Paristetris — Honey Darlin’

Posted on 07/03/2011 by

0


Klasyk ze stajni Lado ABC. W rolach głów­nych kla­sycz­nie wykształ­cona woka­listka, Argentynka Candelaria Saenz Valiente, jej mąż, kla­sycz­nie wykształ­cony pia­ni­sta Marcin Masecki i — któżby inny — Macio Moretti na bębnach.

Ten środ­kowy pod koniec 2010 w „Polityce” obra­zowo opi­sał zespół, a że wie prze­cież lepiej ode mnie, więc pro­szę: „Nasza muzyka jest sumą doświad­czeń nas wszyst­kich. Ja wno­szę do Paristetris bagaż jaz­zowy i doświad­cze­nia z muzyką kla­syczną, Macio jest bar­dziej punkowo-rockowy,a Candi też ma swoje, czę­sto nie­mu­zyczne zupeł­nie, spoj­rze­nie na to wszystko. I ma cha­ry­zmę, która two­rzy wła­ści­wie ten zespół”. That being said — ww. suma daje efekt tak świeży, że można zapo­mnieć, że to druga płyta. Na debiu­tanc­kiej sprzed ponad roku było wię­cej ście­żek i mniej minut, a mimo to „Honey Darlin’” wydaje się krót­sza, szyb­sza. Daje więcej.

Są dwa strasz­nie dłu­gie, więc istotne utwory — „Dolphins Crash Against The Rocks Because Everything Is So Tremendous” oraz „Death Song”, oba pona­do­śmio­mi­nu­towe. To dopiero jest wynik, zwłasz­cza w przy­padku tego dru­giego, koń­czą­cej album bal­lady autor­stwa Candelarii. Mimo krót­kiego (zale­d­wie 50 słów) tek­stu rzecz potrafi utrzy­mać uwagę słu­cha­cza przez bite 8.44. „How long must I wait here till you find me”... Pełna odde­chu, deli­katna i kru­cha aran­ża­cja przy­wo­dzi na myśl melo­dyjny mini­ma­lizm Ścianki („Piórko”, a może raczej część rze­czy z „Dni wia­tru”). Historia abso­lut­nie kon­tem­pla­cyjna, wia­ry­god­nie dowo­dząca, że nie ma cze­goś takiego jak wie­dza, dane histo­ryczne, sen­sowne pro­gnozy — i glo­ry­fi­ku­jąca intu­icję. Tak to rozu­miem. Sigur Ros zostali unie­waż­nieni, jak powie­działby Igor Stokfiszewski. „Dolphins...” jest z kolei naj­moc­niej­szym dowo­dem na to, że del­finy to jedyne stwory oprócz czło­wieka, które upra­wiają seks dla przy­jem­no­ści, nie tylko dla zacho­wa­nia gatunku. Echolokacja i pod­wodny świat. Pulsujący punk­towy rytm jak szyb­kie bicie małego ser­duszka, dud­niące, zamglone pod­wodne odgłosy, jakby coraz bli­żej powierzchni, wyżej, jaśniej. W końcu na chwi­leczkę przy­pły­wają bębny, trąby i kla­wi­sze, po to żeby się urwać, zosta­wić syre­nie echa sam na sam z prze­two­rzo­nym pia­ni­nem, nie­do­syt, nie­po­kój i nierealność.

Te ciche, nie­spieszne, dobrze roz­pla­no­wane i bra­wu­rowo zaaran­żo­wane utwory dają jed­nak nikłe poję­cie o tym, czym jest Paristetris. Oni robią kupę hałasu po pro­stu i przy­cho­dzi im to rów­nie natu­ral­nie jak pisa­nie powyż­szych bal­lad. Najbardziej hito­wym frag­men­tem „Honey Darlin’” jest „Generic Man”, pio­senka zbu­do­wana na syn­te­tycz­nym bicie tłu­ką­cym basem jak u Lee Scratch Perry’ego. Wątek kuli­narny prze­plata się z Marksem oraz nega­cją popu. Przetworzony, lekko prze­ste­ro­wany, kop­nięty głos koja­rzy się z pio­senką LCD Soundsystem o Daft Punk gra­ją­cym w moim domu — Candi momen­tami śpiewa, jakby była płytą dra­paną przez naj­wol­niej­szego didżeja w mie­ście. I jesz­cze ten nie­sa­mo­wity refren (Masecki w akcji!), dopiero tu eks­po­no­wana jest melo­dia. A na ostat­nie pół minuty wcho­dzi uro­czy noise, jak dyk­ta­fo­nowe nagra­nie kon­certu Swans sprzed ćwierć wieku. No i tak cią­gle — „Lay Your Pink Lights” naj­pierw obie­cuje pop, a póź­niej zrywa go do fun­da­men­tów i zalewa hała­sem (pani wciąż śpiewa, nie krzy­czy). Pop wraca jako opty­mi­styczny glam z lat 70.: „thro­ugh your glazy eyes/ you see us, gen­tle pedophiles/ insect kil­ling maniacs/ so good”. Znów hałas, cią­gle kon­trast. W „Baby Feels Like Shit”, na tle apo­ka­lip­tycz­nych rzy­gów dżen­tel­me­nów, Candi brzmi niczym Patti Smith — głos wyroczni wybija się z topor­nego, huczą­cego jak huta pod­kładu. Z tej huty będzie chleb, ale czy chleb fit­ness? Koniecznie pro­szę obej­rzeć tych pań­stwa w kon­cer­to­wej akcji.

strona zespołu, myspace, strona Lado ABC, pełny kon­cert z 2009 (chyba pierw­szy w Polsce)

Tekst uka­zał się w mie­sięcz­niku „Lampa” nr 1–2/2011

Posted in: recenzje