Menu Zamknij

Karol Strzemieczny [Paula i Karol] – wywiad dla „Lampy”

Teksty, które śpiewacie razem, jednocześnie odnoszą się do spraw bardzo osobistych i własnych dla każdego z was.

Ludzie chy­ba aż tak dobrze tego nie zna­ją, żeby o tym czy­tać. Ale np. w „Change, I Know”, dru­giej pio­sen­ce z epki, zde­cy­do­wa­nie usta­li­li­śmy, że jed­na zwrot­ka będzie o mnie, jed­na o Pauli. I tam jest: „born loved, blue eyed son, only child of a bro­ken home”. Próbowaliśmy się z Paulą zasta­no­wić, jakie rze­czy się we mnie dzie­ją, dla­cze­go się dzie­ją. Trochę taka psy­cho­ana­li­za – co wpły­wa na to, że jestem taki, jaki jestem: „Grown man, rol­ling sto­ne, tre­at the pain as your own”.

Change, I Know” jest o zmia­nie i prze­ła­my­wa­niu tego, co spra­wia, że jesteś, jaki jesteś. I póź­niej Paula, i to jest zde­cy­do­wa­nie ona: „sixth sen­se, heart in hand, try to love the ones you can’t, father gone, he took you see, a bit of you and a pie­ce of me” – o jej rodzeń­stwie i tak dalej.

Czasami bar­dzo wprost okre­śla­my to, o czym chce­my pisać. Gdybyśmy nie byli zaprzy­jaź­nie­ni, to by było trud­ne, bo to jest gada­nie o rze­czach bar­dzo oso­bi­stych i trud­nych, ale my o wie­lu spo­śród tych rze­czy już gada­li­śmy i zna­my się od tej stro­ny. Przez ten czas, któ­ry spę­dzi­li­śmy razem, już się poznaliśmy.

Miałem podob­ną rela­cję z Szymonem Pulcynem, per­ku­si­stą Naivu. Siadaliśmy, mówi­li­śmy wprost, o czym chce­my, żeby był dany tekst, pisa­łem z nim i to było faj­ne. Czasami pisa­li­śmy coś osob­no i póź­niej to skła­da­li­śmy, ale zda­rza­ło się, że sia­da­li­śmy do pisa­nia razem. To wycho­dzi tyl­ko wte­dy, gdy jest się z kimś napraw­dę zaprzy­jaź­nio­nym. Potrzebne jest poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, bo czę­sto musisz powie­dzieć: „nie, to zabrzmi sła­bo” – a mówisz przy tym o rze­czach fun­da­men­tal­nych – „wiesz, no to już jest za che­esy, to jest za badziew­ne, to już się robi tro­chę jak z kart­ki świą­tecz­nej”. Musisz umieć to sobie powie­dzieć, nawet jeśli cho­dzi o rze­czy bolą­ce czy trudne.

My z Paulą mie­li­śmy taką zasa­dę, że wyrzu­ca­li­śmy z sie­bie nawet to naj­bar­dziej che­esy i dopie­ro potem skre­śla­li­śmy. Żeby mieć kom­fort, usta­li­li­śmy, że może­my uło­żyć melo­dię i tekst naj­bar­dziej badziew­ny, naj­bar­dziej popo­wy, i dopie­ro potem z nie­go rezy­gno­wać. Żeby mieć swo­bo­dę, żeby nie naska­ki­wać na sie­bie za mówie­nie zbyt otwar­cie. Mamy takie swo­je patenty.

Więc gdy się pytasz, jak to dzia­ła, to dla­te­go że napraw­dę się przy­jaź­ni­my, więc może­my to robić w ten spo­sób. Jeśli gdy pisze­my, robi nam się smut­no albo wzru­sza­my się, to uzna­je­my, że to jest wystar­cza­ją­co dobre. Szukamy tych miejsc, gdzie dla nas to się robi waż­ne, wzru­sza­ją­ce. Myślę, że każ­dy, kto pisze muzy­kę lub gra, pró­bu­je napi­sać szcze­ry tekst. Inaczej to chy­ba bez sensu.

Co ci daje muzyka? Po co powstaje?

Mnie muzy­ka nie oczysz­cza w żaden spo­sób, nie czu­ję ulgi, że coś napi­sa­łem. Ulga wyni­ka tyl­ko stąd, że cza­sa­mi coś wisi w powie­trzu, musisz coś z sie­bie wyrzu­cić, ale to jest tyl­ko chwi­la. To nie jest taka życio­wa ulga, że coś się napi­sa­ło. Bardziej taka, że czu­łeś, że teraz jest ten moment, żeby coś jest faj­nie napi­sać – melo­dię czy tekst – i to jest skoń­czo­ne, to jest takie uff.

Ale to nie jest taki oczysz­cza­ją­cy pro­ces, że mi ogól­nie jest lepiej, jak to napi­szę. Bardziej: uff, była jakaś myśl i uda­ło się to skończyć.

A po co powsta­je? Nie wiem. To jest w ogó­le bez sen­su, nie widzę go w tym. Niektórzy widzą w muzy­ce jakiś mega sens i ja im zazdrosz­czę. Sens to jest wymy­ślić, jak spra­wić, żeby ludziom żyło się lepiej, wymy­ślić tak, żeby ludzie pra­co­wa­li za godzi­wą pła­cę. Ważniejsze jest to, żeby ludzie ogól­nie dobrze sie­bie trak­to­wa­li, żyli w spo­łe­czeń­stwach, gdzie mają na chleb i tak dalej. To są rze­czy istotne.

A muzy­ka? Nie potra­fię żyć bez muzy­ki, muszę sobie codzien­nie puścić „Desire” Dylana, żeby funk­cjo­no­wać, więc chy­ba jest zaje­bi­ście waż­na [śmiech]. Jednak o wie­le więk­szy sens ma zbu­do­wa­nie domu albo dro­gi niż napi­sa­nie pio­sen­ki. To jest coś nama­cal­ne­go i przy­dat­ne­go ludziom. Z dru­giej stro­ny ja bar­dzo potrze­bu­ję tej pły­ty Dylana.

Nie wiem. Sam się gubię w tym. Może jed­nak jakiś sens ma, tyl­ko ja go za bar­dzo nie rozumiem.

Nie potra­fię funk­cjo­no­wać bez muzy­ki – czy two­rze­nia, czy słu­cha­nia – ale nie za bar­dzo rozu­miem te mecha­ni­zmy. Wiem, że cza­sa­mi jak gdzieś idę i z iPoda pole­ci pio­sen­ka, któ­rą uwiel­biam, bo mam shuf­fle, to ten dzień sta­je się taki o wie­le lep­szy [śmiech], ale nie rozu­miem tego mecha­ni­zmu tak do koń­ca. I w ogó­le – to, że wymy­śli­li­śmy, że pio­sen­ka trwa trzy i pół minu­ty, i że się śpie­wa refren, zwrot­kę, refren, zwrot­kę, i ja się tym tak jaram. To jest głupie.

Ale nie za bar­dzo też potra­fię robić muzy­kę w inny spo­sób – ja lubię pio­sen­ki. Lubię słu­chać pio­se­nek i lubię grać pio­sen­ki, ale nie umiem nadać temu więk­sze­go sensu.

Pracuję w szko­łach i gram z dzieć­mi w pił­kę noż­ną. Przychodzę, spę­dzam z nimi dwie godzi­ny i robi­my coś wspól­nie – w tym widzę więk­szy sens. A w muzy­ce – nie wiem. Muszę chy­ba widzieć. Bardziej mam coś takie­go, że to jest nie­sa­mo­wi­ty rush – przy­cho­dzisz i jest dwa­dzie­ścia, nawet sto osób na kon­cer­cie, któ­re czu­ją to co ty, śpie­wa­ją czy wzru­sza­ją się, to jest pięk­ne i wspaniałe.

Muzyka i gra­nie kon­cer­tu jest czymś nie­sa­mo­wi­cie faj­nym. To jest taka chwi­la, któ­rą się strasz­nie prze­ży­wa, o ile rze­czy­wi­ście są ludzie, któ­rzy przyj­dą na twój kon­cert i chcą słu­chać. Bo kon­cert potra­fi być trud­ny – kie­dy ludzie sie­dzą zbla­zo­wa­ni i tro­chę mają w dupie, to nie jest to faj­ne prze­ży­cie. Ale zda­rza­ją się prze­ży­cia eks­tre­mal­nie fajne.

Taki sens w tym widzę, tyl­ko że to nie jest ten sens, któ­ry ma budo­wa­nie dro­gi czy pój­ście do pra­cy i budo­wa­nie domu czy remon­to­wa­nie kuch­ni. Nie wiem, czy w ogó­le umiem na to pyta­nie odpowiedzieć...

Powiązane Wpisy

Leave a Reply