Menu Zamknij

Najlepsze płyty – czerwiec 2020. Sarmacja, Bananagun, Tropical Soldiers in Paradise...

W czerw­cu nie szu­ka­łem ze świe­cą, a tro­chę dobre­go zna­la­złem. Mam poczu­cie, że za nie­któ­ry­mi rze­cza­mi nadą­ży­łem. Ale ogól­nie to dół. Mało płyt, brak kon­cer­tów, spo­tkań pra­wie zero. Obyśmy tyl­ko zdro­wi byli.

Bananagun, fot. Jamie Wdziekonski

Co nowe­go? Jeśli cho­dzi o moje audy­cje, to w czerw­cu była jed­na i poświę­ci­łem ją czar­nej muzy­ce, zwłasz­cza sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat i głów­nie pio­sen­ko­wej. Myślę już o tym, co przy­go­to­wać na lipiec, wia­do­mo. Radio cią­gle jest jakimś napę­dem w obli­czu zani­ku potrze­by pisa­nia więk­szych kawał­ków. Ale też jestem bar­dzo zado­wo­lo­ny z tego, co naszki­co­wa­łem sobie tutaj w czerw­cu o pły­tach, któ­re bar­dzo mi się spodo­ba­ły. Może coś z tego będzie? Linki do tych arcy­dzieł niżej, w not­kach.

Ogólnie sta­ram się dać sobie odpo­cząć i odpu­ścić. To jest waż­ne i nie doty­czy tyl­ko zaj­mo­wa­nia się muzy­ką czy pisa­niem. Wydaje mi się, że para­dok­sal­nie w cza­sie pan­de­mii mamy jesz­cze mniej prze­strze­ni na odpo­czy­nek, samot­ne zaszy­cie się. Zwłaszcza na począt­ku spo­ra była pre­sja, żeby nad­ra­biać słu­cha­nie, oglą­da­nie, czy­ta­nie. I też od począt­ku mało mnie inte­re­so­wa­ły stri­mo­wa­ne atrak­cje: spo­tka­nia z pisa­rza­mi, spek­ta­kle, kon­cer­ty domo­we. Ze trzy może obej­rza­łem, ale pan­de­mia i sie­dze­nie w domu nie sprzy­ja­ją w moim przy­pad­ku sku­pie­niu. Okazuje się to, co podej­rze­wa­łem wcze­śniej: inter­net nie ma koń­ca. Zawsze będzie jakiś kolej­ny kon­cert do obej­rze­nia, tekst do prze­czy­ta­nia, film do nad­ro­bie­nia. Przerwiesz te rze­czy w poło­wie czy w 1/10 i nigdy do nich nie wró­cisz, mimo zapi­sy­wa­nia na róż­nych listach albo w pocket. I to jest część mojej nauki z tych trud­nych cza­sów. Muszę to sobie jesz­cze przy­swo­ić i wpro­wa­dzić w życie.

A w tych not­kach – któ­rych po pół roku mam już tro­chę dosyć, ale wiem, że mogą być mi przy­dat­ne, kie­dy zechcę spoj­rzeć z per­spek­ty­wy lat na ten mrocz­ny rok – prze­sta­łem się chy­ba przej­mo­wać. Nie zwra­cam już uwa­gi na ich obję­tość, na róż­no­rod­ność, zosta­wiam na samym koń­cu te pły­ty, któ­re na tyle były zwy­kłe i nie­wy­róż­nia­ją­ce się, że odpu­ści­łem sobie pisa­nie tek­stów, któ­re by je wyróż­nia­ły. Każdy sam sobie oce­ni, ile są war­te – tam na koń­cu to przede wszyst­kim bar­dziej przy­stęp­na muzy­ka.

75 Dollar Bill „Live at Cafe OTO” ** (wyd. wła­sne, 5.6.20). Honorable men­tion, bo o zespo­le już ostat­nio pisa­łem, a tu przed pań­stwem kon­cer­tów­ka, zresz­tą nie­je­dy­na ich w ostat­nim cza­sie. Trzy sety i trzy godzi­ny świę­te­go spo­ko­ju, sku­pie­nia, uwa­gi, uczuć.

Alva Noto „Xerrox, Vol. 4” * (Noton, 19.6.20). Naładowany prą­dem ambient – jeśli w tym mie­sią­cu słu­chać takiej muzy­ki, to ta pły­ta będzie ide­al­na.

Amnesia Scanner „Tearless” * (PAN, 19.6). Ciekawego w opi­sie pro­jek­tu i fatal­nych, bez­sen­sow­nych płyt ciąg dal­szy. Ach, ci grzecz­ni Finowie z Berlina – muszą chy­ba zda­wać sobie spra­wę, jak zbęd­ne i bez­pł­cio­we minu­ty nagry­wa­ją. Chyba że to ma słu­żyć do oglą­da­nia? Tak czy owak dla orien­tu war­to się zapo­znać.

Arca „KiCk i” * (XL Recordings, 26.6.20). To nagra­nie sku­pio­ne na nie­bi­nar­no­ści i cele­bro­wa­niu bycia sobą popa­da w kli­sze, ale jest o nie­bo lep­sze niż Grimes. „KiCk i” to tech­no­lo­gia, gęstość, inten­syw­ność, prze­ster i chru­pią­ce ryt­my (hasz­tag: nowo­cze­sność). I radość. Uwagę zwra­ca intry­gu­ją­cy pakiet gościn – Rosalie, Shygirl, Sophie i Björk, któ­ra brzmi tutaj tak jak zawsze od lat 90. Tak jak­by Arca razem ze swą sta­łą współ­pra­cow­ni­cą poka­zy­wa­ła, że nale­ży zna­leźć swo­ją norę i tkwić w niej po kres cza­su. Moim zda­niem jed­nak wydłu­żo­ny pro­ces szu­ka­nia nory może się oka­zać bar­dziej korzyst­ny. Dowodem powin­ny być kolej­ne pły­ty Arki, w któ­rych odbi­jać się będzie pew­nie jej tran­zy­cja płcio­wa. W pierw­szej pły­cie z zapo­wia­da­nych czte­rech lubię wła­śnie – cza­sem wysi­lo­ną – róż­no­rod­ność, któ­ra z dale­ka wyglą­da jak nie­zmor­do­wa­ne szu­ka­nie, i nie­rów­ność. Takie to ludz­kie, zwy­kłe.

Bananagun „The True Story of Bananagun” *** (Zenith, 26.6.20). Bardzo sym­pa­tycz­ne i mądre. Australijski zespół sypie nie­oczy­wi­ste har­mo­nie i zgrzy­ta gita­ra­mi jak Deerhoof, a w war­stwie ryt­micz­nej dorzu­ca Afrykę i afry­kań­ską Amerykę – funk i soul (też ten pach­ną­cy Brazylią). Gdy dodać do tego psy­cho­de­licz­ne chór­ki, flet (gra na nim kie­row­nik pię­cio­oso­bo­we­go zespo­łu Nick van Bakel, gita­rzy­sta i woka­li­sta), a nawet śpiew pta­ków – znaj­dzie­my się w jakimś dia­men­to­wym nie­bie.

Bitamina „Tu da max” * (Kalejdoskop, 26.6.20). Honorable men­tion, bo kon­cer­tów­ka, etc. Pisałem wię­cej tutaj.

Bob Dylan „Rough and Rowdy Ways” * (Columbia, 19.6.20). Szanuję tę pły­tę, może dla­te­go, że pamię­tam czas, kie­dy Dylan nie był jesz­cze nobli­stą, a wyda­wał albu­my miał­kie czy nie­po­trzeb­ne. Teraz odbie­ram go jako face­ta, któ­ry robi, na co ma ocho­tę i kie­dy zapra­gnie. „Tempest” sprzed ośmiu lat był faj­ny, „Time out of Mind” sprzed 23 też jest nie­złym punk­tem odnie­sie­nia. Nowa jest dobra, gdy cięż­ko­blu­eso­wa („Goodbye Jimmy Reed”), jest też nie­zła lite­rac­ko i onejm­cze­ko­wa­na: Anne Frank, Whitman, Bowie, Stonesi, Beethoven, no i Chopin. Dylanowi śpie­wa­ją­ce­mu o sta­ro­ści i śmier­ci jakoś się wie­rzy. Wrażenie, że chłop się nie wdzię­czy, jest sil­ne. Tylko pio­sen­ki za dłu­gie (nie te naj­dłuż­sze dwie ostat­nie; te śred­nie). Ogólnie: chcia­ło­by się wię­cej sta­ro­ści w muzy­ce pop. Inna baj­ka, inny rodzaj wol­no­ści.

Borowski/Miegoń/Kucharska „Puszcze Polski” * (Music Is The Weapon, 5.6.20). Epka, ale na pół godzi­ny – nazwi­ska mówią za sie­bie, hehe. Gitarowe, nie­spiesz­ne utwo­ry, repe­ty­cja i echo, pla­my dźwię­ku, gir­lan­dy pogło­sów, a przede wszyst­kim dron basu (utwór „Bory Tucholskie”), a nawet zgrzy­ty Yo La Tengo zwień­czo­ne par­tią orkie­stry synt(?)smyczkowej („Bory Dolnośląskie”). Można medy­to­wać.

Catz ’n Dogz „Moments” * (Pets Recordings, 26.6.20). Coś dla tych, któ­rzy lubią lżej­szą elek­tro­nicz­ną muzy­kę, tanecz­ną, lae nie zawsze. Po utwo­rze z Taco Hemingwayem pol­skich wete­ra­nów house­’u chy­ba nie trze­ba przed­sta­wiać mło­dzie­ży. Nagrania duetu zro­bi­ły się bar­dziej atmos­fe­rycz­ne, lżej­sze, zwy­czaj­nie laid back, a „Moments” to rewe­la­cyj­na muzy­ka towa­rzy­szą­ca. 

Coriky „Coriky” ** (Dischord, 12.6.20). Przyjemna nie­spo­dzian­ka: nowy zespół Iana MacKaye’a oraz Joe Lally’ego, na bęb­nach gra żona MacKaye’a – Amy Farina (gra­li razem w The Evens). Debiut powsta­łe­go w 2018 roku Coriky’ego jest bar­dzo MacKaye’owski. Moc nie wyni­ka już ze wście­kło­ści, ale z doj­rza­łej pew­no­ści sie­bie, z pra­gnie­nia pisa­nia dobrych pio­se­nek, z jakie­goś „nie­sie­nia się” na nie­za­leż­no­ści instru­men­tów (te akcen­ty basu, ten dub, uzu­peł­nia­nie się woka­li), no i soli­dar­no­ścio­we­go, lewi­co­we­go, strej­to­we­go (odpo­wie­dzial­ność) prze­sła­nia. Dziś to wyglą­da na przed­ostat­ni przy­sta­nek postę­pu, chciał­bym takich zespo­łów wię­cej, też w Polsce.

Diomede feat. Hubert Zemler „Przyśpiewki” ** (Audio Cave, 28.5.20). Niepozorne, ale świet­ne. Zaczyna się uro­czy­ście, mar­szo­wo, z melo­dią sak­so­fo­nu (Tomasz Markanicz). Jednak już w sin­glo­wym „Leje” wyso­kie tony sak­so­fo­nu i dosłow­nie zabaw­ko­we, inten­syw­ne i powy­krzy­wia­ne kla­wi­sze (Grzegorz Tarwid) wpro­wa­dza­ją do „Przyśpiewek” wię­cej rado­ści i spon­ta­nicz­no­ści. Muzycy symu­lu­ją tu kro­pie­nie, pada­nie, wresz­cie lanie desz­czu – aż do usta­nia. Na podob­nej zasa­dzie jak utwór cie­szy cała pły­ta, naj­bar­dziej może utwór „Nordic Walking”. Oni tro­chę kom­po­nu­ją, a tro­chę chwy­ta­ją się na bie­żą­co – lubią powta­rza­nie moty­wów i lubią przy­ło­ić, zwłasz­cza Tarwid umie pobu­jać dyna­mi­ką, Zemler to wia­do­mo. Proszę słu­chać.

Fischerle „Kaznodzieja” * (Patalax, 19.6.20). Mateusz Wysocki tak ma: stu­ki i trza­ski, cza­sem bar­dzo niskie (rytm), krót­kie zawo­dze­nia instru­men­tów (fle­to­po­dob­ne, meta­lo­fo­no­po­dob­ne, sam­ple, syn­ty), pogło­sy (echo, odre­al­nie­nie; prze­strzeń poko­ju). To się ukła­da w taką maszy­ne­rię jak w środ­ku zegar­ka – całość wyzna­cza bieg sekund, ale żeby to wszyst­ko się mogło zga­dzać, koła zęba­te, kamy­ki, dru­ci­ki poru­sza­ją się w róż­nych tem­pach, po róż­nych tra­jek­to­riach, naj­drob­niej­szym kro­kiem. Bardzo lubię tę maszy­ne­rię Fischerlego, a w tym przy­pad­ku koro­nu­ję utwór „Tłum”, któ­ry gdzieś w poło­wie wpusz­cza tro­chę powie­trza w tę kase­tę i odmie­nia się. Inaczej mówiąc (Paweł Klimczak): „Jazzujący dub­step wresz­cie w naszych domach <3”.

Fuego del Mar „Fuego del Mar” ** (Nagrania Somnambuliczne, 6.6.20). Sama praw­da: „Dźwiękowy kolaż, na któ­ry skła­da­ją się reje­stro­wa­ne przez Zuzannę Dolegę dźwię­ki ognia, pło­ną­cych przed­mio­tów oraz hała­sów z jej pra­cow­ni i wie­lo­war­stwo­wa, ambient – IDM-owa pro­duk­cja [Michała] Miegonia”. Imponujące i poru­sza­ją­ce wydaw­nic­two, z jed­nej stro­ny bar­dzo na cza­sie, a z dru­giej – mimo tego „pło­ną­ce­go” tema­tu – zapro­jek­to­wa­ne, by zostać z nami na dłu­żej. Muzycznie koja­rzy mi się z muzycz­nie bada­nym czę­sto przez Jakuba Ziołka sty­kiem życia z tech­no­lo­gią, biał­ka z krze­mem, archi­tek­tu­ry z natu­rą, bo to arpeg­gia, syn­te­za­to­ry, szme­ry, puls – ale nie tyl­ko to. Duch też.

Haim „Women in Music Pt. III” * (Columbia, 26.6.20). Lekkie pio­sen­ki bia­łych kobiet z Los Angeles jako pomysł na lato spę­dza­ne w domo­wej izo­la­cji, bez waka­cyj­nych wyjaz­dów i festi­wa­li? Jeżeli to się bro­ni, to wła­śnie dzię­ki pio­sen­kom. Tych dobrych wystar­czy­ło moim zda­niem na sin­gle (czte­ry pierw­sze, bo ostat­nie dwa już nie robią takie­go wra­że­nia). Z tego, co na tej pły­cie nowe, nie moż­na prze­ga­pić „I’ve Been Down”, bez resz­ty moż­na się obejść. Diagnoza „NME” jest chy­bio­na: ani to pły­ta pięk­na, ani pun­ko­wa, ani prze­bo­jo­wa. Jest też za dłu­ga i prze­pro­du­ko­wa­na. Mamy jed­nak do czy­nie­nia z ład­nym albu­mem dobrym do posił­ku lub czy­ta­nia książ­ki czy gaze­ty. W 2020 to już spo­re osią­gnię­cie, rzecz jasna w kate­go­rii bia­ła muzy­ka.

Jessie Ware „What’s Your Pleasure” ** (Universal, 26.6.20). Mam nadzie­ję, że pamię­ta pani, że zawsze panią sza­no­wa­łem! Po dwóch nie­rów­nych pły­tach Angielka tra­fia nie­po­ko­ją­co bli­sko tego, co w muzy­ce pop jest środ­kiem tar­czy. Przecina się w tym miej­scu sza­cu­nek dla zło­tej ery lat 80., uczu­cio­wość i pewien nad­miar emo­cji, a zara­zem jakieś odda­le­nie, chłód, tak zwy­kle potrzeb­ny latem. Lekkość spo­ty­ka pre­cy­zję. Ktoś tu ład­nie to wszyst­ko zor­ga­ni­zo­wał – pew­nie pro­du­cent James Ford. Bas, syn­te­za­to­ry, licz­ne ścież­ki wokal­ne, a przede wszyst­kim chwy­tli­we melo­die i tanecz­ne ryt­my skła­da­ją się na listę prze­bo­jów roku 2020. Staromodnych prze­bo­jów.

Khruangbin „Mordechai” * (Dead Oceans, 26.6.20). Są bar­dzo w porząd­ku, poma­ga­ją odpo­cząć, zapaść się lek­ko w sobie i wró­cić. Mam z nimi relaks i nicze­go wię­cej nie ocze­ku­ję. Muzyka Khruangbin jest zwiew­na, choć gita­ro­wa, czę­sto pozba­wio­na słów, jakoś tęsk­na i wie­czo­ro­wa. Ta gita­ra z tyłu. Bębny gra­ją w wyso­kich reje­strach, spo­ro po bla­chach, a kotwi­cą jest melo­dyj­ny bas. To brzmie­nie bar­dzo mi pasu­je.

Neil Young „Homegrown” ** (Reprise, 19.6.20). Wzruszka. Nie byłem nigdy wyznaw­cą Younga, ale jego wyda­wa­ne ostat­nio „zagi­nio­ne” albu­mu z lat 70. poru­sza­ją jakąś stru­nę. Na tej pły­cie aż 7 z 12 pio­se­nek nie było wcze­śniej publi­ko­wa­nych. W pory­wie entu­zja­zmu mógł­bym się nawet zgo­dzić z redak­cją tele­wiw­skie­go „Haareca”, któ­ra twier­dzi, że daw­ny Young czap­ką nakrył świe­że­go Dylana. Coś w tym jest: tęsk­ny, aku­stycz­ny Young, z gita­rą i har­mo­nij­ką, z poło­wy lat 70., to był as. To rze­czy­wi­ście bar­dzo oso­bi­sta, miło­sna pły­ta, a jej moc ujaw­nia się nawet tam, gdzie taka prze­sta­je być: w har­dym i zabaw­nym „We Don’t Smoke It No More”.

Phoebe Bridgers „Punisher” * (Dead Oceans, 19.6.20). Prawdę mówiąc, po zna­ko­mi­tych recen­zjach, okład­ce „NME” itd. spo­dzie­wa­łem się wię­cej, a dosta­łem popraw­ną muzycz­kę z oko­lic słu­chal­ne takie tam indie. To jest miłe, a ostat­nio draż­nią mnie miłe rze­czy, któ­re spra­wia­ją, że jest mi miło. Bridgers jest w tym jak Soccer Mommy. A jej dru­gie solo dużo lep­sze niż Better Oblivion Community Center, chy­ba też niż Boygenius (z Julien Baker i Lucy Dacus). Dobrze, że Conor Oberst i inni goście nie prze­szka­dza­ją. No dobrze, pół­to­rej gwiazd­ki za wybit­ne pio­sen­kę i tele­dysk. Znaczy wybit­nie miłe.

Piotr Kurek „A Sacrifice Shall Be Made/All the Wicked Scenes” * (Mondoj, 5.6.20). Mądrzejsi już o tym pisa­li. Kurek dzia­ła coraz głę­biej w świe­cie teatru, a ta pły­ta spra­wia wra­że­nie ponad­gra­nicz­nej uto­pii anty­pan­de­micz­nej. I jesz­cze że tak wyszło, a nie że spe­cjal­nie. But still. W porów­na­niu z wcze­śniej­szy­mi dzia­ła­nia­mi arty­sty jest cicha, sku­pio­na i brzę­czy gita­ra­mi, stu­ka per­ku­sją. Są aku­stycz­ne instru­men­ty i prą­do­we szme­ry, gło­sy ludz­kie („Guests: Barbara Kinga Majewska, Grzegorz Hardej, Tian Gebing, Wang Yanan, Lei Yan, Łukasz Rychlicki & Hubert Zemler”). Nie wychwy­tu­ję tu jakiejś sumy, tyl­ko odej­mo­wa­nie, zatrzy­ma­nie, bez­czas. Notatka: spró­bo­wać medy­ta­cji.

Rasmentalism „Geniusz” * (Sony Music, 19.6.20). Rzadko moją uwa­gę przy­ku­wa coś, co dzie­je się w pol­skim rapie, ale jest paru wyko­naw­ców, któ­rych nagra­nia spraw­dzam. Nowy Rasmentalism jest bar­dzo czuj­ny i aktu­al­ny. Nie spraw­dza­ją się jedy­nie (dostar­cza­ne też przez gości) zbyt oczy­wi­ste gry słów. Jednak duet gospo­da­rzy stwo­rzył coś kom­plet­ne­go, sta­no­wią­ce­go logicz­ną całość. Podkłady są lep­sze niż choć­by u Taco Hemingwaya i dorów­nu­ją tym Pro8l3mu. Jakoś mnie krze­pi ta pły­ta.

Run The Jewels „RTJ4” ** (BMG, 5.6.20). Ścieżka dźwię­ko­wa do ame­ry­kań­skich pro­te­stów prze­ciw sys­te­mo­we­mu rasi­zmo­wi, ale nie tyl­ko, bo są też momen­ty oso­bi­ste. Na stro­nie duetu napis: „Fuck it, why wait. The world is infe­sted with bul­l­shit so here­’s some­thing raw to listen to whi­le you deal with it all. We hope it brings you some joy”. Czyli kawa z her­ba­tą. O takim rapie moż­na w Polsce marzyć: zaan­ga­żo­wa­ny, twar­dy, ale dosko­na­le brzmią­cy, apo­ka­lip­tycz­ny, ale pięk­nie zbu­do­wa­ny od pierw­szej sto­py, od pierw­sze­go sam­pla w stro­nę opo­wie­ści, któ­rą jest każ­dy utwór – i wresz­cie w sen­sow­ny album. Tak moc­ne poli­tycz­nie i arty­stycz­nie rze­czy robią ludzie z zasa­da­mi.

Sarmacja „Jazda pol­ska” *** (Byrdout, 19.6.20). Polska górą w Anglii plus Kacha Kowalczyk w dwóch utwo­rach. Więcej w eks­klu­zyw­nej recen­zji Ktoś Ruszał Moje Płyty hehe.

Sutari „Siostry rze­ki” ** (AAUU, 20.6.20). Na eta­pie trze­ciej pły­ty to trio poważ­nie­je – nie koń­czy na zaba­wie w gra­nie na sprzę­tach domo­wych, tyl­ko daje solid­nie zaaran­żo­wa­ne utwo­ry, peł­ne napię­cia i instru­men­tal­nej kla­sy. Dla mnie „Siostry rze­ki” to dowód, że w muzy­ce czer­pią­cej z ludo­we­go źró­dła sens ma nie tyl­ko gra­nie jak naj­bli­żej ory­gi­na­łów, ale też two­rze­nie wła­snych świa­tów. To może być po pro­stu cie­kaw­sze i nie mniej pięk­ne. Asia Songin, Kasia Kapela i Zosia Zembrzuska wyko­na­ły skok w nową jakość i mam nadzie­ję, że pan­de­micz­na rze­czy­wi­stość naj­bliż­szych lat nie prze­szko­dzi im w karie­rze, któ­ra prze­kro­czy gra­ni­ce nasze­go kra­ju.

The Cool Greenhouse „The Cool Greenhouse” * (Melodic, 9.5.20). Taki gita­ro­wy angiel­ski nie­zal, tro­chę śmier­dzi tru­pem lat 80., gada­ją­ce krzy­we pio­sen­ki The Fall itd., a tro­chę tymi zakrę­co­ny­mi gita­ro­wy­mi tła­mi spod zna­ku Sonic Youth.

Tenci „My Heart is An Open Field” * (Keeled Scales, 5.6.20). Ciekawe, bo nace­cho­wa­ne spo­rym ładun­kiem indy­wi­du­ali­zmu nie­za­leż­ne pio­sen­ki. Tak jak­by Jehnny Beth minus pseu­do­no­wo­cze­sność i fik­sa­cja na ego. Pop z sypial­ni w Chicago, świet­ny głos Jess Shoman, bar­dzo dobre melo­die – moż­na powie­dzieć indie pop ze straw­ny­mi ele­men­ta­mi fol­ku.

Tropical Soldiers in Paradise „II” *** (Coastline Northern Cuts, 5.6.20). Wielka trans­owa dęto-dubo­wa przy­go­da. Więcej w eks­klu­zyw­nej recen­zji etc.

Zguba „Pomór” * (Opus Elefantum, 15.5.20). Nasz para­fial­ny orga­ni­sta zażył dziś coś na uspo­ko­je­nie! Teraz tro­chę patrzę na roz­gryw­ki w „Wiedźmina 3” i nowa Zguba koja­rzy mi się z róż­ny­mi upio­ra­mi, zmo­ra­mi, błęd­ny­mi dusza­mi z tej gry. Tylko trzy utwo­ry, dostoj­ne, solen­ne, ewo­ku­ją­ce nastrój muzy­ki zespo­łu Queen, oso­bli­wie pio­sen­ki „Who Wants to Live Forever” z fil­mu „Highlander” (w wer­sji pol­skiej „Nieśmiertelny”). Najpierw utwór „Pomór”, potem podwój­ny „Rozkwit”, koło natu­ry... Szumiące ambien­ty, takie jak lubię.

Poza tym wyszło mię­dzy inny­mi:

  • Andy Moor / Yannis Kyriakides „Pavilion” (Unsounds, 1.6.20)
  • Armand Hammer „Shrines” (Backwoodz Studios, 5.6.20)
  • Bad Moves „Untenable” (Don Giovanni, 26.6.20)
  • Clarice Jensen „The expe­rien­ce of repe­ti­tion as death” (130701, 3.4.20)
  • Country Westerns „Country Westerns” (Fat Possum, 26.6.20)
  • Ezra Feinberg „Recumbent Speech” (Related States, 26.6.20)
  • Gum Country „Somewhere” (wyd. wła­sne, 18.6.20)
  • Jehnny Beth „To Love Is to Live” (20L07, 12.6.20)
  • Jim O’Rourke „Shutting Down Here” (Portraits GRM, 22.5.20)
  • LA Priest „Beginning” (Domino, 5.6.20)
  • Molero „Ficciones del Trópico” (Holuzam, 19.6.20)
  • Neptunian Maximilism „Eons” (I, Voidhanger, 26.6.20)
  • No Age „Goons Be Gone” (Drag City, 5.6.20)
  • Pottery „Welcome To Bobby’s Motel” (PIAS, 26.6.20)
  • Roberto Carlos Lange „Kite Symphony, Four Variations” (Ballroom Marfa, 26.6.20)
  • Rose City Band „Summerlong” (Thrill Jockey, 19.6.20)
  • Spacey Jane „Sunlight” (Spacey Jane/AWAL, 12.6.20)
  • Special Interest „Passion Of” (Night School, 19.6.20)
  • Sports Team „Deep Down Happy” (Island/Bright Antenna, 5.6.20)
  • Westerman „Your Hero Is not Dead” (PIAS, 5.6.20)
  • Wiley „The Godfather 3” (wyd. wła­sne, 5.6.20) oraz „Boasty Gang – The Album” (wyd. wła­sne, 22.6.20)

Powiązane Wpisy

Leave a Reply