Najpierw posłuchałem płyty. Okazała się jedną z tych, które natychmiast wywołują reakcję: jakie to dobre! Później przeczytałem recenzje – same zachwyty, aż za słodko. Ale znalazłem też ważne zdanie twórcy tego oryginalnego, długiego (ponad 90 minut podzielonych na dwie płyty) albumu: „Zawsze, gdy w muzyce słyszę krzyk, myślę: ‚to ktoś potrzebuje pomocy’…

prurient-frozena nie, że to pokaz agresji czy siły”. Sam krzyczy bardzo często. Prurient to Dominick Fernow, działający już blisko 20 lat artysta, który długo pracował w Nowym Jorku, a później przeniósł się do Los Angeles, gdzie m.in. wydał swoją poprzednią solową płytę „Through the Window”, grał też z rockowym zespołem Cold Cave. Według Tiny Mix Tapes artysta na „Frozen Niagara Falls” przelatuje przez wszystkie gatunki, o jakie otarł się w ciągu długiej kariery (wierzę, bo nie znam całej jego rozproszonej na wiele projektów dyskografii pełnej kaset, winylowych singli i splitów). Fernow siedział nad nim od końcówki 2013 roku do walentynek 2015, miał więc dość czasu, by przejrzeć stare numery.

„Frozen Niagara Falls” zahacza o noise, power electronics, nawet techno, a z drugiej strony o ambient. Wokal jest to mówiony, to znów wrzeszczany, w użyciu są syntezatory, sampler, nastrojowa elektronika, gitara i fortepian. Jeszcze ważniejsze są przetworzenia, zgrzyty, przestery, piski, echa. Pisze się czasem o takiej muzyce, że jest ona wyzwaniem dla zmysłów, atakiem na nie, ale nowego Prurienta słucha się nie tylko z zaangażowaniem, lecz także z radością czy rozkoszą. To jest nie jedna muzyczna masa, ale zbiór różnorodnych utworów. W środku płyty siedzi ponad 10-minutowy „Greenpoint” – akustyczna gitara, lekkie klawisze, potem zgrzyty syntezatorów i przygnębiające parlando o alkoholizmie i samobójstwie.

Tematy tekstów krążą wokół seksu, religii, pragnień, niespełnienia i rozpaczy. Razem z Nowym Jorkiem (który dla Tiny Mix Tapes jest bohaterem albumu) i brutalnością brzmienia przywołuje to również wyróżniający się ekstremalnym podejściem do dźwięku zespół Swans. Czyli co? Nadęte artystyczne przegięcie? Nie, album Prurienta jest mocny, bezpośredni, pełen napięć. Mimo że muzyka jest trudna, wcale nie chce urwać głowy słuchaczowi. Fernow cierpliwie prowadzi go przez swój świat, rozstawiając po drodze prezenty, atrakcje pozwalające utrzymać uwagę przez pełne półtorej godziny muzyki. Piękna płyta.

Tekst ukazał się 31/5/15 w Wyborcza.pl/kultura – tamże więcej recenzji

Dodaj komentarz