The Fireman — Electric Arguments

Posted on 27/01/2009 by

0


Talent do pio­se­nek Sir Paula jest znany, moż­li­wo­ści jego głosu, nawet jeśli ostat­nio nie w pełni wyko­rzy­sta­wane — są wiel­kie, ale nie musi już nic udo­wad­niać. Tym więk­sza radość, że jesz­cze raz spró­bo­wał szczę­ścia z Youthem i że pierw­szy raz dał głos na wspól­nym nagraniu.

fireman-electricTrzecia odsłona pro­jektu Paula McCartneya (wia­domo) i Youtha (Killing Joke, The Orb, pro­du­cent nie tylko dubowy), po dzie­się­ciu latach prze­rwy. Poprzednie są zapo­mniane, sam wcze­śniej o nich nie sły­sza­łem, ale co do „Electric Arguments” nie ma wąt­pli­wo­ści — tu dzieje się coś dobrego i wyróż­nia­ją­cego się na tle muzyki AD 2008. Ta płyta nie­prędko się zesta­rzeje, bo nawet w obszer­nej twór­czo­ści McCartneya jest to perełka. Może i przez czter­dzie­ści lat pra­co­wał w cie­niu tego, co wcze­śniej zro­bił z The Beatles, może szło mu cza­sem śred­nio, a cza­sem wcale, ale naprawdę — para­fra­zu­jąc poetę — takiej płyty jak naj­now­szy The Fireman nie spo­dzie­wała się nawet hisz­pań­ska inkwizycja.

Bitels ma już 66 lat, a od pierw­szego kawałka drze gębę nie gorzej niż na podwój­nym bia­łym albu­mie. Dalej jest już spo­koj­niej­szy w wyra­zie, ale brzmi jak góra trzy­dzie­sto­la­tek. Śpiewa bal­lady, świetne numery, które trzeba bez­rad­nie nazwać roc­ko­wymi („Highway”), utwory koja­rzące się z ame­ry­kań­skim cia­snym barem na Dzikim Zachodzie, nad któ­rym roz­ciąga się ame­ry­kań­ska nie­skoń­czona prze­strzeń. Jest ostan­ta­cyj­nie bry­tyj­ski („Light From Your Lighthouse”). Dobrze czuje się też w czymś, co nawią­zuje do „indyj­skich” frag­men­tów twór­czo­ści Fab Four („Lifelong Passion”), ale jest zagrane zupeł­nie ina­czej niż tamte rze­czy z Lennonem i Harrisonem. Macca prze­drzeź­nia nawet Nicka Cave’a, nawią­zu­jąc do jego rze­czy nie tylko gło­sem i nastro­jem cało­ści, ale też poczu­ciem humoru („Travelling Light”).

Skojarzenie z albu­mem bez tytułu The Beatles jest dopusz­czalne nie tylko ze względu na roz­ma­itość sty­lów, jakich używa The Fireman na swo­jej pły­cie. Przede wszyst­kim ten album star­szych w końcu panów zaska­kuje żywio­ło­wo­ścią. Nie brak w tych pio­sen­kach prze­strzeni, ruchu, kolo­rów, świa­tła, słońca (nawet w tek­stach i na okładce). Talent do pio­se­nek Sir Paula jest znany, moż­li­wo­ści jego głosu, nawet jeśli ostat­nio nie w pełni wyko­rzy­sta­wane — są wiel­kie, ale nie musi już nic udo­wad­niać. Tym więk­sza radość, że jesz­cze raz spró­bo­wał szczę­ścia z Youthem i że pierw­szy raz dał głos na wspól­nym nagra­niu, bo wcze­śniej­sze ich płyty były instru­men­talne. Producent poro­bił z gło­sem Sir Paula rze­czy wręcz nie­przy­stojne, pięk­nie zaska­ku­jące („Lovers In A Dream” i w ogóle koń­cowe kawałki). I takie... lek­kie. Ta płyta naprawdę gra.

Płyta, która spra­wia, że chcia­łoby się usły­szeć w 2009 głos i nowe pio­senki Krzysztofa Klenczona, rówie­śnika McCartneya zmar­łego w 1981.

strona zespołu, myspace

ocena: 8/10, jest czego posłuchać

Tagged: , ,
Posted in: recenzje