Ste­phin Mer­ritt, wo­ka­li­sta ame­ry­kań­skie­go ze­spo­łu The Ma­gne­tic Fields, ma rzad­ko spo­ty­ka­ny w mu­zy­ce roz­ryw­ko­wej głę­bo­ki ba­so­wy głos, wiel­kie am­bi­cje i upodo­ba­nie do liczb.

Naj­bar­dziej zna­nym dzie­łem gru­py jest pły­ta o sa­mo­wy­ja­śnia­ją­cym się ty­tu­le „69 Lo­ve Songs” wy­da­na już po­nad 17 lat te­mu. Te­raz Mer­ritt z ko­le­ga­mi wy­dał już 11. pły­tę „50 Years Me­mo­ir”. Al­bum mie­ści po jed­nej pio­sen­ce na każ­dy rok je­go ży­cia od 1966 do 2015.

Na­gra­nie roz­ło­żo­nej na pięć kom­pak­tów idei mu­sia­ło po­trwać, a wo­ka­li­sta świę­to­wał w mię­dzy­cza­sie już 52. uro­dzi­ny. To nie jest dzie­ło do słu­cha­nia cią­giem przez dwie i pół go­dzi­ny. Dla­te­go oprócz peł­nej wer­sji moż­na ku­pić skró­co­ną, obej­mu­ją­cą mniej wię­cej jed­ną trze­cią ca­ło­ści, zło­żo­ną z 16 utwo­rów. Po­sta­no­wi­łem ob­co­wać z naj­dłuż­szą, wer­sją re­ży­ser­ską te­go al­bu­mu, ale nie­ko­niecz­nie za­wsze od A do Z.

Czy pio­sen­ki przy­pi­sa­ne do kon­kret­nych lat od­po­wia­da­ją obo­wią­zu­ją­cym w tam­tych cza­sach tren­dom? NA pew­no The Ma­gne­tic Fields pod­ję­li ta­kie sta­ra­nia. Czy sa­ma mu­zy­ka od­zwier­cie­dla to, w ja­ki spo­sób Mer­ritt się sta­rze­je? Wąt­pię. Po­wie­dział­bym ra­czej, że wciąż ma mnó­stwo po­my­słów, spo­ro od­wa­gi i kil­ka szczypt sza­leń­stwa - czy wcie­la się w na­sto­lat­ka, czy w star­sza­ka. Nie chciał­bym rów­nież oce­niać te­go, do ja­kie­go sty­lu mu­zycz­ne­go do­brze pa­su­je je­go głos. W wie­ku 50 lat na ogół się to już wie.

Jed­nak słu­cha­jąc „50 Songs Me­mo­ir”, orien­tu­ję się, że burz­li­we la­ta na­sto­lęc­twa Mer­rit­ta przy­pa­dły na cza­sy roz­bły­sku post­pun­ka. Pio­sen­ki ozna­czo­ne ty­tu­ła­mi obej­mu­ją­cy­mi prze­łom lat 70. i 80. XX wie­ku ka­żą wo­ka­li­ście śpie­wać do syn­te­tycz­nych pod­kła­dów - a to do­pra­wio­nych smycz­ka­mi i kla­wi­sza­mi („’82: Hap­py Ble­eping”), a to sen­ny, oni­rycz­ny na­strój spla­ta­ją­cych z tę­pym, pra­wie 8-bi­to­wym brzmie­niem („’81: How to Play a Syn­the­si­zer”). „My ro­ots are new ro­man­tic as so­me cri­tics ha­ve com­pla­ined”, śpie­wa Mer­ritt w „’80: Lon­don by Jet­pack”).

Na­wet głos Mer­rit­ta, za ni­ski naj­pierw na dziec­ko, a póź­niej na chło­pa­ka, wresz­cie jest na swo­im miej­scu w zim­nej elek­tro­ni­ce. Miej­sce na za­ma­sko­wa­ne emo­cje jest w te­atral­nej ma­nie­rze śpie­wa­nia i w tek­stach. W „Foxx and I”, opo­wia­da­ją­cym o Joh­nie Fok­sie, jed­nej z naj­wy­bit­niej­szych po­sta­ci te­go nur­tu mu­zycz­ne­go, pa­da­ją sło­wa: „Any­one can chan­ge in­to machine/ girl or whi­te, black or boy”. To mo­że być kon­cep­cja ca­łej pły­ty: prze­bie­rać się, ukry­wać, czer­pać ra­dość ze zmie­nia­nia ma­sek.

Po­mysł jest bły­sko­tli­wy, a wy­ko­na­nie bar­dziej od­je­cha­ne, niż moż­na by przy­pusz­czać. Z or­gii dźwię­ków - nie­mal za­baw­ko­wych brzmień aku­stycz­nych gi­tar, or­gan­ków, syn­te­za­to­rów - wy­ni­ka tyl­ko i aż to, że Mer­ritt jest bar­dzo do­brym pio­sen­ko­pi­sa­rzem. Ca­ły al­bum to gi­gant, ale tyl­ko jed­na pio­sen­ka trwa po­nad czte­ry mi­nu­ty. Tak­że dzię­ki te­mu, słu­cha­jąc „50 Years Me­mo­ir”, my­śla­łem mniej o - na­zy­wa­jąc to umow­nie - fa­bu­le, a wię­cej o pró­bie na­ru­sze­nia moc­no się trzy­ma­ją­cej al­bu­mo­wej for­my dys­try­bu­cji mu­zy­ki. Uda­ło się czy nie?

My­ślę, że to, czy ja­kaś pły­ta trwa 30 mi­nut, czy 150, nie ma dzi­siaj zna­cze­nia. Ogrom­na więk­szość słu­cha­czy prze­szła na stre­aming i słu­cha już na­wet nie wy­bra­nych pio­se­nek z ca­łej ma­sy do­stęp­nej w każ­dej chwi­li płyt, ale wręcz frag­men­tów tych pio­se­nek. Tro­chę jak w ra­dio­wych ba­da­niach spraw­dza­ją­cych, czy no­wy prze­bój spodo­ba się słu­cha­czom, czło­wiek z te­le­fo­nem i słu­chaw­ka­mi w uszach da­je ar­ty­ście osiem czy dzie­sięć se­kund na prze­ko­na­nie go, że war­to słu­chać da­lej. Nie każ­dy, ale wie­lu.

Wy­so­ka ja­kość utwo­rów Mer­rit­ta jest więc waż­niej­sza niż dłu­gość al­bu­mu czy umow­ne przy­pi­sa­nie brzmień do kon­kret­nych lat. Przy­kła­dów na nie­kon­se­kwen­cję w tym wy­mia­rze jest mnó­stwo, ale naj­bar­dziej prze­ma­wia do mnie ostat­ni utwór, dziw­ny „’15: Somebody’s Fe­tish”. Or­gan­ki, kli­ka­dła, uro­czy­sty i le­ciut­ki za­ra­zem na­strój ja­kie­goś sta­ro­mod­ne­go tań­ca... Pio­sen­kę moż­na by rów­nie do­brze przy­pi­sać do ro­ku 1998 al­bo 2009, a na­wet nie ba­cząc na in­stru­men­ta­rium, ze­pchnąć w la­ta 60. Mer­ritt mo­że śpie­wem wy­wo­ły­wać na­zwi­sko Ala­na Ve­gi, jak ten wy­wo­ły­wał Elvi­sa. Kul­tu­ra nie­ustan­nie sa­ma się kon­su­mu­je i od­na­wia. Wie­dzie­li­śmy to już wcze­śniej, ale „50 Years Me­mo­ir” jest bar­dzo OK.

Tekst uka­zał się 21/3/17 w Wyborcza.pl/kultura - tam­że wię­cej re­cen­zji

Dodaj komentarz