Pearl Jam — Backspacer

Posted on 19/10/2009 by

0


Starzy już muzycy powie­dzieli sobie chyba: zagrajmy tro­chę muzyki. Na dzie­wią­tej ich pły­cie zwraca uwagę roc­kowa świe­żość, zadzior­ność, pozy­tyw. Żadnej pre­sji, ciśnie­nia, są tu kawałki wydzier­gane tak jak trzeba, z tego co trzeba.

(Recenzja z ser­wisu Polskiego Radia).

pearljam-backspacerKrótki kurs histo­rii grupy Pearl Jam. Bardzo dobry debiut „Ten”, ame­ry­kań­skość potwier­dzona przez Neila Younga, ety­kietka głosu poko­le­nia X. Występ w fabu­lar­nym fil­mie „Singles” jako muzycy fik­cyj­nego zespołu. Wymiana uszczy­pli­wo­ści z Nirvaną w muzycz­nych mediach i brak tele­dy­sków przez wiele lat. Pilnowanie moż­li­wie naj­niż­szych cen bile­tów na bar­dzo dłu­gie kon­certy. Wielka baza lojal­nych fanów w Polsce i nie tylko. Muzycznie jesz­cze tylko mocna trze­cia płyta „Vitalogy” i poje­dyn­cze kawałki na pozo­sta­łych, raczej prze­cięt­nych, zapo­wia­da­nych: „teraz poka­żemy wam, co zna­czy praw­dziwy Pearl Jam, nagra­li­śmy naj­lep­szą płytę od debiutu”. Nie nagrali takiej nigdy.

Backspacer” trwa nie­całe 37 minut. Jakby sta­rzy już muzycy powie­dzieli sobie: zagrajmy tro­chę muzyki. Na dzie­wią­tej ich pły­cie zwraca uwagę roc­kowa świe­żość, zadzior­ność, pozy­tyw. Żadnej pre­sji, ciśnie­nia, są tu kawałki wydzier­gane tak jak trzeba, z tego co trzeba („Gonna See My Friend”, „Got Some”, „Force of Nature”). Słucham tego i się nie meczę, a Pearl Jam w dzie­dzi­nie męcze­nia ostat­nimi pły­tami zasłu­żył na dok­to­rat. Zmiany, zmiany. W „Got Some” pacy­fi­styczne prze­sła­nie jest opra­wione w rytm reg­gae w zwrotce i szyb­kiego, mój Boże, rocka w refre­nie. Jestem w sta­nie wyobra­zić sobie debiu­tan­tów gra­ją­cych witalne, opty­mi­styczne „The Fixer”. To jak stare Broken Social Scene – kawa­łek z nie­głu­pim tek­stem dopra­wio­nym iro­nią, któ­rej kie­dyś tak mocno Vedderowi bra­ko­wało. Plus sty­lowe pia­nino rodem z serialu „Alf”. Rewelacja! Rozpędzony, tępy pun­kowy „Supersonic” ujmuje frazą: „I don’t need you to live, but I’ll never let you go”. Autor tek­stów oswoił się ze swo­imi latami i z tym, że w szoł­bi­zie nie jest natursz­czy­kiem: „I wanna shake this pain before I retire” (utwór 1), „Get it now / get it on / before its gone” (utwór 3), „I’ll dig your grave / We’ll dance & sing / Who knows, could be our last life­time” (utwór 3). I tak przez całą płytę. Facet ma dystans do swo­jej roboty, do swo­jego życia. Zamiast reflek­sji poka­zuje wnioski.

Zabawę w roc­kan­drol­lową aran­ża­cję i tekst o Jasiu z gitarą („Johnny Guitar”) kontr­uje tekst: „For that’s 30 years or more I’ve loved her so / And how I need to know why she’s with him”. Łagodna iro­nia to nie jest znak fir­mowy Pearl Jamu. Nie robią wra­że­nia tylko pod­nio­słe słowa „Speed Of Sound” wzmoc­nione jesz­cze popową aran­ża­cją. Mogliby sobie daro­wać ten kawa­łek, nie pasuje do reszty i nic nie daje w zamian – za daleko oddala się od ame­ry­kań­skiej gita­ro­wej tra­dy­cji, którą czują tak dobrze. To ona jest boha­te­rem tej płyty. Bo nie cza­rujmy się, Pearl Jam muzycz­nie nigdy, prze­nigdy nie był wyna­lazcą. Oni umieją patrzeć tylko wstecz, dla­tego tak ważne są u nich teksty.

Dobre jest „Just Breathe”, gdzie Eddie Vedder wystę­puje w lubia­nej przez sie­bie roli chło­paka z gitarą mru­czą­cego pio­se­neczkę o przy­jaźni, miło­ści, nie­śmia­ło­ści i grze­chu. Delikatny akom­pa­nia­ment basu, dro­bią­cych gitar, tu i ówdzie smycz­ków i fletu brzmi jak wygła­dzone tło do „Prostej histo­rii” Lyncha. Trochę roz­pacz­liwy, kiczo­waty refren psuje dobre wra­że­nie, ale i tak jest wię­cej niż nie­źle. Zamykający zestaw, jesz­cze lep­szy tek­stowo i muzycz­nie „The End” rów­nież koja­rzy się z muzyką, którą Vedder zro­bił do filmu „Into The Wild” (w Polsce „Wszystko za życie”). Skromna, aku­styczna pio­senka pod­bita (w dale­kim tle) smycz­kami i dostoj­nymi instru­men­tami dętymi jest bar­dzo moc­nym zakoń­cze­niem „Backspacera”. Nie jest to roz­mem­łany, wydłu­żony w opór pod­nio­sły song w rodzaju „Indifference” zamy­ka­ją­cego płytę „Vs” (i więk­szość kon­cer­tów zespołu). Teraz cię­cie jest trzę­sie­niem ziemi. To jest po pro­stu lep­sze, bar­dziej zwarte i – bar­dziej poruszające.

I smile big with a tooth­less grin” – śpiewa Vedder w „Supersonic”. Ma rację, oni wresz­cie są uśmiech­nięci. Sam uśmiech też nie aż tak szczer­baty, jak skrom­nie ujął to Edward. Trzonowce to naj­bar­dziej wia­ry­godne fol­kowe kawałki. Siekacze – dyna­miczne, zwarte, mocne utwory z naprawdę dobrym tek­stem. Ubytki – pośred­nie przy­nu­dza­nie w stylu sta­rego, złego Pearl Jamu. Na szczę­ście na „Backspacerze” w mniej­szo­ści (za dłu­gie, mdłe „Amongst The Waves”, nija­kie „Unthought Known” i pre­ten­sjo­nalne „Speed Of Sound”). Wątpię, żeby był jesz­cze kto­kol­wiek, dla kogo Pearl Jam będzie obja­wie­niem. Jednak po tej pły­cie sta­rzy fani mogą wresz­cie spoj­rzeć w oczy światu bez wstydu. Tego da się słuchać.

Strona zespołu, myspace

Tagged: , ,
Posted in: recenzje