The Car Is On Fire — Ombarrops!

Posted on 10/12/2009 by

2


Nie mogę o tej pły­cie napi­sać za wiele, jest już stara i dość rze­tel­nie omó­wiona. Przez Falla na Onecie w tro­chę za wiel­kich sło­wach, przy­da­ją­cych olbrzy­mią wagę zja­wi­sku The Car Is On Fire, ale sze­roko. Przez Lisieckiego na Screenagers dość oględ­nie i dla mnie nie­zro­zu­miale. Przez Kuśmierza na Radiu naj­bar­dziej com­pre­hen­sive i spokojnie.

thecarisonfire-ombarropsŻeby zro­bić sobie jesz­cze tro­chę tła, można zer­k­nąć na roz­mowy z muzy­kami — cie­kawą z Szabrańskim na Uwolnij Muzykę i pobieżną pozo­sta­łymi w Studenckiej. Trochę za krótką z tym pierw­szym na Onecie i w porządku z Haliczem i Czubakiem w „Dzienniku”. Śmieszne, że to muzycy muszą powstrzy­my­wać dzien­ni­ka­rzy przed przy­pi­sy­wa­niem im świa­to­wego poziomu, nagry­wa­nia albu­mów, które zmie­nią świat, nakar­mią dzieci w Etiopii i zakoń­czą kon­flikt bliskowschodni.

Trzecia płyta TCIOF została nagrana bez bry­lu­ją­cego (na plus czy minus) na dwóch poprzed­nich Borysa Dejnarowicza, kie­row­nika tren­de­se­ter­skiego por­talu dla zagu­bio­nych w muzyce i nie tylko porcys.com. Wokół poprzed­niej — „Lake & Flames” było sporo szumu. Dla mnie to kotło­wa­nina pomy­słów, czę­sto po pro­stu sła­bych. Charakterystyczne były wokale tak straszne, że aż śmieszne, oraz ambi­cje (jeśli można to tak nazwać) robie­nia pio­se­nek, prze­waż­nie koń­czące się na doda­wa­niu jakichś kosz­mar­nych kom­pu­te­ro­wych bitów. Duża chmura, mały deszcz, choć gra­nie jak na Polskę nie­spo­ty­kane. Coś z tym trzeba było zro­bić i coś zostało zrobione.

Ombarrops!” bije poprzed­nie dzieło tzw. Karisonów na głowę. Muzycy wymie­nili Dejnarowicza na Michała Pruszkowskiego, a następ­nie Pruszkowskiego na nikogo i we trójkę nagrali coś, co wresz­cie trzyma się kupy. O ile dobrze zro­zu­mia­łem, to miała być całość jako album, w kon­tra­ście do poprzed­niej płyty. I jest. Pominę już baja­nia o tym, jak to wszy­scy trzej kochają Bitelsów. Chłopcy pró­bują grać tak jak pano­wie z Liverpoolu te czter­dzie­ści lat temu — i nie wycho­dzi im, dra­stycz­nie nie wycho­dzi. Słychać, co biorą na warsz­tat, tylko to jest gor­sze. To było jed­nak do prze­wi­dze­nia. W miarę spraw­nie wycho­dzą nie­ty­powe połą­cze­nia odnie­sień — jak Chemical Brothers (kla­wi­sze), Beatles „Taxman”/The Jam „Start!” wła­śnie (bas) i Stereolab (kli­mat) w utwo­rze tytu­ło­wym. Trzeba zazna­czyć, że jest to pio­senka, w któ­rej udało się w dużym stop­niu unik­nąć legen­dar­nych chło­pacz­ko­wa­tych gło­si­ków, z któ­rych sły­nie The Car Is On Fire. Właśnie, pio­senki. Tutaj wresz­cie te pio­senki, nie­kiedy, żrą. Zwróciłem uwagę, że czę­ści publicz­no­ści zde­cy­do­wa­nie podo­bają się utwory o zmniej­szo­nej zawar­to­ści wspo­mnia­nych „gło­si­ków” (wię­cej krzy­cza­nych chór­ków, też nie­zbyt prze­ko­nu­ją­cych), innym z kolei bar­dziej melo­dyjne, deli­katne kawałki. Do tych pierw­szych można zali­czyć bra­wu­rowe „Cherry Cordial” i „Manuel”, do dru­gich „Usignoli Celesti” czy „Let’s Be Friends”. Pomiędzy jest „Strawberries” roz­wi­ja­jące się w post­pun­ko­wym stylu Kristen gra­ją­cego w post­pun­ko­wym ame­ry­kań­skim stylu. Do tego cięte jak „Yellow Submarine” Bitelsów „Evacuation” i eks­pe­ry­menty (udane!) z brzmie­niem, kon­struk­cją w rodzaju „Baby Baby”. Wszystko zresztą eks­pe­ry­menty. Wszystko chuj, jak śpie­wał Kuba Sienkiewicz, bo dzieje się dużo. Last but not least — na „Ombarrops!” The Car Is On Fire zre­zy­gno­wali z gra­nia na kom­pu­te­rze. Słusznie. Jak kom­pu­ter, to tylko „Lego Star Wars”. Grają ana­lo­gowo, sztucz­nych bitów nie ma, Halicz jest w te klocki dużo lep­szy od każ­dego pro­gramu, a kla­wi­sze tknięte ludzką ręką brzmią rasowo. Po pro­stu. A nagrał to wszystko taki koleś ze Stanów, grał w Sea And Cake, jeśli to cokol­wiek wnosi do sprawy.

Mi się ta płyta bar­dzo podoba. W Polsce mało kto tak gra i — co waż­niej­sze — za gra­nicą rów­nież. Szkoda, że tek­sty śred­nie, a wokale nędzne — jest tu miej­sce na pro­gres. Wszyscy chwalą, jaki to basi­sta TCIOF jest zaje­bi­sty i w ogóle sztuczki zna, i naj­lep­szy w Polandzie. Otóż bęb­niarz robi na mnie ogromne, więk­sze raczej wra­że­nie, a ele­ment zamy­ka­jący (i otwie­ra­jący) trio — Szabrański na gita­rze — to klasa sama w sobie. Powstaje coraz bar­dziej świa­domy swo­ich atu­tów i misji zespół. Czy świa­dom sła­bo­ści i zdolny nauczyć się śpie­wać? Czekam, co będzie dalej, a na razie w noc­nych auto­bu­sach nasta­wiam sobie „Ombarrops!”. Dzieje się na tej pły­cie. Nie można zasnąć.

strona zespołu, myspace, blog, youtube, twit­ter

Posted in: recenzje