Tryp — Kochanówka

Posted on 26/03/2011 by

0


Prominenci łódzkiego pod­zie­mia w nowej kon­fi­gu­ra­cji, z wybitną rolą Marcina Pryta, jak wska­zuje nazwa. Mocna, bucząca, szu­miąca muzyka. Przesterowana, męcząca, raczej tępa i ostra — zna­ko­mi­cie nadaje się do wywo­ły­wa­nia bólu głowy. Mając już ból głowy, należy zabrać się do tek­stów — i spró­bo­wać prze­bić się nimi przez rze­czy­wi­stość bez­duszną i mil­czącą, bez­sen­sowną i bezsenną.

Do Pryta mam sto­su­nek „kocham pana, panie Sułku”. Uważam, że to naj­bar­dziej uta­len­to­wany autor tek­stów w Polsce, jedna z naj­cen­niej­szych postaci pol­skiej kul­tury (popkul­tury, anty­kul­tury, krwa­wej walki o oca­le­nie odręb­no­ści...) w ogóle. Mnogość jego dzia­łań w ostat­nim cza­sie cie­szy, ale także budzi obawy o jakość. Jak długo, jak czę­sto można tak głę­boko grze­bać w oso­bo­wo­ści jed­nego faceta? Czy jego wnę­trze już teraz nie jest podobne kopal­niom ropo­no­śnego pia­sku w Albercie? Apokaliptyczne puste prze­strze­nie, w któ­rych ogromne, kil­ku­dzie­się­cio­me­trowe koparki ryją przez całą dobę. Śniony przez pisa­rzy, reży­se­rów, mala­rzy sen o samo­za­gła­dzie pla­nety, zme­cha­ni­zo­wa­nym, meto­dycz­nym, nie­ustan­nym obra­ca­niu noża w sercu ziemi.

Nazwa — nazwi­sko. Trup, try­per, trip. Tytuł — likwi­da­cja pacjen­tów łódzkiego szpi­tala psy­chia­trycz­nego przez Niemców w cza­sie II wojny, przez kil­ka­dzie­siąt lat zepchnięta w nie­pa­mięć. Oprócz lidera wystę­pują Tuta z Agressivy 69, Wandachowicz z Cool Kids Of Death (ale na syn­te­tycz­nych bęb­nach) oraz Paweł Cieślak, pro­du­cent zeszło­rocz­nej płyty 19 Wiosen „Pożegnanie ze świa­tem”, wchło­nięty już przez ten zespół. Brakuje tylko kogoś z Moskwy, ale na szczę­ście jest płyta Ruty „Gore”. Tryp to nie jest R.U.T.A., nie jest 19 Wiosen ani NOT.

Pryt pisze świet­nie jak daw­niej, jak zawsze. Poetycko: „Mój sta­tek ma w sobie takie pokłady gówna / że nie­długo zato­nie / chciał­bym zna­leźć taką siłę, by go dźwi­gnąć z fal / i prze­nieść na pusty­nię” („Nikogo”). Jeszcze bar­dziej poetycko: „Nikt nie ma takiej for­tuny / żeby zbu­do­wać drogę / która pro­wa­dzi doni­kąd / nikomu by się nie chciało / sypać gwoź­dzie pod koła / po to żeby doje­chać nigdzie” („Droga doni­kąd”). I strasz­nie, jak tylko on umie: „Czerwona ama­zonka pły­nie fugą w łazience / i przy drzwiach wpada do Martwego Morza” („Wyjście”).

Znów i znów wraca temat rela­cjo­no­wa­nia, opo­wia­da­nia („Uwaga! Człowiek”, „Frustrat”), odno­szący się — o ile rozu­miem — nie tylko do dzia­ła­nia mediów, ale też do komu­ni­ka­cji mię­dzy­ludz­kiej czy raczej jej nie­moż­no­ści. Nie ma słu­cha­cza dla wła­snej prawdy poje­dyn­czego czło­wieka, a gdy słu­chacz jest, czło­wiek nie ma wąt­pli­wo­ści, że nie może mówić, jeśli nie chce oszu­ki­wać. I tak nie da się powie­dzieć nic. Nawet nie o sobie, o świe­cie po pro­stu — a zatem także o oczach, któ­rymi na ten świat patrzymy. „Bardzo chcia­łem mu powie­dzieć jak naprawdę uwa­żam / że ten kie­ru­nek pro­wa­dzi tylko nad skraj prze­pa­ści / że to ślepa ulica z zaba­ry­ka­do­wa­nym objaz­dem / a każda idea to kata­log wycią­gnięty z pacz­ko­matu gdzie wraz z kosme­ty­kami jest wią­zana sprze­daż zesta­wów tor­tur, roz­strze­li­wań, eks­hu­ma­cji i kolej­nych gro­bów” („Uwaga! Człowiek!”).

Przy pisa­niu Pryt wcho­dzi w swoje obse­sje tak mocno, jak tylko można. Czterdziestoletni facet oca­lony kilka lat temu dla muzyki dzięki wyda­nej przez „Lampę” skła­dance sta­rych nagrań 19 Wiosen teraz regu­lar­nie wyci­ska z sie­bie nowe pro­duk­cje. Nikt nie mówi tak jak on i nikt nie mówi tego co on — ostat­nio w wywia­dzie dla popupmusic.pl. „Równoleżniki i połu­dniki na zardze­wia­łym glo­bu­sie to wie­dzą / Ludzie? Są nikim w gro­ma­dzie / a i sam na sam trudno spo­tkać świa­do­mość” („Uwaga! Człowiek!”). Wywiad zro­biło dwóch chłopców.

W pod­kła­dzie nie ma rewo­lu­cji. 19 Wiosen polega na twór­czym połą­cze­niu baro­ko­wych kla­wi­szy Fagota z rów­nież baro­ko­wymi tek­stami Marcina Pryta, wszystko w (coraz bar­dziej z każdą płytą) pun­ko­wym antu­rażu. Tamto jest nie­po­wta­rzalne. Nowy psycho-Pryt to tro­chę inne deko­ra­cje, inna roz­mowa, ale muzycz­nie nie dużo bar­dziej szo­ku­jąca. Estetycznie to wciąż buczący hałas, o wiele bar­dziej syn­te­tyczny, nawet bar­dziej despe­racki. Oczywiście Tryp to muzyka inten­sywna, bitowa, grzmiąca, groźna. Melodia też jed­nak się liczy, są świetne pio­sen­kowe momenty („Droga doni­kąd”, „VIP”), są twarde, nie­zno­śne walce („Czołg”, „Druga strona”), są wolne, pre­cy­zyjne rock­ste­ady („Nasturcja i gestapo”, „Wędrówka ludów”), rytm poda­wa­nia i wbi­ja­nia gwoź­dzi. I jest sym­fo­nia na koniec.

Fizyczny nośnik „Kochanówki” jest naj­więk­szym cudem, jaki udało mi się dorwać w tym roku. Piękne, ascen­tyczne, zimne, inten­sywne wyda­nie. Lakierowane tek­tu­rowe pudełko, gruba ksią­żeczka, solidny opis akcji w szpi­talu Kochanówka, wszystko „zro­bione” ze znaku ślepej ulicy. Ta płyta to przed­miot nie­zbędny współ­cze­snemu czło­wie­kowi do walki z mono­li­tem życia, do prze­dzie­ra­nia się przez nie — dzi­siej­szy odpo­wied­nik obola. Gdyby ktoś miał jesz­cze wąt­pli­wo­ści co do tego, czy potrze­buje takiego biletu, to całość płyty do spraw­dze­nia na myspace (link niżej).

myspace, kosmo­po­li­ta­nia, Pryt o każ­dej pio­sence, jesz­cze jeden bar­dzo dobry i obja­śnia­jący wywiad

Posted in: recenzje