W 2001 roku gru­pa Happy Pills lecia­ła na pod­bój USA aku­rat tego dnia, któ­re­go samo­lo­ty ude­rza­ły w wie­żow­ce w Nowym Jorku i Pentagon w Waszyngtonie. Zespół został zawró­co­ny na Stary Kontynent, do pod­bo­ju nie doszło. Wkrótce Happy Pills się roz­pa­dli, a Mariusz Szypura skon­cen­tro­wał się na gra­niu z Silver Rocket, z któ­rym we wrze­śniu wydał trze­ci już album. „Tesla” jest hoł­dem dla genial­ne­go wyna­laz­cy z prze­ło­mu wie­ków, któ­ry w odróż­nie­niu od gru­py Happy Pills (wpraw­dzie ponad sto lat wcze­śniej) dotarł do Ameryki, lecz choć doko­na­nia miał wiel­kie, umarł w samot­no­ści i zapo­mnie­niu.

Tak jak poprzed­nia pły­ta „Tesla” bar­dzo dobrze brzmi, pro­duk­cja jest wręcz pedan­tycz­na. Tak jak na „Unhappy Songs” jest tu mnó­stwo prze­ni­ka­ją­cych się melo­dii i ład­ne­go śpie­wa­nia (w tym gościn­nie Moniki Brodki). W Polsce nie­wie­le się sły­szy takiej muzy­ki, ona jest nie­ty­po­wa, w pozy­tyw­nym zna­cze­niu tego sło­wa nie­za­leż­na, a jed­no­cze­śnie po pro­stu radio­wa jak ta lala. Nie mam na myśli pol­skie­go radia, u nas poję­cie prze­bo­jo­wo­ści, radio­wo­ści nie ma już żad­ne­go związ­ku z rze­czy­wi­sto­ścią. Chodzi raczej o coś bliż­sze­go ide­ału ame­ry­kań­skie­go radia uni­wer­sy­tec­kie­go. Zresztą to wła­śnie Tesla (któ­re­go z paten­tem wyprze­dził Marconi) wła­śnie w Stanach wyna­lazł radio. I jakoś do tam­tej stro­ny oce­anu twór­czość Szypury i spół­ki ide­al­nie pasu­je. Gdyby dać im szan­sę na play­li­stach radio­sta­cji w kra­ju, pew­nie też pora­dzi­li­by sobie świet­nie. To nie obe­lga. Weźmy kawa­łek pro­mo­wa­ny tele­dy­skiem, opty­mi­stycz­ny, ener­gicz­ny „Niagara Falls” z udzia­łem wspo­mnia­nej Brodki. Zaczyna się jak para­fra­za „Today” Smashing Pumpkins, chy­ba naj­bar­dziej ame­ry­kań­skiej pio­sen­ki poprzed­niej deka­dy. Jest tak samo pięk­nie i bez­chmur­nie, tyl­ko że nigdy nie nad­cho­dzi ten ostry, kon­tra­stu­ją­cy ze zwrot­ką refren. Ostrzeżenie. Później zamiast solów­ki gita­ry jest budzą­ca sko­ja­rze­nie z „Warszawą” T.Love trąb­ka Tomasza Ziętka, prze­cież jazz­ma­na peł­ną gębą (Pink Freud, „Sercet Sister” Ścianki). W instru­men­tal­nym „Aflame” sły­chać the­re­min, „instru­ment, na któ­rym umiał­by grać każ­dy”.

Momentami, dłu­gi­mi momen­ta­mi jest aż za ład­nie, za dobrze, za pre­cy­zyj­nie i za gład­ko. Brak kon­tra­stu. Happy Pills, koja­rze­ni z Sonic Youth, byli melo­dyj­ni i brud­ni, wzo­rem SY gra­li na opo­zy­cji ostrość/gładkość. Silver Rocket z nowo­jor­czy­ka­mi łączy owszem nazwa, melo­die, ale z bru­du nie został naj­mniej­szy far­fo­cel. Trochę szko­da, choć w sto­sun­ku do poprzed­niej pły­ty kro­kiem w nowe rejo­ny jest ogra­ni­cze­nie cie­płej, za cie­płej elek­tro­ni­ki na rzecz żywych instru­men­tów. Zamykający album kower „Space Oddity” Bowiego, słusz­nie zro­bio­ny z duetem woka­li­stów, wyda­wał się natu­ral­nym polem do przy­bru­dze­nia i prze­su­nię­cia akcen­tów w ciem­niej­szą stro­nę. Przecież w tej Ameryce nie zawsze jest tak eks­tra, cze­go dowo­dem los Nikoli Tesli. Niestety. „Tesla” Silver Rocket zaczął się jasno, trwał, buj­nął na moment w psy­cho­de­licz­ne rejo­ny, wró­cił i skoń­czył się też cie­pło. Piękne melo­die, gład­kie aran­ża­cje, czy­ste brzmie­nia. Chociaż w sumie ten album to i tak o wie­le cie­kaw­sza roz­mo­wa o Tesli niż ta Jacka i Meg White z The White Stripes, któ­rą moż­na zoba­czyć w fil­mie Jarmuscha „Kawa i papie­ro­sy” z 2003 roku:

Na stro­nie MySpace zespo­łu zain­te­re­so­wa­ni mogą zna­leźć szcze­gó­ło­wy życio­rys Nikoli Tesli (łącz­nie z jadło­spi­sem) roz­bi­ty na dzie­więć czę­ści odpo­wia­da­ją­cych utwo­rom z pły­ty. Ciekawe, że wpi­sy zosta­ły umiesz­czo­ne na stro­nie 11 wrze­śnia, dokład­nie w siód­mą rocz­ni­cę nie­uda­nej wypra­wy gru­py Happy Pills do Stanów Zjednoczonych.

Recenzja uka­za­ła się w mie­sięcz­ni­ku „Lampa” nr 10/2008 i był to pierw­szy mój tekst o pły­tach. Inne rze­czy z tam­te­go nume­ru - jesz­cze cie­kaw­sze.

Dodaj komentarz