Wbrew nazwie U.S. Girls nie są zespo­łem, lecz jed­no­oso­bo­wą dzia­łal­no­ścią Meg Remy, Amerykanki z Toronto. Po dwóch szorst­kich, eks­pe­ry­men­tal­nych pły­tach zaczę­ła ona nagry­wać pio­sen­ki, a debiut w słyn­nej wytwór­ni 4AD zali­cza z pły­tą ogó­łem pią­tą – naj­bar­dziej wygła­dzo­ną brzmie­nio­wo, przy­stęp­ną.

usgirls-cdTo ogól­ne hasło, bo gdy Remy, fan­ka Scotta Walkera, bie­rze tanecz­ny rytm, vintage’ową melo­dy­kę albo śpie­wa ład­nie, to w obraz­ku nie zga­dza się coś inne­go, np. brzmie­nie i/lub tekst. Dominuje nastrój zło­wróżb­ny.

Na „Half Free” Remy chcia­ła nagrać kobie­cy odpo­wied­nik pio­se­nek Bruce’a Springsteena o pra­cu­ją­cym ludu Ameryki. Odpowiednio bar­dziej mrocz­ny, bo głos mają kobie­ty – te praw­dzi­we, z cie­nia, a nie z popkul­tu­ry. Dlatego pły­tę U.S. Girls otwie­ra histo­ria kobie­ty mają­cej w per­spek­ty­wie ślub z face­tem, któ­ry wcze­śniej roman­so­wał z jej trze­ma sio­stra­mi. Dalej są: wdo­wa po zabi­tym w Afganistanie żoł­nie­rzu, dziew­czy­na przy­się­ga­ją­ca, że nie się­gnie po tele­fon po roz­sta­niu, w Winehouse’owym, naj­lep­szym „Window Shades”, i reflek­sja o nie­koń­czą­cej się „Woman’s Work” („There’s no rever­sal / you can’t stop aging”). Most mię­dzy tymi tema­ta­mi a śpie­wem a la Amy sta­no­wią dźwię­ko­we zawi­ro­wa­nia. To nie­wy­god­na pły­ta, buczą­ca, zanie­czysz­czo­na. Czasem moc­niej­sze Portishead, cza­sem Grace Jones na suro­wo. Elektronika femi­ni­stycz­na.

Tekst uka­zał się 16/10/15 w „Gazecie Wyborczej” - w por­ta­lu wię­cej recen­zji

Dodaj komentarz