Po Arcade Fire

Posted on 03/07/2011 by

2


Od kon­certu minął już ponad tydzień. Przechowuję go w coraz życz­liw­szej pamięci, przy­naj­mniej wzglę­dem zespołu. Na pewno są jakieś rela­cje wideo (nie prze­pa­dam), a listę pio­se­nek można zoba­czyć tutaj. Z 17 pio­se­nek tylko trzy z „Neon Bible” — dobra dla mnie decy­zja, bo nie podzie­lam entu­zja­zmu dla tej płyty, który ma choćby Robert Sankowski. Lubię prze­boje, jak mówił kla­syk. Najbardziej podo­bały mi się zle­pione w jedno „The Suburbs”. Wart zapa­mię­ta­nia moment: na koniec publicz­ność zamknęła buzie, prze­stała „wspie­rać” Butlera mniej lub bar­dziej zgrab­nym śpie­wem, dała mu dokoń­czyć samemu, w ciszy. To było świetne.

Nie wiem, czy tylko dla mnie ten kon­cert był bar­dzo drogi, ale Torwar był wypeł­niony co naj­wy­żej w poło­wie. Nie chciał­bym pako­wać Kanadyjczyków do mniej­szej hali. Zastanawiam się, czy kon­cert Arcade Fire wypadłby lepiej na festi­walu, gdzie dużo wię­cej ludzi mogłoby zro­bić dużo więk­szą atmos­ferę. Stosowny do porów­na­nia jest chyba zeszło­roczny kon­cert Flaming Lips na Offie, gdzie ogromne tłumy przy­szły na zespół o prze­cięt­nej popu­lar­no­ści w Polsce, dużo bar­dziej zakrę­cony niż Arcade Fire. W ten czerw­cowy wie­czór jed­nak nie było lipy — muzycy latali po całej sce­nie i wszystko wska­zuje, że dali z sie­bie wszystko i dobrze się bawili. Przybijam piątkę.

Inna sprawa, o któ­rej prze­czy­ta­łem tu i ówdzie, to słabe nagło­śnie­nie Torwaru. Jedna rzecz to fani, któ­rzy przy­szli wytań­czyć się na wystę­pie swo­ich idoli, a druga — ocze­ki­wa­nia wobec tak dro­gich bile­tów i renomy orga­ni­za­tora. Chciałoby się, żeby kon­cert brzmiał świet­nie, a co naj­mniej bar­dzo dobrze, tym­cza­sem cóż... Żeby pozo­stać przy Offie — Paula i Karol rok temu o lata świetlne wyprze­dzili nagło­śnie­nie Arcade Fire. Nawet gra­jąc wtedy w sied­mio– czy ośmio­oso­bo­wym skła­dzie, w któ­rym wystę­po­wali chyba po raz pierw­szy. Akurat mnie nie dopro­wa­dza to do roz­pa­czy, bo na kon­cer­tach głów­nie patrzę, zwłasz­cza odkąd spra­wi­łem sobie nowe oku­lary. Ja tylko płacę za to.

Było jesz­cze wybit­nie przy­chylne przy­ję­cie Basi Bulat — zasko­cze­nie — i zwłasz­cza Radka Łuka­sie­wi­cza. Czyżby za te 10–15 lat miał się stać pol­skim Paulem Wellerem? A może, mówiąc wprost: Zbigniewem Hołdysem?