Sade — Soldier Of Love

Posted on 26/03/2010 by

0


Ach, te czar­no­skóre woka­listki o aksa­mit­nych gło­sach — są ich dzie­siątki tysięcy, do tego jesz­cze sporo zdol­nych naśla­dow­czyń. Sade to kla­syk nad kla­syki, pięć dych już skoń­czone... A tu pro­szę — ocza­ro­wa­nie. Love w tytule już trzeci raz z rzędu — i wresz­cie rzecz cudow­nie pewna, mocna i natu­ralna. Nie na skalę Sade, lecz na skalę światową.

Sade Adu, Brytyjko-Nigeryjka, na „Soldier Of Love” zmie­ściła wię­cej dobrych nume­rów, niż Madonna była w sta­nie nagrać w ciągu całej kariery. Dziesięć lat prze­rwy od poprzed­niej płyty „Lovers Rock” to w muzyce popu­lar­nej epoka, osiem­na­ście od przed­ostat­niej „Love Deluxe” to nowe poko­le­nie (jedno?) słu­cha­czy i muzy­ków. „Soldier Of Love” można porów­nać z opi­sy­wa­nym tu powro­tem Portishead sprzed dwóch lat. Podobna bomba. Przyjechali kow­boje i zabrali, co swoje, a ja — sko­ło­wany, bo to zupeł­nie nie mój gust — mylę sztuczną szczękę z oku­la­rami marki minus 16 diop­trii... „Soldier” to deli­katna, soulowo-akustyczna sub­stan­cja do goje­nia ran, zaklę­cie rzu­cone na uszy nie­win­nych. Weź i prze­słu­chaj pil­nie, z kimś waż­nym, bo to mogą być naj­lep­sze 42 minuty w tym roku.

Tutaj wygląda i brzmi jak młoda Bjork z ludzką twa­rzą. Płyta jako całość jest lep­sza od tego numeru — piękne, nastro­jowe i nie­ściem­nione śpie­wa­nie. Muzyka zawo­dowa, dys­kretna, czę­sto bal­la­dowa. Jest w tym taki puls i nerw, jaki w ostat­nich latach się wła­ści­wie nie zda­rza. Gratulacje!

myspace,  strona, face­book

Tagged: , ,
Posted in: krótko, recenzje