Przemysław Bortel — Hibernacja duszy

Posted on 05/01/2011 by

0


Jeśli cho­dzi o Święto Kaszanki, to spore szanse zaist­nie­nia nań ma Przemysław Bortel z pro­gra­mem z płyty „Hibernacja duszy”. Zawiera ona pio­senki Waldka Dąże (daw­niej grupa Atmosphere z Marcinem Rozenkiem na wokalu) śpie­wane przez Bortela do tek­stów Dąże.

Polscy arty­ści nie­za­leżni uża­lają się czę­sto nad tym, że radio i tele­wi­zja są zapchane miał­kim, pla­sti­ko­wym popem lan­so­wa­nym przez wiel­kie wytwór­nie. Że nie ma tam miej­sca dla inte­re­su­ją­cych, czę­sto bar­dzo przy­stęp­nych pro­po­zy­cji kra­jo­wego under­gro­undu. „Hibernacja duszy” wydaje się wzor­co­wym wyko­na­niem tej legen­dar­nej papki, którą nie­złomni nie­za­leżni stra­szą dzieci. Co cie­kawe, nie wydało jej EMI ani Sony BMG, lecz małe wydaw­nic­two Flower Records, któ­rego pro­fil jest odpo­wiedni raczej dla Pawła Szymańskiego (blues, folk).

Tymczasem Bortel to duchowy brat Gabriela Fleszara oraz Piotra Kupichy. Pop rock na całego, krew z krwi, kość z kości. Ksero z ksera. Plus jest taki, że bez wstydu można to pusz­czać np. w Radiu Wawa — ładny, gładki śpiew plus ste­rylne, asep­tyczne aran­ża­cje. Profesjonalna robota, dzielna gita­rowa sie­lana, wpada jed­nym uchem, dru­gim wypada — i tak pew­nie miało być. Minus? Teksty. One nie chcą wypaść dru­gim uchem, niestety.

Słowa autor­stwa Dąże to zestaw klisz typo­wych dla pol­skiej roz­rywki. Cierpienia, wspo­mnie­nia, samot­ność, miłość, roz­sta­nie, druga szansa, pierw­szy raz, strach, miło­sna gra. To pasuje do muzyki jak ulał, z tym że te tek­sty są kosz­mar­nie napi­sane. Zdarza się nie­spo­dzie­wany, zabawny rym, cza­sem nawet dwa z rzędu: „nie da się wyrzu­cić z sie­bie wspo­mnień które/ drążą w naszym sercu dziurę/ przez nią zaj­rzę do twej duszy/ nawet gdy dookoła widok srogi/ per­spek­tywy zagubione/ to do cie­bie szu­kam drogi” („Ostatni most”).

Relacja damsko-męska, która wyła­nia się z tek­stów śpie­wa­nych przez Bortela, jest wie­lo­wy­mia­rowa. Męskość faceta (bal­lada „Co dzieje się z face­tem”) potwier­dzają posia­dane prze­zeń zabawki: „odbie­rasz mi zabawki/ choć głu­pie, jed­nak ważne dla mnie są/ bez nich zmie­nię się w kobietę, uwierz mi/ nie chcę by tak się stało”. Mężczyzna odma­lo­wany przez auto­rów płyty jest nie­pewny, kru­chy, „zamar­z­niętą krew i serce ma” („Hibernacja duszy”), ocze­kuje pomocy, ratunku, zba­wie­nia, miłość „zastą­pił wyobra­że­niem”. W innym miej­scu prze­ma­wia do swej bog­danki odważ­niej: „nie bój się, że coś się skoń­czy” („Nie bój się”), a nawet: „nigdy nie cze­kaj do ostat­niej chwili/ bo wszystko roz­pad­nie się/ każdy się myli (...) nie wiemy kiedy skończyć/ boimy się zatrzymać/ trzeba się rozejrzeć/ by znów nie zaczy­nać” („Nigdy nie cze­kaj”). Zatem pod­miot liryczny potrafi nie tylko łkać — może też wal­nąć pię­ścią w stół i wziąć sprawy w swoje ręce. No, potrafi co naj­mniej do tego nama­wiać. Nie jest jed­nak czar­no­wi­dzem. Zapewnia: „chcę wpa­try­wać się w ludzi z nadzieją/ i wie­rzyć, że gdy upadną/ odbiją się od dna (...) widzę ludzi nad prze­pa­ścią zawie­szo­nych” („Wpatrywać się z nadzieją”). Ojej. Zostawmy sekwen­cję meta­for, ale dla­czego „wpa­try­wać się”? Bo ma aku­rat tyle sylab, ile było potrzebne?

Jest bar­dzo źle. „Największe szczę­ście w bólu rodzi się/ opróż­ni­łem swoje serce, żeby przy­jąć cię/ oczy­ści­łem swoje ciało, by doty­kać cię”. To Black Francis z Pixies powie­dział, że po dobrym rock and rollu powi­nie­neś czuć się brudny. Tak brudny, że musisz wziąć prysz­nic. Raczej nie­chcący Bortel z Dąże dali mi spore poję­cie o rock and rollu.

Tekst pocho­dzi z mie­sięcz­nika „Lampa”, nr 12/2010

myspace, strona arty­sty

Posted in: recenzje