Spięty — Antyszanty

Posted on 01/03/2010 by

0


W Warszawie mignęła w stycz­niu dość kul­towa impreza — Wieczór Twórczości Żenu­ją­cej „Zacieralia”. Co roku gar­nek na gło­wie upraw­nia do tań­szego wstępu. Jednak Spięty nawet z dursz­la­kiem na cze­re­pie na taryfę ulgową raczej nie może liczyć, bo sprawa jest poważna. W Polsce solowe debiuty gwiazd — Kazik, Nosowska — powo­dują trzę­sie­nia ziemi i rów­nież po „chłopcu od powsta­nia” spo­dzie­wano się wiele.

Spięty po pio­sen­kach pogań­skich, powstań­czych i boskich zanosi teraz mor­skie. W porów­na­niu z ostat­nim nagra­niem Lao Che Antyszanty” są mini­ma­li­styczne. Gra mało instru­men­tów — nie­któ­rym utwo­rom poza gło­sem męskim wystar­cza gitara/banjo i cokol­wiek do poda­wa­nia rytmu („Kalikimaka”). Na ” Gospel” spon­ta­nicz­ność i radość gra­nia została uto­piona w bizan­tyj­skich aran­ża­cjach, muzycy chyba popra­wiali nagra­nie, dokła­dali ścieżki do upa­dłego. „Antyszanty” nie dostały szansy, żeby w ten spo­sób upaść.

Na solo­wym debiu­cie Spiętego skromne, aku­styczne pio­senki dzielą się miej­scem z rów­nież nie­skom­pli­ko­wa­nymi, elek­tro­nicz­nymi, hała­śli­wymi pod­kła­dami. To dzieli się na coś w rodzaju jasnych, leni­wych, aku­stycz­nych melo­dii mórz połu­dnio­wych („Opuszczone porty”, „Bajka o śmierci”, „Szkoda”) i ciem­nych, inten­syw­nych, dud­nią­cych elek­tro­niką pie­śni zim­nych głę­bin pół­nocy („Ma czar karma”, „Trafiony-zatopiony”, „Dworujże”), a im dalej, tym poważ­niej. Kolor cie­pły, kolor zimny. W obu opcjach war­stwa muzyczna nie­wiele ma wspól­nego z szan­tami (i całe szczę­ście), ale też nie odwo­łuje się do „Gospel”. Nie wszystko jest dobre, zda­rzają się pio­senki nija­kie, ale ogó­łem zasko­cze­nie in plus. Jeszcze lep­sze wra­że­nie robią tek­sty, głów­nie te nawią­zu­jące do szant. Poza takimi jest jesz­cze „Nie wszystko zostało napi­sane”, które ucieka temu podzia­łowi muzycz­nemu i też tek­stowo nie gra w mary­na­rza. Niepokojąca koły­sanka o pisa­niu — w pierw­szej oso­bie i cza­sie przy­szłym. Jak pierw­szy kawa­łek pierw­szego hipho­po­wego składu na osie­dlu. Urocze.

No ale do sedna. Język ludzi morza jest w uję­ciu Spiętego domem zdrob­nień, spro­śno­ści i zapo­mnia­nych słów typu: tara­ba­nić się, klawy, poło­wica, kulas, pyr­gnąć, kole­bać, smyk. Zabawa w fajne słowa to nic nowego, ale sza­cu­nek budzi wdzięk i bra­wura, z jaką Spięty szer­muje kawał­kami w rodzaju: „zmierz świat tedy wzwód i wszerz” albo: „odpły­wamy, czę­sto się odu­rzamy / wyziewy ze słoja po paro­wach żachamy”. A nawet: „a był raz kapi­tan, się silił na dydak­tykę / jak pizd­nął w molo, nabrał wody i spa­lił elek­trykę”. W buzi pana z dursz­la­kiem na gło­wie nowego (sta­rego?), pięk­nego i czu­łego sensu nabie­rają takie słowa jak: pizda, cipka, dziwka, cycuszki, kupa, fiut, chu­jowy, sikać, szczać, ciup­ciać, napier­da­lać, ciota. A na wierz­chu i tak Bozia! Dla mnie „Antyszanty” to tek­stowo coś na kształt pomnika dla wieku szcze­nię­cego — gdy naj­waż­niej­sze w for­ma­cji przy­szłego życio­wego żegla­rza jest pod­glą­da­nie dużej blon­dyny, pozna­wa­nie nowych prze­kleństw i chło­pac­kie prze­chwałki. To się na tej pły­cie naj­le­piej spraw­dza i przede wszyst­kim ten aspekt „Antyszant” warto zgłę­bić jako świeży i wiarygodny.

Napisawszy to wszystko... Parafrazując jed­nego egzal­to­wa­nego recen­zenta: na któ­rym­kol­wiek pozio­mie byście to inter­pre­to­wali, o tej pły­cie naj­wię­cej mówi frag­ment: „nie ma to jak gorąca cipka i jeden głęb­szy” oraz nie­unik­niony rym: majtki — majtki. Gościu dał radę spu­ścić z bosko-narodowego dia­pa­zonu, brawka, i mimo że wciąż uwiel­bia mora­li­zo­wać, to stać go też na iro­nię. Jak na kogoś, kto rok wcze­śniej chwa­lił się nudziar­stwami typu „Zbawiciel Diesel” („motor zapu­ści / migacz wypu­ści / a juści” itd.), jest postęp.

Tekst pocho­dzi z mie­sięcz­nika „Lampa”, nr 1–2/2010

myspace

Tagged: , ,
Posted in: recenzje