Menu Zamknij

Ulubione płyty – 2020, kwartał pierwszy

W pierw­szym rzu­cie mam 54 pły­ty, któ­re wyszły od stycz­nia od koń­ca mar­ca i mi się spodo­ba­ły. W Nowy Rok uka­za­ło się Brasil & the Gallowbrothers Band, a potem już poszło.

Pomyślałem, że korzy­sta­jąc z kil­ku wol­nych dni, zaj­mę się pod­su­mo­wa­niem tego, co sły­sza­łem w pierw­szych mie­sią­cach roku. To się oczy­wi­ście prze­cią­gnę­ło, ale nie szko­dzi, bo chciał­bym, żeby to była lista roz­bu­do­wy­wa­na, aktu­ali­zo­wa­na. Nie wiem jesz­cze, co zro­bić z nagra­nia­mi z wcze­śniej­szych lat, któ­rych słu­chał­bym dopie­ro teraz. Pewnie zosta­wić w spo­ko­ju albo wrzu­cać doraź­nie na pro­fil albo coś.

Trwa stan izo­la­cji (nie­gdyś o zespo­le Stan Miłości i Zaufania wta­jem­ni­cze­ni mówi­li: Stan Wkurwienia i Najebania), przy­po­mi­nam, aby­śmy byli dla sie­bie dobrzy i dzie­li­li się z inny­mi tym, co dobre.

Oto moje notat­ki z pierw­sze­go kwar­ta­łu. To zna­czy tytu­ły są notat­ka­mi, a opi­sy nowe, wra­cam nimi do rze­czy już daw­no osłu­cha­nych.

STYCZEŃ.

Algiers „There Is No Year” (Matador). W tym, co robią Algiers, już się chy­ba dużo nie zmie­ni: żar­li­wość, poli­ty­ka, punk i elek­tro­ni­ka, rasa, zdro­we lewac­two. Trochę jak z Depeche Mode po 15–20 latach karie­ry – ci, co chcie­li być zado­wo­le­ni, będą zado­wo­le­ni (nota­be­ne z zespo­łu, któ­ry wyra­ża powszech­ne nie­za­do­wo­le­nie). Tak zwa­ny rów­ny, wyso­ki poziom, ale na tego­rocz­ny kon­cert się nie wybie­ra­łem.

Brasil & the Gallowbrothers Band „The Nasielsk Incident” * (Kosmodrone). Wydawnictwo ofi­cjal­nie z 1 stycz­nia. Długo ocze­ki­wa­ny i będą­cy nie lada nagro­dą album Mirta, Ter i Dominica Savio. Troszkę syn­thów, woka­li, nagrań tere­no­wych, a przede wszyst­kim opo­wieść o poczu­ciu wyob­co­wa­nia, kosmo­sie i nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym obiek­cie lata­ją­cym. Psychodeliczne, cza­sem nawet pio­sen­ko­we.

Dan Deacon „Mystic Familiar” * (Domino). Różne atu­ty. Niesamowita, per­fek­cyj­nie zbu­do­wa­na czte­ro­czę­ścio­wa suita w dru­giej ćwiart­ce pły­ty – nie samo rzę­po­le­nie na syn­cie, ale też stu­dium ryt­mu i nastro­ju. Piosenki lep­sze niż u Destroyera – retro­ma­nia nie wyklu­cza solid­nych melo­dii i aran­ża­cji. Jak to wszyst­ko dzia­ła w cza­sie, roz­wi­ja się i zwi­ja! Sporo zosta­je na sit­ku. No i prze­bo­je: nie tyl­ko dość szka­rad­ny, ale śmiesz­ny „Fell into the Ocean”, ale też „Sat by a Tree”, „Arp II: Float Away”. Tym razem „Baltimore elec­tro­nic music legend” pięk­nie ucią­gnął.

Destroyer „Have We Met” (Dead Oceans). Trochę jak z Algiers, tyl­ko że Dan Bejar jest na znacz­nie bar­dziej zaawan­so­wa­nym eta­pie. Brzmi sza­le­nie pro­fe­sjo­nal­nie i dość mar­two. Może odstra­sza mnie to, co w muzy­ce lap­to­po­wej? Mnogość skład­ni­ków, pre­cy­zja wyko­na­nia, chłód brzmie­nia. Niemniej oca­le­ją ze dwie nie­złe pio­sen­ki: „Cue Synthesizer” i... yyy, no głów­nie to.

Janusz Jurga „Occult” (Opus Elefantum). Trochę za potęż­ne brzmie­nia jak na mnie. Wolałem Jurgę lżej­sze­go, przede wszyst­kim z „Duchów Rogowca”, puls „Hypnowaldu” też wyda­je mi się atrak­cyj­niej­szy niż wście­kła nawał­ni­ca „Occult”. Niemniej roz­rzut sty­li­stycz­ny tych trzech albu­mów zasłu­gu­je na sza­cu­nek.

Jeff Parker „Suite for Max Brown” * (International Anthem). O, to jest mój zagra­nicz­ny fawo­ryt z tego mie­sią­ca. Gitarzysta m.in. z Tortoise, współ­pra­cow­nik Roba Mazurka, robi jazz, któ­re­go da się słu­chać, taki przy­go­do­wy, odkryw­czy, dyna­micz­ny. Piękna pły­ta. Dziedzictwo. Tytułowa boha­ter­ka to mat­ka Parkera. » wideo

Julia Marcell „Skull Echo” (Mystic Production). Sądząc po wyświe­tle­niach, nie zda­rzy­ły się na tej pły­cie takie prze­bo­je jak „Tarantino” czy „Andrew”. Marcell śpie­wa teraz głów­nie po pol­sku, i słusz­nie, bo jest autor­ką co naj­mniej intry­gu­ją­cą – pra­wie wszyst­ko mi się na tej pły­cie zga­dza, nie mam tyl­ko pew­no­ści, czy słu­żą jej syn­te­tycz­ne brzmie­nia.

Kiev Office „Nordowi Mol” (Halo Kultura). Zespół już pra­wie wete­rań­ski, ale muzy­ka świe­ża, szorst­ka, zachwy­ca­ją­ca. Bardzo dobrze zro­bi­ło jej wej­ście w tema­ty kaszub­skiej mito­lo­gii i kul­tu­ry. Sekcja trzy­ma poziom, Miegoń błysz­czy, tek­sty i pro­duk­cja dają radę, a album jest całą opo­wie­ścią, w któ­rej żwa­wy refor­ma­tor musi umknąć przed nie­uchron­ną kontr­re­for­ma­cją.

Mura Masa „R.Y.C.” * (Universal). Jako ulu­bio­ny wska­zał­bym tu pew­nie numer z Tirzah, co wię­cej mówi o mnie niż o tej prze­bo­jo­wej i gład­kiej pły­cie. Ale. Mura Masa ma 23 lata i nasą­czył się smu­tecz­kiem za dora­sta­niem, kre­sków­ka­mi, sit­co­ma­mi, tam­tą muzy­ką. Z jed­nej stro­ny na Bandcampie wiszą jego rze­czy sprzed sied­miu lat, z dru­giej na „R.Y.C.”, dru­gim jego albu­mie, gosz­czą m.in. jesz­cze slow­thai i Georgia. Z main­stre­amu to chy­ba naj­cie­kaw­sza pły­ta stycz­nia.

Squarepusher „Be Up A Hello” (Warp). Co tu dużo mówić, sta­ry wydał coś nowe­go, zro­bił to tro­chę bar­dziej na lek­ko, cyze­lo­wał tyl­ko mie­siąc, i wyda­je się, że wyszła mu pły­ta jakoś tam opty­mi­stycz­na czy nawet żar­to­bli­wa. Czy to wystar­cza do tego, żeby umiesz­czać ją na liście naj­lep­szych rze­czy mie­sią­ca czy kwar­ta­łu? Przyjemnie się słu­cha, deta­le sie­dzą. Pewnie jesz­cze wró­cę do niej.

Wacław Zimpel „Massive Oscillations” * (Ongehoord). Cztery utwo­ry, każ­dy inny, choć oczy­wi­ście z powtó­rze­nia­mi i tytu­ło­wy­mi oscy­la­cja­mi, czym­kol­wiek one są. Zimpel wybrał się na nagra­nia w Den Bosch w Holandii z okre­ślo­ną kon­cep­cją, ale wypo­sa­że­nie stu­dia nada­ło nowy kie­ru­nek jego pomy­słom. Muzyk oka­zał się – któ­ry to już raz – uważ­nym, sku­pio­nym słu­cha­czem, a nie tyl­ko nadaw­cą komu­ni­ka­tów. Angażująca, odkryw­cza pły­ta.

Wolf Parade „Thin Mind” (Sub Pop). Miała to być czo­łów­ka roku, a nie jest nawet czo­łów­ką mie­sią­ca, nie­mniej może komuś podej­dzie. Najbardziej kla­sycz­ny rock mie­sią­ca. Jak usły­sza­łem ten sin­giel: gitar­ka, wok­sik, pom­po­wa­nie sek­cji, pro­sty refren ze sło­wa­mi: „Nobody wants what they want any­mo­re” potwa­rza­ny­mi kil­ka razy – mia­łem wra­że­nie, że to 2002.

LUTY.

Agnes Obel „Myopia” * (Blue Note/Deutsche Grammophon). Nie wie­dzia­łem, na któ­rym zakrę­cie jest auto­bus, w ogó­le nie patrzy­łem za okno, nie patrzy­łem na ludzi, zna­la­złem się w miej­scu, za któ­rym tęsk­ni­łem i do któ­re­go dostęp – wyda­wa­ło mi się – jakiś czas temu stra­ci­łem. Gdzieś mnie wcią­gnę­ło, zabra­ło z tego miej­sca i z cza­su, coś się zabu­rzy­ło – noto­wa­łem. Melancholia, uczu­cia, smu­tek, któ­ry daje ulgę. » wideo

Bastarda „Nigunim” * (Multikulti). Szamburski, Pokrzywiński i Górczyński na trze­cim albu­mie zosta­wia­ją już śre­dnio­wie­cze i bio­rą się do nigu­nów, cha­sydz­kich pie­śni bez słów roz­po­wszech­nio­nych od wie­ku XVIII. Liryczny album wypeł­nia, jak się oka­zu­je, nie tyl­ko radość, ale też melan­cho­lia. Finałowy z 9 utwo­rów został wyko­na­ny z chó­rem, a na całej pły­cie prze­wa­ża ele­gan­cja, melo­dia, namysł. Improwizacja nie słu­ży tu czczej indy­wi­du­al­nej eks­pre­sji, ale szu­ka­niu wspól­nych z tra­dy­cją nitek. W koń­cu nigu­ny naj­czę­ściej czer­pa­ły z lokal­nych muzycz­nych tra­dy­cji.

Caribou „Suddenly” (City Slang). Chwalony jako ten, któ­ry w tym sezo­nie zaorał Kevina Parkera: eru­dy­cyj­na, róż­no­rod­na pły­ta (od jakie­goś pokrę­co­ne­go dan­su do pokrę­co­nej bal­la­dy) o cie­płym brzmie­niu i z pan­pł­cio­wym gło­si­kiem. W nor­mie? Bardziej do napa­wa­nia się niż słu­cha­nia, nawet dla uczo­nych w piśmie, powie­dział­bym, ale słu­chać niko­mu nie zabro­nię.

Cel „Cel” (Bureau B). Inżynier komen­dant Felix Kubin i docent per­ku­sji Hubert Zemler nagra­li wspól­ną pły­tę. Oprócz łącze­nia żywe­go i auto­ma­tycz­ne­go, per­fek­cyj­ne­go i nie­do­sko­na­łe­go (z nie­ty­po­wym podzia­łem ról), a tak­że oczy­wi­ście Polski z Niemcami – mamy tu jesz­cze inne, mało ogra­ne w popkul­tu­rze połą­cze­nie: zaba­wę i dźwię­ko­wy chłód. [wię­cej tu]

Coals „Docusoap” * (Mystic Production). Niemało już napi­sa­łem o tym, że Coals są naj­lep­szym zespo­łem w Polsce. Ich dzia­ła­nia war­to śle­dzić, na począ­tek moż­na się zaha­czyć o ele­men­ty roz­ma­rzo­nej elek­tro­ni­ki, rapu, fol­ku, tra­pu, r’n’b... Jak już czło­wiek zła­pie ich tzw. idiom, to czer­pie radość z drob­nych prze­su­nięć, nie­spo­dzia­nek. Oni sta­wia­ją sobie poprzecz­kę wyso­ko i doska­ku­ją do niej.

Gil Scott-Heron / Makaya McCraven „We’re New Again” * (XL Recordings). Jazzowy per­ku­si­sta z Chicago podej­mu­ję pró­bę rein­ter­pre­ta­cji ostat­niej pły­ty kul­to­we­go, choć nie­do­ce­nio­ne­go za życia czar­ne­go woka­li­sty. McCraven odda­je spra­wie­dli­wość Scottowi-Heronowi. Wkłada go we wszech­świat szorst­kiej i bole­snej czar­nej muzy­ki: blu­esa, jaz­zu, soulu, zawsze moc­no osa­dzo­nej w ryt­mie, bły­sko­tli­wej. To znacz­nie lep­sza rzecz niż bar­dzo chwa­lo­na pły­ta Jamiego xx „We’re New Here”. Lepszego Scotta-Herona już pew­nie nie będzie. » wideo

Grimes „Miss Anthropocene” (4AD). Klęska intry­gu­ją­cej part­ner­ki miliar­de­ra Elona Muska. Utwory wtór­ne, odkle­jo­ne od rze­czy­wi­sto­ści, nie­któ­rzy mówią nawet, że nie­mo­ral­ne, a dla mnie po pro­stu nud­ne. Pewnie ta pły­ta zosta­nie z nami na dłu­żej jako świa­dec­two cza­su i coś zupeł­nie nie­tra­fio­ne­go w moment. Pewnie ktoś to prze­ku­je w zale­tę hehe.

Haptar „Brave Enough” (Opus Elefantum). Żartem moż­na napi­sać: „ano­ther gem from Opus Elefantum”, ale taka praw­da: kie­dy dobre­go jest dużo, to w koń­cu któ­ryś skarb zosta­je „kolej­nym skar­bem”. Lubię takie cosie mię­dzy nastro­jem a pio­sen­ką – peł­ne pogło­su, sztucz­nych smycz­ków, odda­lo­nej gita­ry.

Jazzpospolita „Przypływ” (Audio Cave). W not­ce pisa­li o zmia­nach w skła­dzie, ale całe­go tego skła­du nie wypi­sa­li – waż­ne, że lide­rem jest teraz basi­sta Stefan Nowakowski. Stety nie­ste­ty jest to sta­ra dobra Jazzpospolita, tro­chę jaz­zroc­ko­wa, tro­chę bal­la­do­wa, za rzad­ko na moje ucho żar­to­bli­wa bądź psy­cho­de­licz­na.

King Krule „Man Alive!” (XL Recordings). Bardzo go lubię, ale to kolej­ny wyko­naw­ca, z któ­rym mam pro­blem typu: „a kie­dy coś nowe­go?”. Dla świe­ża­ków: bar­dzo niski głos, gita­ra, wyra­zi­sty, jak­by „melo­dyj­ny” rytm, coś mię­dzy śpie­wem, mam­ro­ta­niem a rapem, no i dosko­na­ły sak­so­fon. Chciałoby się, żeby zaczął coś robić bar­dzo ina­czej.

Khruangbin / Leon Bridges „Texas Sun” (Dead Oceans). Krótkie, a faj­ne. Odkryte prze­ze mnie w zeszłym roku ame­ry­kań­skie trio gra po swo­je­mu – w sto­no­wa­ny spo­sób, czuj­nie, wraż­li­wie. Nie wiem tyl­ko, skąd wzię­ły się tu kla­wi­sze. Śpiewa jeden z main­stre­amo­wych woka­li­stów zapa­trzo­nych w prze­szłość soulu. Może to on gra?

Ljos „A Foreword” * (Opus Elefantum). Płyta wyro­sła gdzieś na skrzy­żo­wa­niu cie­ka­we­go kon­cep­tu i bar­dzo dobre­go wyko­na­nia, nie­sie uko­je­nie i tajem­ni­ce. Ambient, elek­tro­ni­ka, prze­two­rzo­ne instru­men­ty aku­stycz­ne i bar­dzo dobry wokal. Główny opus w Opusie w tym roku jak na razie.

Lonker See „Hamza” * (Antena Krzyku). Z począt­ku zatę­sk­ni­łem za poprzed­nią pły­tą „One Eye Sees Red”, któ­rą bar­dzo lubię, z cza­sem przy­wy­kłem do „Hamzy”. Odkryłem zakąt­ki hała­su, odkry­łem woka­li­zy, a przede wszyst­kim swo­bo­dę prze­ni­ka­nia całe­go skła­du mię­dzy róż­ny­mi wąt­ka­mi i sty­li­sty­ka­mi. Lekkość wyni­ka­ją­cą z dobre­go rze­mio­sła.

Lutto Lento „Fortuna” * (Dunno). Intrygujące, dosko­na­łe i nawet nie wiem, jak to opi­sać. Taki żart serio, idiom Dunno, elek­tro­ni­ka żywa i cie­le­sna. Wśród 10 utwo­rów są trzy będą­ce nawet nie ficzu­rin­ga­mi, tyl­ko po cało­ści „gościn­ne”, zamó­wio­ne przez arty­stę z myślą o tym, że wrzu­ci je na album. Do tego esej Filipa Lecha jako inte­gral­na część dzie­ła. » wideo

Moses Sumney „grae: Pt 1” * (Jagjaguwar). Początkowo bez entu­zja­zmu, z cza­sem bar­dzo na tak. Te rze­ko­me dekon­struk­cje i odkryw­cze eks­pe­ry­men­ty to ani mnie zię­bią, ani grze­ją, ale po pro­stu są tu pio­sen­ki. Takie chłod­ne, wyco­fa­ne r’n’b oczy­wi­ście lepiej robią Coals, dobrze, że oni jesz­cze mają tro­chę cza­su na sła­wę, ale Sumney też cie­ka­wy.

Nada Surf „Never Not Together” (City Slang). A tu coś takie­go dla ludzi: gita­ry, prze­ste­ry, pio­sen­ki, refre­ny. Myślałem, że już nic z nich nie będzie, a tu nawet 7 na 10, obej­rzał­bym sobie ich na jakimś festi­wa­lu latem, jeśli do jakie­go­kol­wiek festi­wa­lu doj­dzie.

Noon „Nobody Nothing Nowhere” (Nowe Nagrania). Artysta cyfro­we­go dźwię­ku tym razem ser­wu­je czte­ry dłu­gie, koją­ce i medy­ta­cyj­ne kawał­ki z udzia­łem żywych instru­men­tów. Jest kli­ma­cik, są momen­ty bar­dzo upli­fting, a jed­no­cze­śnie, nomen omen, panu­je tu szcze­gól­na pod­nio­słość, któ­ra zupeł­nie mnie nie uwie­ra.

Normal Bias „LP2” * (U Know Me). Nietypowa pły­ta w kata­lo­gu tej wytwór­ni: głę­bo­ko baso­wa, dubo­wa po pro­stu, cza­ro­dziej­ska, z ukło­na­mi dla Roberta Brylewskiego, ale też bar­dziej jesz­cze syn­te­tycz­nych odmian gatun­ku. Coś zaska­ku­ją­ce­go i bar­dzo dobre­go.

Real Estate „The Main Thing” (Domino). Lekka, gita­ro­wa pły­ta, któ­ra w dzien­ni­kar­skich pod­su­mo­wa­niach nie dosta­nie się do czo­łów­ki nawet kwar­ta­łu, ale posłu­cha­na kil­ka razy dała mi przy­jem­ność. Jest po sta­re­mu: poaran­żo­wa­ne tak, że nakie­ro­wu­je na wio­snę, koi, bez skraj­no­ści.

Roger Eno and Brian Eno „Mixing Colours” (Deutsche Grammophon). Bracia podob­no z prze­rwa­mi pra­co­wa­li nad tą pły­tą 15 lat – utwo­ry w więk­szo­ści zaczy­na­ją się od par­tii for­te­pia­nu Rogera, by póź­niej obu­do­wać się głę­bią z warsz­ta­tu Briana. Efektem jest ambient dotkli­wy i uważ­ny, któ­ry pasu­je mi do tych pręd­kich i zamknię­tych cza­sów, bo nie­sie z sobą wie­le prze­strze­ni i uko­je­nia. Ani nuty za dużo.

Soccer Mommy „Color Theory” (Loma Vista). Czar nowo­ści prysł, ale moż­na dla relak­su do tej pły­ty wró­cić. Do bólu rze­tel­ne ame­ry­kań­skie pio­sen­ki z pogra­ni­cza roc­ka i coun­try, czy nie lepiej posłu­chać „Range Life” na ripi­cie? Tu jest dziew­czy­na na woka­lu i faj­ne zgrzy­tli­we solów­ki. Płyta wyno­szo­na pod nie­bio­sa, ale moim zda­niem jed­na z wie­lu.

Tame Impala „Slow Rush” (Island). Najpiękniejsza kata­stro­fa roku? Aż tak to nie (cześć, Grimes). Ale roz­cza­ro­wa­nie na pew­no, zwłasz­cza że Parker poprzed­nią pły­tę wydał pięć lat temu. Był czas, żeby stwo­rzyć nie tyl­ko dobre pio­sen­ki, ale po pro­stu album. Jakiś album. Nie uda­ło się. Słuchałem tego spo­ro, ale się nie prze­bi­łem – zosta­wiam tu tę pły­tę jako kon­tekst, powiedz­my.

The Heliocentrics „Infinity of Now” * (Madlib Invazion). Mało jaz­zo­we i z Londynu, może dla­te­go tak mi się podo­ba. Hip-hop, soul, trip-hop, psy­cho­de­lia, dużo basu i feno­me­nal­ny puls, do tego prze­strzen­ny wokal Barbory Patkovej. Pierwsza pozy­cja The Heliocentrics w labe­lu Madliba. » wideo

MARZEC.

Anna Calvi „Hunted” * (Domino). Siedem pio­se­nek z wyda­ne­go pół­to­ra roku temu „Huntera” i czwór­ka gości, by tro­chę  w nich zmie­nić. Wycięcie czę­ści tam­te­go albu­mu moim zda­niem słusz­ne – ta krót­ka for­ma zda­je się bar­dziej odpo­wied­nia i cie­kaw­sza. Podobnie z bar­dziej suro­wy­mi, skrom­niej­szy­mi wer­sja­mi pio­se­nek. Bliżej skó­ry.

Artur Rojek „Kundel” (Kayax). Dość bez­piecz­ny album i raczej bez prze­bo­jów na mia­rę debiu­tu sprzed aż sze­ściu lat. O ile za wiel­ki atut tej pły­ty bio­rę tek­sty Radka Łukasiewicza i wokal Rojka, o tyle już elek­tro­nicz­nie brzmie­nie Marka Dziedzica zaczy­na mnie nużyć. Mam wra­że­nie, że część tych pio­se­nek mogła­by nagrać daw­niej Brodka. Na szczę­ście Rojek ma więk­szą od niej cha­ry­zmę.

Bałtyk „I’ll Try Not to Wake You” (Opus Elefantum). Wygląda na przy­pa­dek arty­sty, któ­re­go brzmie­nie ewo­lu­uje w stro­nę brzmie­nia wytwór­ni. W muzy­ce Bałtyka, doce­nia­nej jesz­cze w zeszłym roku, ele­men­ty aku­stycz­ne coraz bar­dziej sta­pia­ją się z obrób­ką, fil­tra­mi, ambien­tem. Poza tym pio­sen­ki lep­sze, bar­dziej wła­sne. I cie­szy mnie pro­duk­tyw­ność tego czło­wie­ka.

Baxter Dury „The Night Chancers” (Heavenly). Fajnie, że opi­su­je scrol­lo­wa­ne życie roku 2020 (stąd pochwa­ły kry­ty­ków), ale opi­su­je tyl­ko wyci­nek. Największą war­to­ścią jest to, że autor zna­lazł temat i muzycz­ny styl, dla któ­rych się uro­dził. Dury jako men­dzą­cy opo­wia­dacz nie­speł­nio­nych, nie­wy­god­nych żyć, ska­co­wa­ny, wymię­ty typek. BTW wie­rzę, że Rojek (podob­na muzy­ka), i nie tyl­ko on, odwa­ży się wyciąć co trze­ba i otrzy­mać podob­ny krysz­tał wła­sne­go tema­tu i sty­lu.

Caroline Rose „Superstar” (New West). Popowe pio­sen­ki z ele­men­ta­mi soulu, fun­ku i nawet disco. Wśród tych arty­stycz­nych ujęć popu na tym eta­pie jest to już jed­na z wie­lu płyt, ale niech się tu znaj­dzie ku pamię­ci.

Catholic Action „Celebrated by Strangers” * (Modern Sky). Druga pły­ta kwar­te­tu z Glasgow jest otwar­cie poli­tycz­na. Dziennikarze wąt­pią, czy taki prze­kaz („welfa­re son of a welfa­re son”, przed­sta­wia się woka­li­sta i gita­rzy­sta Chris McCrory w pio­sen­ce „One of Us”) pasu­je do sta­ro­mod­nej muzy­ki. Rytmy i tem­pa koja­rzą się z The Cars, Stranglers, Bowiem, jest nawet uro­czy­ste Pink Floyd z auto­ma­tem per­ku­syj­nym. Pop punk, disco, glam, spryt­ne solów­ki… W 2020 to nie­oczy­wi­ste podej­ście. Catholic Action na nowo testu­ją połą­cze­nie prze­kaz-zaba­wa, zabi­ja­ją strasz­no­ści typu Bastille i ratu­ją indie roc­ka, jeśli kto­kol­wiek jest jesz­cze zain­te­re­so­wa­ny.

Childish Gambino „3.15.20” * (mcDJ Recording). Uwaga żart, Childish Gambino chy­ba wresz­cie zrów­nał się pozio­mem z Billym Childishem. Ta pły­ta prze­ma­wia do mnie po cało­ści! Bardzo róż­no­rod­na (hip-hop, funk, elek­tro­nicz­ne r’n’b, jakieś snu­jo­ma­ru­dy), dopra­co­wa­na i nie­po­zba­wio­na humo­ru. Nie przy­tła­cza jej też cię­żar „czar­nej histo­rii” czy „czar­ne­go dzie­dzic­twa”, jest bar­dziej o tech­no­lo­giach, tele­fo­nach i obra­zach rze­czy­wi­sto­ści. Może prze­ko­ma­rzan­ki z córecz­ką to za dużo, ale nie dla „Guardiana” i Quietusa, któ­re jara­ją się rów­no – Ameryka pod­bi­ja Anglię. Mnie też. » wideo

DakhaBrakha „Alambari” (wyd. wła­sne). Płyta ukra­iń­skie­go zespo­łu jest cie­kaw­sza z kobie­cym wie­lo­gło­sem, niż gdy śpie­wa facet, a tak­że gdy jest lżej­sza i bar­dziej korzen­na, niż gdy robi się cięż­ka i hała­śli­wa. Szorstkość zawsze dobra, ale zbyt dużą ufność muzy­cy pokła­da­ją w siłę zaba­wy w cicho-gło­śno. Polecam utwór „Im tan­zen lie­be”.

Hawa „The One” (b4). Coś, co na wła­sny uży­tek mógł­bym nazwać „dome­ną Coalsów” – hipho­po­we, r’n’bo­we, nawet tra­po­we pod­kła­dy i tro­chę zamglo­ne­go śpie­wu. Mało rapu, ale buja­nia dużo. Berlin-born, NY-based, osiem szyb­kich tra­ków, 19 minut.

Jacaszek „Music for Film” (Gusstaff). Ważna infor­ma­cja: utwo­ry na prze­strze­ni dzie­się­ciu lat skom­po­no­wa­ne do kil­ku fil­mów arty­sta „doaran­żo­wał” tak, żeby skła­da­ły się w jeden mate­riał, kom­plet­ną ilu­stra­cję do jed­ne­go, wyobra­żo­ne­go fil­mu.

Jacek Sienkiewicz & Atom ™ „Stal” (More Music Agency). W mate­ria­łach pra­so­wych: owa­dzia elek­tro­ni­ka, chłód, asy­me­trycz­ne kształ­ty i głę­bo­kie tek­stu­ry. Niezupełnie to, za co naj­bar­dziej lubię Sienkiewicza, bo za bar­dzo „post”, wywró­co­ne, wyła­ma­ne, ale i tak lek­tu­ra obo­wiąz­ko­wa.

James Holden & Wacław Zimpel „Long Weekend EP” * (Border Community). O ich muzy­ce myśli mi się jak o archi­tek­tu­rze, to zna­czy, że oddzia­łu­je ona głę­bo­ko, kształ­tu­je, a nawet narzu­ca punk­ty widze­nia. Latem 2018 w lon­dyń­skim stu­diu Holdena, mistrza syn­te­za­to­rów, gościł na impro­wi­za­cje Zimpel, mistrz klar­ne­tu napę­dza­ny pasją do mini­ma­li­zmu i repe­ty­cji. Później w dwóch utwo­rach dograł gita­ry Jakub Ziołek. Złoto.

Lugozi „Slow” * (Strefa Szarej). Pisałem o nim w 2012, wydał teraz płyt­kę fran­ke­in­ste­inow­ską, pozle­pia­ną z róż­nych form pio­sen­ko­wych ze stu­dia i sce­ny. Uwielbiam takie gra­nie: syn­te­za­to­ry, bity, mgieł­ki i cza­sem roz­pacz­li­we, cza­sem intro­wer­tycz­ne woka­le. Lata 80., patos, zaan­ga­żo­wa­nie i odda­le­nie – tro­chę mi się koja­rzą te pio­sen­ko­we utwo­ry z Coals, nie mam racji? Podjarka i dowol­na cena do zapła­ty.

Matt Elliott „Farewell To All We Know” * (Ici D’ailleurs). Już kil­ka­na­ście lat spę­dzi­łem z Elliottem, Anglikiem osia­dłym we Francji, i nie mam dość. Jakieś osiem lat temu prze­sta­ły o nim pisać Pitchfork i Quietus, i nawet Screenagers. To muzy­ka cicha, dusz­na, jak z kryp­ty, pio­sen­ki dla umar­łych. Szepty i gita­ro­wy fin­ger­pic­king, i śmierć (i for­te­pian w tle), ale zro­bio­ne zupeł­nie ina­czej, niż robi Mark Kozelek, uważ­niej, w wyco­fa­niu, skrom­niej. » wideo

More Eaze & Claire Rousay „If I Don’t Let Myself Be Happy Now Then When” (Mondoj). Na tej ocze­ki­wa­nej kase­cie (duet z Austin) dzie­je się onie­śmie­la­ją­co dużo. Czytam o oso­bi­stym wymia­rze tych nagrań, o trans­sek­su­al­no­ści oboj­ga auto­rów, o muzy­ce, któ­ra jest „o trans­for­ma­cji, poczu­ciu wol­no­ści”. Słyszę mie­sza­nie, kola­żo­wa­nie, bar­wy i gło­sy, skle­ja mi się to, ale na razie prze­mia­ny nie dostą­pi­łem.

Nac-Hut Report „Transmisja z prze­si­le­nia” * (Crunchy Human Children). Duży krok naprzód, duet z Krakowa swo­je melo­dyj­ne pio­sen­ki z żeń­skim woka­lem obra­ca w wyją­ce, trud­ne do znie­sie­nia, ale jed­nak pio­sen­ki. Gitara, efek­ty, efek­ty, skrzyp­ce, efek­ty, wokal, efek­ty, efek­ty... Bardzo poetyc­kie. Daje mi to nie­sa­mo­wi­te wra­że­nia i pro­po­nu­ję poszu­kać wła­snej odpo­wie­dzi na Nac-Hut Report.

Nadia Reid „Out Of My Province” (Spacebomb). Nadia przy­po­mi­na mi tro­chę Waxahatchee, ale wszyst­ko robi wol­nie­eej, bar­dziej uro­czy­ście. Jak wcze­sne Low, tyl­ko pozba­wio­ne mro­ku. Albo ina­czej: wła­śnie z innym mro­kiem. Organy albo sek­cja dęta lek­ko go roz­pra­sza­ją, ale to wciąż ta sama chmur­na nowo­ze­landz­ka bal­la­dzist­ka. Z ele­men­ta­mi Sharon Van Etten. » wideo

Pantha du Prince „Conference of Trees” (Modern). Nie tyl­ko dzwon­ki i syn­te­za­to­ry, ale też instru­men­ty per­ku­syj­ne (po czę­ści domo­wej robo­ty), wio­lon­cze­la i ksy­lo­fon posłu­ży­ły Hendrikowi Weberowi do stwo­rze­nia 74,5‑minutowej pły­ty. Ważną rolę gra tu książ­ka „Sekretne życie drzew” i wątek pod­ziem­ne­go „kom­nu­ni­ko­wa­nia się” drzew korze­nia­mi. Artysta szu­ka tą pły­ta odpo­wie­dzi na pyta­nie: jak roz­ma­wia­ją drze­wa? Da się słu­chać bez czy­ta­nia.

Pro8l3m „Art Brut 2” (wyd. wła­sne). Kolejny powrót hipho­po­we­go duetu do pol­skiej muzy­ki roz­ryw­ko­wej cza­sów prze­ło­mu. Za pierw­szy mixta­pe „Art Brut” są uwiel­bia­ni, ale nie wcho­dzi się dwa razy do tej samej wody. Nawet nasze spoj­rze­nie na lata 80. z bie­giem cza­su się zmie­nia. Mam dwie obser­wa­cje: liry­ka Oskara zro­bi­ła się bar­dzo sche­ma­tycz­na, za to pro­duk­cje Steeza są feno­me­nal­ne. Mimo wszyst­ko uwa­żam, że na tej pły­cie się wybro­ni­li.

Rosalie „IDeal” (Def Jam Polska). Bardzo przy­zwo­ity album main­stre­amo­wej artyst­ki, któ­ra wie, cze­go chce, i umie ule­pić 33-minu­to­wy album z utwo­rów bar­dzo róż­nych pro­du­cen­tów. Polskie r’n’b w naj­lep­szym wyda­niu, cie­szę się, że w ogrom­nej więk­szo­ści z pol­ski­mi tek­sta­mi.

Skalpel „Highlight” (NoPaper). Już od ponad 20 lat gra Skalpel, a to dopie­ro czwar­ta pły­ta. Są jak zawsze sam­ple, ale jest też roz­wi­bro­wa­ny, mie­nią­cy się kolo­ra­mi, uspo­ka­ja­ją­cy mnie nastrój. Jak to opo­wie­dzieć? Bardzo dużo ryt­mu i elek­tro­aku­stycz­ny pej­zaż. Niby momen­ta­mi ner­wo­wa (te szarp­nię­cia strun kon­tra­ba­su), ale naj­spo­koj­niej­sza chy­ba pły­ta tego duetu.

Trupa Trupa „I’ll Find EP” (Glitterbeat i inne wytwór­nie). W czte­rech utwo­rach czwór­ka z Trójmiasta zwal­nia, gład­kie i uro­czy­ste woka­le łączy z twar­dym ziar­nem prze­ste­ru i gęsty­mi par­tia­mi basu Wojciecha Juchniewicza (paję­czy­ny i fun­da­ment). I z fle­tem („Invisible Door”)? Pogłosy odre­al­nia­ją, odda­la­ją te utwo­ry, wzmac­nia­ją sznyt psy­cho­de­lii.

U.S. Girls „Heavy Light” * (4AD). Meg Remy na kolej­nej pły­cie w 4AD jest spo­koj­na i zrów­no­wa­żo­na. Bierze się do pro­ble­mu pochrza­nio­ne­go dzie­ciń­stwa, wpły­wu rodzi­ców, śro­do­wi­ska, świa­ta po pro­stu na chłon­ne dzie­cię­ce umy­sły – i robi w spo­sób, by tak rzec, wie­lo­gło­so­wy. Tym razem arty­stycz­nej kon­cep­cji kro­ku dotrzy­mu­ją dobre, melo­dyj­ne pio­sen­ki. Rozdzierająca pły­ta. » wideo

Waxahatchee „Saint Cloud” * (Merge). Katie Crutchfield nie jest już tyl­ko gita­ro­wą pio­sen­kar­ką z Alabamy. Pomysłów wystar­cza jej na wię­cej niż parę akor­dów na krzyż. To pły­ta pięk­na, zwy­cię­ska, peł­na siły i opty­mi­stycz­na, a może to tyl­ko mi się wyda­je z powo­du tego wszyst­kie­go, co wisi nad świa­tem mniej wię­cej od począt­ku roku. Dużo dobra.

Yumi Zouma „Truth or Consequences” * (Polyvinyl). To są moi fawo­ry­ci peł­ną gębą. Łagodny pop z żeń­skim woka­lem, zro­bio­ny na mięk­ko i na cie­pło, bez ostrych kra­wę­dzi, blach, na słod­kich refre­nach i ście­lą­cych się wszę­dzie kla­wi­szach i basie – jak­by zabrać Chromatics gita­ry i efek­ty, i opa­tu­lić ich pian­ką. Płyta dla let­ni­ków, a ja chcę być w tym roku let­ni­kiem. Mam nadzie­ję, że nie prze­chwa­li­łem, ale tra­fi­li mnie. » wideo

Powiązane Wpisy

2 Komentarze

  1. Pingback:Ulubione płyty - kwiecień 2020. Dynasonic, Fiona Apple, Laura Marling i inni - Jacek Świąder | Ktoś Ruszał Moje Płyty

  2. Pingback:Najlepsze płyty - kwiecień 2020. Dynasonic, Fiona Apple, Laura Marling i inni - Jacek Świąder | Ktoś Ruszał Moje Płyty

Dodaj komentarz