Silver Rocket — Tesla

Posted on 01/11/2008 by

0


W 2001 roku grupa Happy Pills leciała na pod­bój USA aku­rat tego dnia, któ­rego samo­loty ude­rzały w wie­żowce w Nowym Jorku i Pentagon w Waszyngtonie. Zespół został zawró­cony na Stary Kontynent, do pod­boju nie doszło. Wkrótce Happy Pills się roz­pa­dli, a Mariusz Szypura skon­cen­tro­wał się na gra­niu z Silver Rocket, z któ­rym we wrze­śniu wydał trzeci już album. „Tesla” jest hoł­dem dla genial­nego wyna­lazcy z prze­łomu wie­ków, który w odróż­nie­niu od grupy Happy Pills (wpraw­dzie ponad sto lat wcze­śniej) dotarł do Ameryki, lecz choć doko­na­nia miał wiel­kie, umarł w samot­no­ści i zapomnieniu.

Tak jak poprzed­nia płyta „Tesla” bar­dzo dobrze brzmi, pro­duk­cja jest wręcz pedan­tyczna. Tak jak na „Unhappy Songs” jest tu mnó­stwo prze­ni­ka­ją­cych się melo­dii i ładnego śpie­wa­nia (w tym gościn­nie Moniki Brodki). W Polsce nie­wiele się sły­szy takiej muzyki, ona jest nie­ty­powa, w pozy­tyw­nym zna­cze­niu tego słowa nie­za­leżna, a jed­no­cze­śnie po pro­stu radiowa jak ta lala. Nie mam na myśli pol­skiego radia, u nas poję­cie prze­bo­jo­wo­ści, radio­wo­ści nie ma już żadnego związku z rze­czy­wi­sto­ścią. Chodzi raczej o coś bliż­szego ide­ału ame­ry­kań­skiego radia uni­wer­sy­tec­kiego. Zresztą to wła­śnie Tesla (któ­rego z paten­tem wyprze­dził Marconi) wła­śnie w Stanach wyna­lazł radio. I jakoś do tam­tej strony oce­anu twór­czość Szypury i spółki ide­al­nie pasuje. Gdyby dać im szansę na play­li­stach radio­sta­cji w kraju, pew­nie też pora­dzi­liby sobie świet­nie. To nie obe­lga. Weźmy kawa­łek pro­mo­wany tele­dy­skiem, opty­mi­styczny, ener­giczny „Niagara Falls” z udzia­łem wspo­mnia­nej Brodki. Zaczyna się jak para­fraza „Today” Smashing Pumpkins, chyba naj­bar­dziej ame­ry­kań­skiej pio­senki poprzed­niej dekady. Jest tak samo pięk­nie i bez­chmur­nie, tylko że nigdy nie nad­cho­dzi ten ostry, kon­tra­stu­jący ze zwrotką refren. Ostrzeżenie. Później zamiast solówki gitary jest budząca sko­ja­rze­nie z „Warszawą” T.Love trąbka Tomasza Ziętka, prze­cież jazz­mana pełną gębą (Pink Freud, „Sercet Sister” Ścianki). W instru­men­tal­nym „Aflame” sły­chać the­re­min, „instru­ment, na któ­rym umiałby grać każdy”.

Momentami, dłu­gimi momen­tami jest aż za ładnie, za dobrze, za pre­cy­zyj­nie i za gładko. Brak kon­tra­stu. Happy Pills, koja­rzeni z Sonic Youth, byli melo­dyjni i brudni, wzo­rem SY grali na opo­zy­cji ostrość/gładkość. Silver Rocket z nowo­jor­czy­kami łączy owszem nazwa, melo­die, ale z brudu nie został naj­mniej­szy far­fo­cel. Trochę szkoda, choć w sto­sunku do poprzed­niej płyty kro­kiem w nowe rejony jest ogra­ni­cze­nie cie­płej, za cie­płej elek­tro­niki na rzecz żywych instru­men­tów. Zamykający album kower „Space Oddity” Bowiego, słusz­nie zro­biony z duetem woka­li­stów, wyda­wał się natu­ral­nym polem do przy­bru­dze­nia i prze­su­nię­cia akcen­tów w ciem­niej­szą stronę. Przecież w tej Ameryce nie zawsze jest tak eks­tra, czego dowo­dem los Nikoli Tesli. Niestety. „Tesla” Silver Rocket zaczął się jasno, trwał, buj­nął na moment w psy­cho­de­liczne rejony, wró­cił i skoń­czył się też cie­pło. Piękne melo­die, gład­kie aran­ża­cje, czy­ste brzmie­nia. Chociaż w sumie ten album to i tak o wiele cie­kaw­sza roz­mowa o Tesli niż ta Jacka i Meg White z The White Stripes, którą można zoba­czyć w fil­mie Jarmuscha „Kawa i papie­rosy” z 2003 roku:

Na stro­nie MySpace zespołu zain­te­re­so­wani mogą zna­leźć szcze­gó­łowy życio­rys Nikoli Tesli (łącznie z jadło­spi­sem) roz­bity na dzie­więć czę­ści odpo­wia­da­ją­cych utwo­rom z płyty. Ciekawe, że wpisy zostały umiesz­czone na stro­nie 11 wrze­śnia, dokład­nie w siódmą rocz­nicę nie­uda­nej wyprawy grupy Happy Pills do Stanów Zjednoczonych.

Recenzja uka­zała się w mie­sięcz­niku „Lampa” nr 10/2008 i był to pierw­szy mój tekst o pły­tach. Inne rze­czy z tam­tego numeru — jesz­cze ciekawsze.

Posted in: recenzje