Pustki — Koniec kryzysu

Posted on 07/01/2009 by

0


Pustki zostały okieł­znane i wydaje się, że nie ma powrotu do nie­dba­łego, gara­żo­wego, spra­wia­ją­cego wra­że­nie cha­osu brzmie­nia z pierw­szych płyt. Szkoda, że pio­sen­kowy okres zapro­wa­dził zespół do „Końca kry­zysu”, a nie w jakąś cie­kaw­szą stronę.

pustki-koniecPustki po poprzed­niej pły­cie „Do mi no” żarto­wały, że tym razem wresz­cie umieją grać refreny, więc następna płyta to będą same refreny. Otóż nie jest. Jeśli cho­dzi o skalę piosenka-niepiosenka, „Koniec kry­zysu” jest kro­kiem (tylko na tej skali!) z powro­tem w stronę dru­giej płyty. Od czasu tam­tych dekla­ra­cji były zawi­ro­wa­nia w skła­dzie, co polega na tym, że teraz nie do pozna­nia jest wokal oraz bas, ale z miej­sca roz­po­zna­walny jest zespół, jego brzmie­nie i coś, co u czło­wieka nazwał­bym poczu­ciem humoru. Czwarta płyta to już grubo jak na zespół z kate­go­rii „nie­za­leżne”, więc ta roz­po­zna­wal­ność nie rzuca na kolana, są jed­nak nowości.

Jest ner­wo­wość, która prze­nio­sła się z tek­stów rów­nież do muzyki. Gitara szar­pie, kla­wisz drży, bębny są roz­cheł­stane i roz­trzę­sione (jeśli w ogóle są, bo bywa i auto­mat), bas jest moto­ryczny i na mój gust zbyt gęsty. Ten opis brzmi, jakby Pustkom wyszła jakaś wybit­nie gara­żowa płyta. Otóż tak nie jest, po wtóre. Obok kawał­ków nerwowo-ostrych jest sporo nerwowo-napiętych. Trans zgrzy­tliwy („Pomyłka”, „Zawracanie głowy”) jest w mniej­szo­ści, moc­niej wcho­dzi w głowę i lepiej wycho­dzi Pustkom trans cichutki, cze­ka­jący na roz­wią­za­nie („Nuda”). Na tle żywszych utwo­rów, któ­rym moim zda­niem bra­kuje tej ener­gii, bez­pre­ten­sjo­nal­nego ducha nawet z poprzed­niej płyty, wyróż­niają się wła­śnie bar­dziej sto­no­wane, wychu­chane kawałki typu „Jesień”, „Czerwona fala”, „Nie zgu­bię się w tłu­mie”. A naj­ład­niej, niczym w cza­sach Pixies, gra kon­trast cicho-głośno, jak w „Niezdrowym roz­sądku”, w któ­rym gra rów­nież tekst, co nie jest regułą na tej płycie.

W Polsce mało kto wie, jak pisać pio­senki — oni wie­dzą, ale nie bar­dzo już chcą. Na razie kom­bi­nują, choć chyba za wcze­śnie: sły­chać, że bas Szymona Tarkowskiego, mimo że umie wszystko, kom­bi­nuje ostroż­nie. Basia Wrońska na wokalu ma łatwiej (nie jest nowa, pod­pi­sała się pod wszyst­kimi pio­sen­kami oprócz tej naj­gor­szej), choć to też dopiero począ­tek, spra­wia­jący wra­że­nie, że dostała... za dużo miejsca.

Pustki zostały okieł­znane i wydaje się, że nie ma powrotu do nie­dba­łego, gara­żo­wego, spra­wia­ją­cego wra­że­nie cha­osu brzmie­nia z pierw­szych płyt. Szkoda, że pio­sen­kowy okres zapro­wa­dził zespół do „Końca kry­zysu”, a nie w jakąś cie­kaw­szą stronę. Nagrany mię­dzy pły­tami, w trio, surowa wer­sja utworu Joy Division, od któ­rej tytuł wzięła oma­wiana tu płyta, była w peł­nym zna­cze­niu słowa rewe­la­cją, zwia­sto­wała rze­czy nie­sły­chane, śmierć, spu­sto­sze­nie, czte­rech jeźdź­ców i inne atrak­cje. Niestety. Jeszcze nie.

strona zespołu, myspace

ocena: 6/10, solid­nie, ale stać cię na więcej

Tagged: , ,
Posted in: recenzje