Vreen — Good luck ro-Man, good luck Witch

Posted on 07/11/2011 by

1


Lubię tę rzadką w Polsce kom­bi­na­cję: arty­sta mający poczu­cie humoru ma też poczu­cie melo­dii. Nie ma prze­ginki w sen­sie sła­bych żartów. Jednocześnie jed­no­znacz­nie Vreen, głowa i nogi kilku czy kil­ku­dzie­się­ciu nad­mor­skich pro­jek­tów, daje tu pokaz swo­jej jedy­no­ści, odręb­no­ści. To duża sztuka, zwłasz­cza gdy do gra­nia zapra­sza się paru ładnych muzyków.

W porów­na­niu z elek­tryczną, gita­rową płytą In The Name Of Name, którą Vreen wydał w zeszłym roku, sty­li­styka zmie­niła sie o co naj­mniej 90 stopni. Teraz Vreena dozna­jemy w wer­sji aku­stycz­nej, leni­wie pio­sen­ko­wej. Zacinający się, popsuty Malkmus bez prądu. Plus pre­cy­zyjne aran­ża­cje smycz­kowe, bębny, bas, ban­dżo — Paula i Karol minus dżoj plus dżojnt, a tem­pe­ra­tury zamiast onta­riań­skich tro­pi­kalne, rozleniwiające.

Może bar­dziej pre­cy­zyjne jest pół zda­nia Fight!Suzan o tym nagra­niu: „Trzy atuty albumu, które można by okre­ślić mia­nem smut­nego buffo — potworna dyk­cja, chu­jowe tematy i dzi­waczna maniera gry na gita­rze — współ­grają z sobą w tak kohe­rent­nym stylu, że...” — dalej tutaj.

Słucham tego z peł­nym sza­cun­kiem, na wygrze­ba­nym z krypty disc­ma­nie (przy­po­mina mi się, jak kie­dyś Sony zastrze­gło nazwę disc­man i cały świat zaczął uży­wać odtwa­rza­czy oso­bi­stych). Mój odtwa­rzacz oso­bi­sty ma pro­blem z poten­cjo­me­trem. Szura tam coś, jak u Vreena. Vreen „pro­blem ma, tylko poga­dać chce”. I wzywa: „więc zagraj ze mną mecz, ście­rajmy się na defensa i ofensa, aż opu­ścisz gardę swą”... Tu co chwila sety, mecze, rodzinna rozgrywka. Przy tych bal­la­dach, wal­cach i sam­bach nie da się nie opu­ścić gardy. Kaseciarskie to jest w peł­nym zna­cze­niu tego słowa.

On jest swój i to jest naj­więk­sza dziś umie­jęt­ność, tego Vreenowi powinni zazdro­ścić wszy­scy. Nie ma żadnego czaru w opo­wie­dze­niu żartu po to, żeby było śmiesz­nie. Vreen mówi żart, bo tak już jest, bo to jest on w wer­sji serio. „Zastanawiam się, czy zro­bić coś ze sobą, czy nie/wczoraj to nie tak miało być/ mówi­łaś mi, że nie muszę tyle pić/ale szkoda by było, żeby zmar­no­wało się” (7). I Refren: „a ślimaki niech sza­leją, szaleją/ a żołądki niech nie bolą, nie bolą”. Kto mi napi­sze taki wątek o isto­cie żywota ludz­kiego, o kło­po­cie z dziew­czę­tami, z alko­ho­lem, z roz­pa­czą? Nie tam jakieś sta­nie pod blo­kiem albo sie­dze­nie w zim­nej wannie.

Taka samba: „Dziewczyna z Ipanema nosi tipsy, sztuczne cycki/mnie to nie prze­szka­dza, tyle że nie mam jej (...) chciał­bym ją rzu­cić, lecz nie chciał­bym jej tra­cić [to aku­rat o pracy, ale... — jś] (...) może trzeba o zdro­wie pomo­dlić się?”. Do cyto­wa­nia jest tu kawał płyty, nie­które pio­senki w cało­ści, ale rów­nie istotne jak tek­sty jest to, że tu mamy bio­rące melo­die. Refren „PTTK” jest zabój­czy, nie mogę prze­stać go nucić, „PTTK, oddziały regio­nalne PTTK/udanej nie­dzieli życzą nam”. Sielska ta melo­dia, dia­bo­liczne, dwu­znaczne wątki w sło­wach. Coś brzyd­kiego, wsty­dli­wego jest w tej opo­wie­ści o nie­zu­peł­nie uda­nym spa­ce­rze, a ja nie mogę się oderwać.

Albo „Templum”, w któ­rym gło­sem pro­bosz­cza nawo­łu­ją­cego z ambony, w bla­sza­nym baraku z końca XX wieku, woka­li­sta śpiewa: „i na miłość boską, dopro­wadź­cie do pojed­na­nia Germańczyków z Wenecjanami”. Już tro­chę odpa­dam od nar­ra­cji, nie­usta­jąco uro­czej — „w tym roku zda­rzyło się, że tem­pla­riu­sze i woj­ska zakonne/wyprawili się, by roz­bić, a zostali roz­bici sro­dze”... ale roz­ko­szuję się brzmie­niem, dźwię­kiem. Dochodzi, za prze­pro­sze­niem, do sypial­nia­nego ale­ato­ry­zmu. Ach, nie­ważne, „Good luck ro-Man...” po pro­stu głasz­cze po główce. Kto umie, niech tak gra (i śpiewa), poza sezo­nami i modami, z natu­ral­no­ścią i pew­no­ścią sie­bie mor­mona. Vreen wie. Bóg zapłać.

Posted in: recenzje