Menu Zamknij

Kategoria: coś jak blog

Wakacje z telefunkenem

Po Offie (o któ­rym kie­dyś póź­niej) wyje­cha­łem na wcza­sy w miej­sco­wo­ści nad Bałtykiem. Z jakichś przy­czyn bar­dzo cenio­ne są tu „poko­je z tv”, po pro­stu wszyst­kie są takie i nie spo­sób zare­zer­wo­wać „bez tv”. W śro­dę pada­ło, obej­rza­łem koń­ców­kę meczu Polska – Gruzja, nie pomo­gło, naza­jutrz pada­ło jesz­cze moc­niej.

- na wcza­sach noto­wa­łem, to pierw­sza z paru nota­tek.

Po Arcade Fire

Od kon­cer­tu minął już ponad tydzień. Przechowuję go w coraz życz­liw­szej pamię­ci, przy­naj­mniej wzglę­dem zespo­łu. Na pew­no są jakieś rela­cje wideo (nie prze­pa­dam), a listę pio­se­nek moż­na zoba­czyć tutaj. Z 17 pio­se­nek tyl­ko trzy z „Neon Bible” – dobra dla mnie decy­zja, bo nie podzie­lam entu­zja­zmu dla tej pły­ty, któ­ry ma choć­by Robert Sankowski. Lubię prze­bo­je, jak mówił kla­syk. Najbardziej podo­ba­ły mi się zle­pio­ne w jed­no „The Suburbs”. Wart zapa­mię­ta­nia moment: na koniec publicz­ność zamknę­ła buzie, prze­sta­ła „wspie­rać” Butlera mniej lub bar­dziej zgrab­nym śpie­wem, dała mu dokoń­czyć same­mu, w ciszy. To było świet­ne.

Arcade Fire, Afrojax i żadnej BB

Słuchałem sta­rych płyt Arcade Fire – rze­czy­wi­ście ta trze­cia jest dobra. Pierwsze dwie śred­nio. Sporo smę­ce­nia, wczu­wa­nia się za moc­no. Właściwie chęt­nie zasta­no­wił­bym się jesz­cze raz, czy iść na naj­droż­szy poje­dyn­czy kon­cert, jaki pamię­tam. Przecież to na pew­no da się usły­szeć w sie­ci, będzie tłum odpi­co­wa­nych nasto­la­tek, trud­no się będzie prze­pchnąć do przo­du etc. Z tym że już nie mogę się zasta­no­wić, mam wydru­ko­wa­ny bilet. Cóż, towa­rzy­stwo będę miał dobre i zaja­ra­ne, tyle dobre­go.

Essential Killing (reż. Jerzy Skolimowski)

Sprzeczne reak­cje zna­jo­mych na nowy film Skolimowskiego oraz napis „naj­więk­szy świa­to­wy suk­ces pol­skie­go kina” na pla­ka­cie spo­wo­do­wa­ły, iż wybra­łem się do tegoż pol­skie­go kina na film – było nie było – tro­chę pol­ski. Przygody mia­łem pra­wie takie jak Vincent Gallo, z tym że moja łagod­na natu­ra zawa­ży­ła na tym, iż niko­go nie zaszlach­to­wa­łem.