Trzeci solo­wy album woka­li­sty Comy jest rekla­mo­wa­ny jako „pły­ta nie­moż­li­wa i uto­pij­na, pły­ta – wyzwa­nie (...) To zapis arty­stycz­nych poszu­ki­wań twór­cy balan­su­ją­ce­go na gra­ni­cy muzy­ki roc­ko­wej, sztu­ki teatral­nej i medial­ne­go main­stre­amu”.

Piotr-Rogucki-JPSliwaJ.P. Śliwa” ma łączyć róż­ne dzie­dzi­ny sztu­ki. Muzycznie jest roc­ko­wą ope­rą, cen­tral­ną posta­cią jest tu 35-let­ni Jan Paweł Śliwa, nie­ra­dzą­cy sobie z życiem emi­grant, a towa­rzy­szą mu m.in. zespół Dzieciaki eŚ. (z Chochołem i Wernyhorą w skła­dzie) i dzien­ni­kar­ka z auty­stycz­nym synem. Płyta jest zapa­ko­wa­na w 70-stro­ni­co­wą ksią­żecz­kę zawie­ra­ją­cą gra­fo­mań­ski „Dramat w 12 sce­nach”. Po stro­nie plu­sów – muzycz­na współ­pra­ca z per­ku­sist­ką-pia­nist­ką Olą Rzepką (Drekoty), Adamem Marszałkowskim z Comy i woka­list­ką Cosovel.

Rogucki ucie­ka dale­ko od Comy – się­ga po róż­no­rod­ne, czę­sto syn­te­tycz­ne brzmie­nia. Ma dużo pomy­słów. Na przy­kład „Ludzkie wro­ny”: zaczy­na­ją się minu­to­wą serią zgrzy­tów i trza­sków, po paru sekun­dach moc­ne­go ryt­mu nastę­pu­je gład­ka pio­sen­ka z aku­stycz­ną gita­rą i tek­stem, w któ­rym Roguc, nie wie­dzieć cze­mu, sypie sło­wa­mi z lite­rą „ż” („pora­żo­ny żądzą żniw”). I z powro­tem: moc­ny rytm, pau­za, łagod­na zwrot­ka, kom­pu­te­ro­wa wstaw­ka, minu­ta zgrzy­tów. I wte­dy intry­gu­ją­cy frag­ment: „Och, jak źle się czu­ję, kie­dy się czu­ję źle/ nic się nie rymu­je, nawet wier­sze”. To napraw­dę dobry moment, ale przez więk­szość utwo­ru nie wia­do­mo, dokąd to zmie­rza i po co. Razi patos, ale do nie­go u woka­li­sty Comy daw­no już przy­wy­kli­śmy.

Rogucki, z wykształ­ce­nia aktor, w dra­ma­tycz­nych recy­ta­cjach i pate­tycz­nym śpie­wie czu­je się jak ryba w wodzie. Wydaje się jed­nak, że „J.P. Śliwa” był­by lep­szy, gdy­by popra­co­wać nad nim z reno­mo­wa­nym pro­du­cen­tem (nazwi­ska pro­du­cen­ta w ksią­żecz­ce nie ma). Bo tak – wyszedł cha­otycz­ny zbiór pio­se­nek w róż­nych sty­lach. „Całuj się” tro­chę w sty­lu Janerki, roc­ko­wa bal­la­da „Mama 01” czy cichut­ki finał „Płyń” (z Cosovel) są dobre, dzia­ła­ją. Ale całe­go „J.P. Śliwę” trud­no uznać za prze­łom.

Tekst uka­zał się 17/11/15 w Wyborcza.pl/kultura - tam­że wię­cej recen­zji

Dodaj komentarz