Portishead — Third

Posted on 08/09/2008 by

0


Third” jest trudny do opi­sa­nia. Oczywiście jest inny, jest to dokład­nie ten sam zespół co wcze­śniej, ale inny. Inne melo­die, inne rytmy, z czego innego zbu­do­wane. Brzmi to twar­dziej, nie ma tu takiego „ładnie” jak dawniej.

portishead-thirdSłuchałem dziś ostat­niego Portishead. Płyta nazywa się „Third”, jest trze­cią stu­dyjną i była wydana 29 kwiet­nia 2008. Najpierw prze­czy­ta­łem jakieś recen­zje, a póź­niej dopiero słu­cha­łem dla sie­bie. Tak słu­cha­łem, słu­cha­łem, i cią­gle chcia­łem słu­chać od nowa.Słuchałem dziś ostat­niego Portishead. Płyta nazywa się „Third”, jest trze­cią stu­dyjną i była wydana 29 kwiet­nia 2008. Najpierw prze­czy­ta­łem jakieś recen­zje, a póź­niej dopiero słu­cha­łem dla sie­bie. Tak słu­cha­łem, słu­cha­łem, i cią­gle chcia­łem słu­chać od nowa.

Że Portishead ma nerw i jest bez­kom­pro­mi­sowy, to wia­domo. Że w ciągu jede­na­stu lat różne rze­czy mocno się zmie­niają, też nic nowego. Głos kobitki (Beth Gibbons) został taki sam, podobny przy­naj­mniej. Muzycy nato­miast z tym gło­sem obe­szli się ina­czej niż na poprzed­nich nagra­niach — wydaje mi się, że wtedy, w stu­le­ciu zeszłym, miał pierw­szo­pla­nową rolę; teraz jest obu­do­wany bar­dzo cie­kawą muzyką, która przy­ciąga uwagę nie mniej niż ten głos. I daleko padła od tam­tej, dawnej.

Wcześniej w skró­cie było tak, że Portishead to dół. No wspa­niałe wprost rze­czy, żeby się mar­twić i umie­rać. Jak dziew­czyna zosta­wiła, to Portishead. A Portishead to ten zaje­bi­ście smutny głos i te takie kli­ma­tyczne, no tri­pho­powe wręcz brzmie­nia. Teraz ina­czej. „Third”, mam wra­że­nie — i pew­nie czy­tel­nik też je ma — jest trudny do opi­sa­nia. Oczywiście jest inny, jest to dokład­nie ten sam zespół co wcze­śniej, ale inny. Inne melo­die, inne rytmy, z czego innego zbu­do­wane. Brzmi to twar­dziej, nie ma tu takiego „ładnie” jak daw­niej. Wcześniej, mam wra­że­nie, było to pięk­niej­sze, było to mru­gnię­cie: aha, stary film, czerń i biel, i nie­ostry obraz, szum winy­lo­wej płyty. Są tego ślady — ale to nie jest klucz, to zmyłka: niby po sta­remu, już-już, gdzieś to sły­sza­łem, i wtedy jebut, to nie tak, my jeste­śmy Portishead, ale inny.

Szczerze mówiąc, mi naj­bar­dziej odpo­wia­dają te rze­czy naj­od­le­glej­sze od Portishead z 1997 roku, gdy naj­moc­niej ich kocha­łem. Gdy byli naj­lepsi. Nie mia­łem wtedy poję­cia, że za 11 lat zro­bią taką płytę, że ona będzie tak natu­ralna i że będzie tak dobra. no bo pro­szę bardzo.

Thomowi Yorke’owi i Jonny’emu Greenwoodowi (od pra­wej) podoba się „The Rip”:

strona zespołu, myspace

Ocena: 9/10, pre­zent, nie­spo­dzianka, jest czego słuchać.

Tagged: , ,
Posted in: recenzje