koniec dzi­kie przy­spie­sze­nie – i jak już docho­dzi­my do roz­po­czę­cia Prawdziwej Piosenki, to on się kończy.

Father John Misty „Anthem +3” ** (Sub Pop/Bella Union, 14.7.20). Jakie to dobre! Ulubieniec Roberta Sankowskiego gra utwo­ry Leonerda Cohena, Cata Stevensa i Linka Wraya, pio­nie­ra elek­trycz­nej gita­ry z ple­mie­nia Szaunisów. Benefit na CARE Action & Ground Game LA. Krzepiące, dostoj­ne utwo­ry ema­nu­ją­ce spo­koj­ną siłą.

Fointaines D.C. „A Hero’s Death” ** (Partisan, 31.7.20). Trochę ruty­na, ale cze­go się spo­dzie­wać po tym typie muzy­ki – post­punk jak wycię­ty z począt­ku 80. – gitar­ki, bęb­ny, tek­sty, gło­sik. Niemniej pio­sen­ki Irlandczyków są dobre, a szcze­gól­nie spodo­ba­ły mi się powta­rza­ne w kół­ko w utwo­rze tytu­ło­wym sło­wa „Life ain’t always emp­ty”. Mrok sie­dzi na tych pio­sen­kach i wle­wa się w uszy, podo­ba mi się to, też dla­te­go że są znacz­nie łagod­niej­si niż, nie wiem, Pissed Jeans czy Metz, bli­żej dziad­ków z Gallon Drunk, ale to nie zmniej­sza mro­ku. Fontaines D.C. mają wię­cej emo­cji i sen­su niż Protomartyr, w post­pun­ko­wej kon­wen­cji są mistrza­mi, jak kie­dyś PiL.

Holy Wave „Interloper” * (Reverberation Appreciation Society, 3.7.20). Piąta pły­ta kwin­te­tu z Austin mia­ła wyjść w maju, jest teraz. Ich nowe pio­sen­ki są krau­to­we, moto­rycz­ne, psy­cho­de­licz­ne, z odje­cha­ny­mi syn­te­za­to­ra­mi i moc­no prze­two­rzo­ny­mi gita­ra­mi, jak­by gra­nie spod zna­ku King Gizzard And The Wizard Lizard. Z dru­giej stro­ny są sen­ne utwo­ry – takie, któ­re mogą się koja­rzyć ze sta­rym dobrym Air. Pośrodku jest Spiritualized. Estetyczne i eks­ta­tycz­ne, choć bez głębi.

Illuminati Hotties „Free I.H.: This Is Not the One You’ve Been Waiting For” * (wyd. wła­sne, 17.7.20). Połamana roc­ker­ka z dziew­czy­ną w roli głów­nej kom­po­zy­tor­ki, woka­list­ki i gita­rzyst­ki. Krótkie utwo­ry, krót­ka pły­ta, czę­sto szyb­ka. Prawie tak dobra jak Guiding Lights, tyle że woka­le nie­po­trzeb­nie na prze­dzie (ale za to z prze­ste­rem). Za pop.

JARV IS… „Beyond The Pale” * (Rough Trade, 17.7.20). Bartek Chaciński ma rację, pisząc, że to mate­riał przede wszyst­kim kon­cer­to­wy (gra­li na Offie). Na pły­cie tu i ówdzie bra­ku­je w tej roc­ker­ce jakie­goś dźgnię­cia sophi­sti­ca­tion. Jak ktoś lubi mono­to­nię i mecha­nicz­ność, to się tu odnaj­dzie, ale i tak pły­ta jest za długa.

Jessy Lanza „All the Time” * (Hyperdub, 24.7.20). Po wyda­niu dru­gie­go albu­mu Lanza ruszy­ła z Hamilton w Ontario do Nowego Jorku, ale jej „cre­ati­ve part­ner” Jeremy Greenspan został, i niniej­szy, trze­ci album powstał w dużej mie­rze na łączach. To jest taki rap pop, któ­ry nie leży jesz­cze za moją gra­ni­cą pozna­nia ani gustu. Czyli nie­za­leż­ny, ale zaraz za tym pio­sen­ko­wy, nowo­cze­sny, tech­no­lo­gicz­ny, wręcz ludz­ki. Śmiać mi się cza­sem chce, jak czy­tam o wan­na­be ban­ge­rach, któ­re nie budzą nawet wzru­sze­nia ramion. Tu jest ina­czej, paten­ty dzia­ła­ją, słu­cha się tego i kiwa się noga.

John Foxx And The Maths „Howl” * (Metamatic, 24.7.20). On jest jak Fagot z 19 Wiosen, ma swój sound. Dla mnie to ste­am­punk, syn­th­punk rodem z prze­ło­mu lat 70. i 80. ścię­ty w bursz­ty­nie: elek­tro­nicz­na per­ku­sja, osza­la­ła, zgnie­cio­na gita­ra (to Robert Simon z Ultravox), syn­te­tycz­ne basy i jakieś twar­de jak kamień na szkle dźwię­ki. Nowy Jork, świa­tła mia­sta, muzycz­ne robo­ty i wspo­mnie­nia sprzed pół wie­ku (kie­dyś to była awan­gar­da, teraz jest tyl­ko tur­bo­ka­pi­ta­lizm) sta­pia­ją się w dobrą pio­sen­ko­wą całość. „Możemy wybie­rać mię­dzy klau­na­mi a głup­ca­mi /a wszyst­ko dzie­je się w tym samym cza­sie”, śpie­wa Foxx w „Everything Is Happening at the Same Time”, a ja dodał­bym tyl­ko: „wszyst­ko dzie­je się zawsze”.

Julianna Barwick „Healing Is a Miracle” ** (Ninja Tune, 10.7.20). Brooklynianka (obec­nie w Los Angeles) coraz rza­dziej wyda­je pły­ty, więc jej debiut w Ninja Tune miał być wyda­rze­niem – i jest. „Medytacja dźwię­ku, gło­su i pogło­su”, jak sama przed­sta­wia te nagra­nia, to cel­ny opis. Kiedy słu­cham tej pły­ty – zwłasz­cza utwo­rów „Oh, Memory” i „Safe” – czu­ję ulgę, a wiel­kość J.B. obja­wia mi się w posta­ci bli­sko­ści, nie­znacz­no­ści. Dziwne, bo dzię­ki loopom to prze­cież sze­ro­kie, chó­ral­ne utwo­ry. Czuję, że to nagra­nie stop­nio­wo uro­śnie do jed­ne­go z moich albu­mów roku.

Kacy Hill „Is It Selfish If We Talk About Me Again” ** (wyd. wła­sne, 10.7.20). Niezalowo wyda­ny album kobie­ty, któ­ra ostat­nio wyda­wa­ła u Kanye Westa. Piosenki sta­ro­daw­ne, ale nowo­cze­sne, w typie lata 80. według pro­du­cen­tów uro­dzo­nych w latach 90., tro­chę jak Jessie Ware, ale mniej zna­ne. Tu jest wię­cej bitu, sza­lo­nych basów, co momen­ta­mi przy­po­mi­na Coals, tyle że Amerykanka z Phoenix nie lubi chy­ba cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dla nich roz­mgle­nia. Poza tym słu­cham tego albu­mu dla lek­kich i łatwych pod­kła­dów, bo Hill spra­wia wra­że­nie oso­by o nie­du­żej ska­li i sile gło­su. No dobra, jest OK.

Królówczana Smuga „Odrapdorap” * (Opus Elefantum, 30.7.20). Jeżeli dla kogoś zbyt prze­ry­so­wa­na jest per­so­na, któ­rą two­rzy w swo­ich nagra­niach Piernikowski, to jestem cie­kaw opi­nii tej oso­by o nowej Królówczanej. Elektroniczno-gita­ro­we tła ustę­pu­ją tu gro­te­sko­we­mu char­czą­ce­mu woka­lo­wi, któ­ry zasła­nia wszyst­ko jak słoń w poko­ju. Nie śpie­wa, nie rapu­je, nie krzy­czy – z zaci­śnię­te­go gar­dła dobie­ga­ją jakieś śmiesz­nost­ki, od „gryź piro­ga” po apo­stro­fę do borów­ki. Lubię tego arty­stę, ale ta aku­rat pły­ta sta­wia mi wyso­kie wyma­ga­nia i sła­bo za to odpłaca.

Lianne La Havas „Lianne La Havas” *** (Nonesuch/Warner, 17.7.20). Co za głos! Nie śle­dzi­łem wcze­śniej tej Angielki (rocz­nik 89), ale wiem już, że ta pły­ta będzie dla mnie prze­ło­mem. Basowa, soulo­wa, jaz­zo­wa, z pięk­ny­mi melo­dia­mi, koja­rzy mi się z Tiny Desk Concerts w wyko­na­niu Tylera, the Creatora i jego cudow­nej eki­py oraz Andersona Paaka i jego też cudow­nej eki­py. Jest wajb. Takiej muzy­ki słu­cha­ją co bar­dziej ogar­nię­ci wiel­bi­cie­le hip-hopu. Mnie prze­ko­na­ły „Paper Thin”, żwa­we „Weird Fishes” z reper­tu­aru Radiohead i sta­no­wią­cy klam­rę albu­mu prze­bo­jo­we „Bittersweet” o zerwa­niu dłu­gie­go związ­ku. Większość pły­ty (współ­pro­du­ko­wa­nej przez Mura Masę) jest jed­nak dużo spo­koj­niej­sza, bli­żej Blood Orange i po pro­stu bry­tyj­skie­go jazzu.

Lonnie Holley „National Freedom” * (Jagjaguwar, 3.7.20). Dopiero ten ostat­ni utwór jest sta­rym dobrym Holleyem, co śpie­wa chra­pli­wie dłu­gie opo­wie­ści, niczym jakiś bit­nik. Ale naj­le­piej wycho­dzi pierw­szy: i chra­pli­wy, i pra­wil­nie elek­trycz­no­gi­ta­ro­wy, niczym bar­dzo póź­ny Hendrix, jakoś z lat 90. Drugi jest kalim­bicz­ny i wie­czor­ny, jak­by pośmiert­ny, dwa kolej­ne to pra­wie kla­sycz­ny soul z burczeniem.

Madeline Kenney „Sucker’s Lunch” *** (Carpark, 31.7.20). To jest po pro­stu ide­al­nie let­nia pły­ta. Słucham jej naoko­ło. Zrobiła ją „Oakland-dwel­ling Seattle trans­plant”, cokol­wiek to zna­czy. Tyle gitar i kla­wi­szy ile trze­ba, lek­kie efek­ty dają prze­strzeń na oddech, mięk­kie pio­sen­ki w małych tem­pach, tro­chę iro­nii w tek­stach i wyśmie­ni­ty tele­dysk do „Double Hearted”. A za tym kolej­ne prze­bo­je: „Sucker”, „Jenny”, „Picture of You”... Niech nie zwie­dzie słu­cha­cza ta dre­am­po­po­wa mgieł­ka – siła tego albu­mu wyni­ka z cha­ry­zmy głów­nej boha­ter­ki, z jej ory­gi­nal­no­ści i dba­ło­ści o szcze­gó­ły. Proszę tego nie przeoczyć.

Margo Price „That’s How Rumors Get Started” * (Loma Vista, 10.7.20). Trochę zaglą­da­łem teraz do wiel­kich por­ta­li muzycz­nych i stwier­dzi­łem nie­sły­cha­ną wręcz pre­dy­lek­cję Amerykanów do nud­nych płyt w sty­lu coun­try. Otóż ta jed­na nie jest nud­na i nie jest aż taka coun­try. Jeśli ktoś będzie w tych dniach jechał przez pola kuku­ry­dzy lub rze­pa­ku, niech bie­rze trze­ci album Margo Price.

Marissa Nadler „Moons” *** (wyd. wła­sne, 3.7.20). 13 minut tyl­ko z gita­ra­mi, syn­ta­mi, no i gło­sem Nadler. „These songs are hope­ful­ly rela­xing to you”, hmm, na pew­no są anga­żu­ją­ce i nie­zbęd­ne, mi przy­naj­mniej. Poza tym sta­no­wią kolej­ny dowód na śmierć for­mu­ły albu­mo­wej (tak jak kolej­na za dłu­ga pły­ta Taylor Swift, któ­ra jest prze­cież spe­cja­list­ką od pio­se­nek i pły­ty jej nie­po­trzeb­ne, lecz upar­cie tłu­cze kolej­ne). Zrobić kie­dyś, w dowol­nej dzie­dzi­nie, coś takie­go jak „Moons”.

Nadine Shah „Kitchen Sink” * (Infectious Music, 26.6.20). Lepszy począ­tek niż śro­dek i cała resz­ta, ale bar­dzo OK. Iran, Norwegia, Londyn, teraz to już nie ma zna­cze­nia. Słucham sobie „Kite”, bo to jest zro­bio­ne na pomru­kach, ryt­mie z jakichś strun, bar­dzo scho­wa­nym basie i wresz­cie dotknię­ciu kla­wi­szy. Głos rzą­dzi w pio­sen­ce i na płycie.

Nicolas Jaar „Telas” * (Other People, 17.7.20). Ta godzi­na muzy­ki powsta­wa­ła trzy lata i jest cie­kaw­sza niż inne tego­rocz­ne albu­my Jaara „Cenizas” oraz „2017–2019” pod­pi­sa­ne jako Against All Logic. Bardziej awan­gar­do­wa, piszą dzien­ni­ka­rze, ale moim zda­niem przy­stęp­na – może na podob­nej zasa­dzie jak ostat­nie poszu­ki­wa­nia Wacława Zimpla, zresz­tą słu­chać na „Telas” klar­net, instru­men­ty per­ku­syj­ne. Z ambien­to­wym Jaarem gra­ją wio­lon­cze­list­ka Milena Punzi, woka­list­ka Susanna Gonzo, twór­cy wła­snych instru­men­tów Mario Zorio i Anna Ippolito. Wszystko się mie­sza. Instrumenty brzmią zagad­ko­wo, wkra­cza kom­pu­ter, do tego są dziw­ne trza­ski, jak prze­bi­cia z inne­go świa­ta. Będąca czę­ścią pro­jek­tu stro­na inter­ne­to­wa uka­zu­je „pan­sper­micz­ny teren, gdzie cząst­ki wędru­ją w prze­strze­ni (...)”. Na waka­cjach nie jestem w sta­nie obej­rzeć www.telas.parts, ale muzy­ka (zwłasz­cza dru­ga poło­wa) piękna.

NNHMN „Deception Island I” * (Oraculo, 3.7.20). Cieszy mnie aktyw­ność pol­sko-ber­liń­skie­go duetu. Pozwalają mi ode­tchnąć innym powie­trzem niż to kra­jo­we, zatę­chłe; two­rzą wła­sne świa­ty. Teraz zgłę­bia­ją świat tech­no i transu, rytm jest zawsze wyra­zi­sty, a wokal wyco­fa­ny: w pierw­szym utwo­rze sen­ny, póź­niej bliż­szy dekla­ma­cji, jak­by ostroż­ny. Dwa z tych czte­rech utwo­rów zawie­ra­ją tek­sty twór­ców sprzed wie­lu dekad: ciem­ny wiersz „poety Jukonu” Roberta W. Service’a o żądzy mor­du (ależ głos Lee ma tu brzmie­nie) oraz tekst uro­dzo­ne­go w Zielonej Górze Otto Juliusa Bierbauma, pisa­rza i twór­cy słów do pie­śni Richarda Straussa – jak przy­pusz­czam, o noc­nym spacerze.

Paul Weller „On Sunset” * (Universal, 3.7.20). Bardzo dobry arty­sta, ale nie cza­ruj­my się, jeśli ktoś go słu­cha, to ze wzglę­du na to, jak potra­fił naj­pierw skon­tro­wać punk rock, będąc jesz­cze nasto­lat­kiem, a póź­niej koło dwu­dziest­ki odna­leźć się w bia­łym soulu. „On Sunset” to dłu­ga i popraw­na pły­ta sumie­nia Brytanii.

Plastelina „Deszcz” ** (Opus Elefantum, 17.7.20). Kolejny debiu­tant w bar­wach Opusa zło­żył na tę pły­tę nie­ca­łe 18 minut muzy­ki, jak twier­dzi, „ścin­ków” z kom­pu­te­ra. Elektronika, szme­ry, melo­dyj­ne dźwię­ki skła­da­ją się na histo­ryj­kę o – natu­ral­nie – desz­czu, jego brzmie­niach i moim zda­niem „fil­trach”, któ­re nakła­da na oczy mok­ną­ce­go. Kiedy to piszę, od ostat­niej ule­wy minę­ło pół­to­ra dnia, świe­ci żół­te słoń­ce. „Deszcz” jest krót­ki, to melan­cho­lij­na muzy­ka kame­ral­na, ale niebanalna.

Sault „Untitled (Black Is)” ** (Forever Living Originals, 19.6.20). Słuchałem chy­ba dwóch poprzed­nich płyt, a mimo to czu­ję się zasko­czo­ny nową. Anonimowy czar­ny pro­jekt w naj­now­szym wyda­niu ma bar­wy bar­dzo tra­dy­cyj­ne, soulo­we, śpiew­ne i zwy­czaj­nie ład­ne, do tego tro­chę Afryki (utwór „Bow” z Kiwanuką), ogól­nie jest łagod­ny. Syntezatory i kla­wi­sze nie miaż­dżą buja­ją­cych ryt­mów, lecz ład­nie je obu­do­wu­ją, eksponują.

Shackleton/Zimpel „Primal Forms” *** (Cosmo Rhythmatic, 31.7.20). Trzeba posłu­chać, bo to jeden z tych Zimplów, któ­re zmie­nia­ją opty­kę. W stu­diu Sama Shackletona Wacław zagrał na klar­ne­cie, har­mo­nium, ale też bęb­nie obrę­czo­wym, lirze, mono­chor­dzie czy nawet skrzyp­cach. Shackleton grał bar­dziej „na stu­diu”. Chcieli zro­bić współ­cze­sną muzy­kę rytu­al­ną, no nie wiem, czy to wyszło, ale na pew­no jest w „Primal Forms” spo­ro tajem­ni­cy, transu i momen­ta­mi przy­jem­ne­go pry­mi­ty­wu. Z dru­giej stro­ny Zimpel gra swo­je solów­ki, jak­by to był jazz, a Shackleton dogęsz­cza fak­tu­ry na syn­tach (tak jak mógł­by Wacław solo), i to wszyst­ko dzia­ła, mie­ści się w tej sze­ro­kiej wspól­nej kon­wen­cji. Najlepszą reko­men­da­cją dla tej pły­ty będzie zapew­ne to, że dowol­nych dwo­je innych arty­stów nie zro­bi­ło­by takiej pły­ty. Lubię jak ta muzy­ka się oczysz­cza i uno­si, gdzieś w poło­wie ostat­nie­go utworu.

Shirley Collins „Heart’s Ease” * (Domino, 24.7.20). Drugi po „Lodestar” (2016) nie­ja­ko wzno­wie­nio­wy album angiel­skiej pie­śniar­ki, któ­ra była jed­ną z głów­nych posta­ci fol­ko­wej fali w latach 60. Zdradzona przez męża, stra­ci­ła głos i zapa­dła na dys­fo­nię. Nie nagry­wa­ła przez 38 lat. Na dru­gim jej albu­mie po powro­cie są czte­ry utwo­ry nie­tra­dy­cyj­ne, ale to kli­mat sta­rych bal­lad plus doj­rza­ły głos Collins są naj­waż­niej­sze. Wciąż jest w for­mie – czę­sto w muzy­ce popu­lar­nej mam pro­blem z odko­do­wa­niem słów, a ta wete­ran­ka śpie­wa ide­al­nie, wszyst­ko rozu­miem. Też dzię­ki temu, że zespół gra skrom­nie, deli­kat­nie, zosta­wia pole do popi­su wokalistce.

Speaker Music „Black Nationalist Sonic Weaponry” ** (Planet Mu, 19.6.20). Dobry bojo­wy czar­ny album na pokrę­co­nych bitach, pra­wie w cało­ści instru­men­tal­ny. Można to nazwać bito­wym, wie­lo­war­stwo­wym mar­ki­stow­skim tech­no, ale już nie rewo­lu­cyj­nym hip-hopem. Owszem, są tu sam­ple i jakieś nagra­nia (krót­ko­fa­lów­ka, for­te­pian, sak­so­fon, pły­ta z kla­sy­ką), ale oś sta­no­wią gęste niskie ude­rze­nia przy­po­mi­na­ją­ce dźwię­ki Einsturzende Neubauten oraz hi-haty jak z Jana Młynarskiego czy Autechre, wszyst­ko jak kano­na­da bro­ni. Minimal, o tego sło­wa mi brakowało.

Spoons & Bones „Spoons & Bones” ** (Czaszka, 7.7.20). Hubert Kostkiewicz na gita­rze elek­trycz­nej, Piotr Łyszkiewicz na sak­so­fo­nach i klar­ne­cie nagra­li w jeden dzień pły­tę ner­wo­wo kotłu­ją­cą się, zatrzy­mu­ją­cą i rwą­cą znów do przo­du (włą­czy­łeś się już?). Nie jest cięż­ka. Nie jest lek­ka. Myślę, że wyma­ga spo­rej uwa­gi, ale się odwdzię­cza (ta pły­ta). Te 17 minut poka­zu­je ich, jak słu­cha­ją sie­bie nawza­jem, bawią się gra­niem, ale bez prze­py­cha­nia się jeden przez dru­gie­go. Podkreślam czas trwa­nia nagra­nia, bo muzy­cy nie zawra­ca­ją gło­wy, nie popa­da­ją w samo­za­do­wo­le­nie. Nie są napu­sze­ni i dają z sie­bie, a to się liczy. Za część tej kase­ty uzna­ję okład­ko­wą gra­fi­kę Janka Kozy i stwo­rzo­ny przez nie­go wide­oklip.

Syndom Paryski „Karczewko Sessions” * (Peleton, 3.7.20). Akustyczne wer­sje (gita­ra aku­stycz­na, cym­bał­ki, śpiew pta­ków) trzech już zna­nych pio­se­nek. Do tego „Persyflaż”, któ­ry ma zna­leźć się na kolej­nej pły­cie Syndromu, a na deser cover Zwidów (nie ma go na Spotify). Dobry pomysł, cho­ciaż spo­sób śpie­wa­nia pozo­stał ten sam.

Taylor Swift „Folklore” (Republic, 24.7.20). Na litość, po co nagry­wać tak dłu­gie pły­ty o niczym?! Jak moż­na tak nie sza­no­wać nasto­lat­ków? Wiem, że to nie dla mnie album, ale jej per­fek­cyj­ność nudzi mnie śmier­tel­nie, zwłasz­cza te dzie­cin­ne tek­sty o związ­kach. A haczyk typu „album nagra­ny w pan­de­mii z gwał­tow­nej potrze­by ser­ca, ale mają­cy osiem róż­nych wydań” – zwy­czaj­nie śmie­szy. Z dru­giej stro­ny to dobrze, że Dessnerowie i Bon Iver sobie zaro­bi­li i że mniej tu dźwię­ków, prze­stron­niej. Jeśli ta lub któ­raś kolej­na pły­ta Swift oba­li Trumpa i Kanyego (czy tam Berniego), to zło­żę pokłon. „Folklore” to kon­fek­cja level hard, nie­ska­zi­tel­na i dosko­na­ła, więc szan­se są.

Thanya Iyer „Kind” ** (Topshelf, 31.7.20). Dziewczyna z Montrealu za pomo­cą jaz­zu, soulu, nie­zal-pio­sen­ki opo­wia­da o tym, jak być dobrą i dobrym dla sie­bie. Posłuchajcie „I Forget to Drink Water (Balance)”. Jak pod koniec per­ku­sja zaczy­na uty­kać, woka­list­ka brnąć razem z basem, smycz­ki zawo­dzić, a instru­men­ty dęte i kla­wi­sze koić to roze­dr­ga­nie. Ona tak robi swo­ją muzy­kę. I  jesz­cze ta har­fa, jak jakaś krop­ka. Fajnie to wymy­ślo­ne: instru­men­ty gra­ją, nie tyl­ko towa­rzy­szą jej – i pokrew­ne np. CocoRosie, ale lep­sze. „Kind” brzmi dosko­na­le: bli­sko, praw­dzi­wie, domo­wo. Chce się zaraz włą­czyć jesz­cze raz.

The Beths „Jump Rope Gazers” ** (Carpark, 10.7.20). Uwielbiam! Rock and roll z dziew­czy­ną (Elizabeth Stokes) na woka­lu zyskał wresz­cie świe­że imię. Wciągnęła mnie pio­sen­ka „Out of Sight”, ale jest tu co naj­mniej kil­ka jesz­cze glo­ry­fi­ku­ją­cych gita­rę oraz chór­ki melo­dyj­nych i let­nich prze­bo­jów spod zna­ku np. Metric, Sharon Van Etten, Pixies czy nawet Hole (szyb­ki „Dying to Believe”, wol­niej­szy tytu­ło­wy, melan­cho­lij­ne „Do You Want Me Now”, „You Are a Beam of Light”). Poza tym uwiel­biam per­ku­si­stów z inwen­cją: masz trzy­mać rytm, ale nikt nie zabra­nia ci zaba­wy dobo­rem barw i spo­so­bu ude­rzeń. Tristanowi Deckowi naj­wy­raź­niej nikt nie zabro­nił. W ogó­le ten nowo­ze­landz­ki skład gra tak spraw­nie i płyn­nie, że bli­sko koń­ca skali.

The Lazy Eyes „EP1” ** (wyd. wła­sne, 19.6.20). Przegapione, a bar­dzo dobre trzy pio­sen­ki. Kwartet nasto­lat­ków z Sydney spe­cja­li­zu­je się w pisa­niu pio­se­nek rodem z lat 60., ale prze­mie­lo­nych już przez XXI wiek. Okrągły, McCartneyowski bas i udu­cho­wio­ne, cza­sem moc­no prze­ste­ro­wa­ne, cza­sem deli­kat­ne, ale zwy­kle i tak zefek­to­wa­ne gita­ry. Bitelsowski for­te­pian, smycz­ki, har­mo­nie – miód na moje ser­ce. A ram­ka z Ariela Pinka czy Tame Impala nie boli.

Westside Gunn „Flygod Is an Awesome God II” * (Griselda, 3.7.20). Bardzo faj­ny rapek z Buffalo pole­ca­ny przez Pitchforka. Minimalistyczny bit, dużo sam­pli wokal­nych czy ust­nych, takich co paso­wa­ły­by do Kazika z poło­wy lat 90., a teraz bie­rze to „ey yo” 1988, głos bar­dzo na przo­dzie, trosz­kę gości. Ciekawe, choć dla nas tutaj i teraz w sumie bez zna­cze­nia – ale sko­ro może być w mia­rę miło i w mia­rę zaan­ga­żo­wa­nie, to niech będzie. Nie na stra­tę idą te 33 minuty.

Wyszły też:

Powiązane Wpisy

Leave a Reply