Yo La Tengo — Popular Songs

Posted on 18/10/2009 by

0


Niczego nie jest za dużo — a jak jest, to można łatwo pomi­nąć, bo na końcu. Cała płyta brzmi jak audy­cja ame­ry­kań­skiego radia z lat 70., na szczę­ście krąży nad tą audy­cją duch zabawy. Oblicze Yo La Tengo jest jasne, pogodne... a niebo jest przy tym niebieskie.

(Recenzja pocho­dzi z ser­wisu Polskiego Radia).

yolatengo-popularYo La Tengo są z Hoboken, miej­sco­wo­ści oddzie­lo­nej do Nowego Jorku rzeką Hudson. Muzycznie rów­nież funk­cjo­nują na ubo­czu i trudno zali­czyć ich do jakiejś grupy, fali, nurtu. Yo La Tengo (hiszp. mam ją) zali­cza się do pierw­szego sze­regu gwiazd ame­ry­kań­skiej wytwórni Matador Records, która z kolei stoi w pierw­szym sze­regu nie­za­leż­nych wydaw­ców. Kultowy, 25-letni już zespół i kul­towa 20-letnia firma. Jakość gwa­ran­to­wana. 12 płyt i 40 gatun­ków muzycz­nych patrzy na państwa.

Zespół wydaje ostat­nio (od 1997) płyty co trzy lata — po nie­do­ce­nio­nym, deli­kat­nym „Summer Sun” (2003) i solid­nym, wszech­stron­nym „I Am Not Afraid And I Will Beat Your Ass” (2006) w tym roku dali już o sobie znać płytą z cove­rami „Fuckbook” wydaną pod nazwą Condo Fucks. Z typo­wym dla sie­bie luzem i poczu­ciem humoru wyeg­zor­cy­zmo­wali na niej swoje gara­żowe, roc­kowe, zgrzy­tliwe zain­te­re­so­wa­nia — ten skład­nik wystę­puje zatem na „Popular Songs” w mniej­szej dawce. Ostro i trans­owo jest w naj­lep­szym na pły­cie, otwie­ra­ją­cym „Here To Fall” (boskie smyczki poży­czone od Isaaca Hayesa), w podob­nym do sta­rego hitu „Sugarcube” prze­bo­jo­wym „Nothing To Hide”. Później wyra­zi­sty riff domi­nuje w całym „More Stars Than There Are in Heaven” — ten zbu­do­wany na kilku(-nastu?) ścież­kach gitary dzie­wię­cio­mi­nu­towy sho­egaze jest ozdobą płyty. I jesz­cze typowy dla Yo La Tengo 16-minutowy trans („And The Glitter Is Gone”) z kaska­dami gita­ro­wych sprzę­żeń. Na szczę­ście to ostatni utwór, więc nie­trudno go omi­nąć. Te dwie kobyły dzieli jesz­cze trzeci, rów­nież bez­tro­sko prze­cią­gnięty obiekt muzyczny — mini­ma­li­styczny, ambien­towy „The Fireside”. To prze­ci­wień­stwo zamy­ka­cza, ale rów­nież prze­grywa wobec boga­tej pio­sen­ko­wej oferty pierw­szej czę­ści płyty.

Numery od 1 do 9 to tytu­łowe pio­senki pop. Lżejsze z nich, mniej prze­ste­ro­wane, potwier­dzają talent Amerykanów i do świet­nych melo­dii, i do cie­ka­wych aran­ża­cji. Cudne har­mo­nie wokalne towa­rzy­szą zarówno weso­łemu, motow­no­wemu „Periodically Double Or Triple”, jak i kolej­nemu prze­bo­jowi — śpie­wa­nemu w duecie przez mał­żeń­stwo Irę Kaplana i Georgię Hubley „If It’s True”. Oprócz zwy­kłych dla trio z Hoboken instru­men­tów mamy tu smyczki i organy (na wierz­chu) oraz pia­nino. I niczego nie jest za dużo. Cała płyta brzmi zresztą jak audy­cja ame­ry­kań­skiego radia z lat 70., na szczę­ście krąży nad tą audy­cją duch zabawy. Zespół gra rze­czy koja­rzące się z fil­mem drogi — jak senne, zamglone „By Two’s” (śpiewa Georgia), kru­che i deli­katne „I’m On My Way” (James), coun­trowe „When It’s Dark” (znów Georgia). Cała płyta roz­grywa się na opo­zy­cji lekko, kame­ral­nie — luzacko, gita­rowo. Oba obli­cza Yo La Tengo są jasne, pogodne... a niebo jest przy tym niebieskie.

25 listo­pada Yo La Tengo wystą­pią w Katowicach w ramach festi­walu Ars Cameralis. Będzie to ich pierw­szy kon­cert w Polsce.

Strona zespołu, myspace

Tagged: , ,
Posted in: recenzje