Pablopavo, w dniu pre­mie­ry koń­czą­cy 33 lata, na okład­ce swo­jej dru­giej pły­ty jest war­szaw­skim cza­ru­siem. Teksty spra­wia­ją jed­nak, że na ten por­tret trze­ba spoj­rzeć jesz­cze raz - ten cza­ruś ma w oczach śmierć.

No bo tak. Głównym boha­te­rem pły­ty jest jesz­cze raz Warszawa, „popę­ka­ne mia­sto”. Numery jak zawsze mają ogrom­ny roz­rzut sty­li­stycz­ny. Mistrz cere­mo­nii wciąż ma 20 „pal­cy”, nie pal­ców. Lirycznie poka­zu­je się jed­nak zupeł­nie na nowo - ciem­ny, księ­ży­co­wy i zło­wro­gi. Śmierć, czerń, a listo­pad to już nawet nie „pra­wie koniec świa­ta” jak u Świetlickiego, ale „wia­do­mo świa­ta koniec”.

Ballada o Okrzei” - boha­ter­ska śmierć. „Złoto” - miłość i śmierć. „Warzywniak” - nie­win­ność i śmierć. Na „Telehonie” też parę tru­pów było, ale aż tyle?! Oto, pro­szę bar­dzo, jest jesz­cze wstrzą­sa­ją­ce „Za dar­mo” - hołd dla „A gdy będę umie­rał” Stanisława Staszewskiego. Ojciec Kazika dzień przed śmier­cią pisał: „A gdy będę umie­rał / to nie przyj­dzie gene­rał / ziew­nie z cicha dyrek­tor / Bo umie­ra byle kto”. Pablopavo dzi­siaj: „Za dar­mo się rozej­dą ludzie i pod­stęp­ne słu­chy / że to od wódy i dżojn­tów nie wyka­zu­jąc skru­chy / za dar­mo się prze­krę­cił na bok ciem­ny Pablopavo / za dar­mo ramio­na­mi wzru­szą ci co mie­li ze mną kla­wo”.

Majstersztykiem pana Pawła jest „Wpuść mnie” - zna­cze­nia zwro­tek naświe­tla­ją się z każ­dym sło­wem, a cały tekst do koń­ca zosta­je wie­lo­znacz­ny. Artysta lubi puen­to­wać, ale w tym przy­pad­ku nie robi tego - i świet­nie, bo pozwa­la wybrzmieć poezji dużej kla­sy: „Przyszedłem tro­chę gru­by i tro­chę nie­mło­dy / ale mam wino co ujmie mi lat [Waglewski?] / przy­nio­słem książ­kę w ramach dru­giej nagro­dy [!] / jak mnie nie wpu­ścisz poczy­tam przy drzwiach [!!] / w auto­bu­sie [!!!]”

Tematu war­szaw­skie­go na pły­cie jest w sam raz („to jest to mia­sto o któ­re nikt się nie mar­twi”), poety­zo­wa­nia momen­ta­mi za wie­le. Autorowi poezja wycho­dzi sama, wyzie­ra z każ­de­go lek­ko napi­sa­ne­go wer­su, to jest uni­ka­to­wy dar. W pol­skiej muzy­ce nie przy­cho­dzi mi do gło­wy nikt, z kim Pablopavo nie mógł­by w tej kon­ku­ren­cji co naj­mniej zawal­czyć. Dlatego nie pasu­ją mi te miej­sca, gdzie sta­ra się dać „jesz­cze wię­cej” (muzycz­nie nie­sa­mo­wi­te „Iście iście”) albo robi zakrę­co­ne opi­sy „tego, co jest”, za to wyso­ko oce­niam oby­cza­jów­kę, kry­mi­nał­ki i auto­te­ma­ty. Trochę kwe­stia gustu, a tro­chę wywa­że­nia pro­por­cji.

Orkiestra woka­li­sty Vavamuffin zapusz­cza się o wie­le, wie­le dalej niż na styk reg­gae i hip-hopu, choć­by naj­bar­dziej nowo­cze­sne­go. Bez wysił­ku gra­ją solid­ny afro­be­at, raso­wy soul z lat 60. (refren „Indziej” - Maluta i Stashka rzą­dzą w chór­kach), zaci­na­ją­ce się reg­gae („Ballada o Okrzei”), a leni­wie pul­su­ją­cej elek­tro­ni­ce („Złoto”) spo­ro dała Marika. I przede wszyst­kim - Pablopavo i Ludziki bar­dzo dobrze wie­dzą, jak robić refre­ny („Aneta ucie­ka”). Całego mate­ria­łu słu­cha się z cie­ka­wo­ścią i przy­jem­no­ścią. Tam jest dużo wię­cej niż pod­kład.

W Polsce z jej PRL-owskim wyko­rze­nie­niem kul­tu­ry ludo­wej trud­no o dobrych śpie­wa­ków. Mocni są u nas woka­li­ści dzia­ła­ją­cy na sty­ku gada­nia i śpie­wa­nia - Pablopavo stoi w jed­nym rzę­dzie z Fiszem i Sidneyem Polakiem, któ­rzy nie są gigan­ta­mi woka­li­sty­ki, ale mają bar­dzo dobre przy­go­to­wa­nie muzycz­ne. Bohater tej recen­zji ma lep­szy od nich wokal, a muzycz­nie wspie­ra się dobry­mi cwa­nia­ka­mi. No i git.

Tekst uka­zał się w ser­wi­sie Polskiego Radia

Dodaj komentarz