Na nowym albumie Vespy więcej niż klasycznego ska jest swingującej muzyki retro. Niestety, muzykom nie zawsze wystarcza energii i dobrych tekstów.

Na początku lat 90. ska było w Polsce po prostu przyspieszonym reggae, w sam raz dla punkowców. Z czasem dzięki coraz bardziej rozbudowanym sekcjom dętym nabrało elegancji, nawet elitarności. Zespoły sięgnęły po jazz, swing, uliczny folk, piosenki z lat 20. czy 30.

Tą drogą poszła też szczecińska Vespa, która od początku, od lat 90., wśród skinheadów i punków miała status gwiazdy. Wyróżniały ją świetne, zawadiackie piosenki, a muzycy często więcej mieli naturalnego talentu niż twardych umiejętności. Brzmienie mogło kuleć, ale ogień był zawsze.

Na nowym albumie Vespy więcej niż klasycznego ska jest swingującej muzyki retro. Niestety, muzykom nie zawsze wystarcza energii i dobrych tekstów. „Kto piashki ma” do słów i melodii Paula Kunigisa jest chlubnym wyjątkiem, ale na ogół za mało jest trąb, za dużo słabych żartów, za mało lokalności – myślę, słuchając nowej Vespy. A może oni wszystko robią dobrze, tylko stylistyka rozjechała się z czasami?
Sekwencja: punkowe podejście, wzrost umiejętności, fascynacja elegancką łobuzerką, w pewnym momencie w połączeniu z niewyszukanym poczuciem humoru wyprowadziła Vespę na manowce, wtłoczyła ją (zresztą nie tylko ją) w szufladę zespołu dansingowego i knajpianego. W szufladzie było wygodnie, ale do czasu. Dziś Vespa nie mówi nic ważnego. Przeciętne teksty pogłębiają wrażenie, że artystom brak serca do grania, które sami stworzyli.

To uliczna muzyka, która nie tłumaczy, czym żyje ulica, czym żyje świat – jest czystą rozrywką. Na „Diamentach i jedwabiach” brak tego, o czym wcześniej szczecinianie przekonująco śpiewali: zgrzebnej codzienności, problemów z forsą i ognistych romansów w cieniu bloków. Bohaterami Vespy są ćmy barowe i trzeciorzędni pechowi chuligani, ale tak papierowi, że trudno im współczuć ich nieszczęść.

Na płycie wyróżniają się instrumentalny „Najprzystojniejszy fordanser” i przesłodzony „Dziś jest ten dzień”. W tej piosence wszystko działa jak należy: od tekstu i głosu nowej wokalistki Leny, przez rytm bębnów i czujną zwłaszcza w refrenie partię klawiszy, po motywy sekcji dętej. To akurat utwór ściśle jamajski.

Udał się też „Johnny 2” tytułem nawiązujący do pierwszej płyty Vespy (muzycy żartują, że fani w Warszawie słuchają tylko tego albumu), z pozoru smutny przykład źle zaśpiewanego country. Równie wiele fałszów jest w „Piotrku”, pieśni w stylu mariachich na temat… śmierdzących nóg. Paradoksalnie to właśnie tak groteskowe, ośmieszające różne estetyki piosenki mogą być drogą wyjścia z getta o nazwie knajpa.

Tylko czy żywiołem Vespy jest prowokacja i łamanie schematów? Raczej zabawa. Jamajka dawno im się znudziła, a w konkurencji „granie i śpiewanie o dwudziestoleciu” o kilka długości Vespę wyprzedził kwartet Hańba. Zamiast słuchać „Diamentów i jedwabi”, lepiej spotkać się z Vespą na koncertach.

Tekst ukazał się 22/12/16 w Wyborcza.pl/kultura – tamże więcej recenzji

Dodaj komentarz