Dziś premiera albumu „Zła krew” kIRka, za cztery dni ukaże się koncertowa kaseta „Msza święta w Altonie”. Z tej okazji rozmawiam z Olgierdem Dokalskim, trębaczem tego tercetu, który jest także muzykiem Daktari, Altony oraz Nor cold.

olgierd
Fot. LiveLazarroni/Dariusz Łasak

Jacek Świąder: Jak doszło do wydania „Mszy świętej w Altonie”?

Olgierd Dokalski: Prawdę mówiąc, zdziwiłem się, że koncert z Lublina (czyli „Msza święta w Altonie”) się ukaże.

Projekt „Msza święta w Altonie” powstał w równie improwizowany sposób jak muzyka, którą będzie słychać na kasecie.

Pierwotnie dostałem z polsko-ukraińskiego festiwalu Jazz Bez zaproszenie dla Nor colda na koncert w Lublinie 7 grudnia 2012. Nor cold to polsko-izraelsko-belgijski kwartet grający współczesne interpretacje sefardyjskich pieśni z Bałkanów z początku XX wieku, który prowadzę. Powstał na zamówienie festiwalu „Nowa Muzyka Żydowska”, płyta grupy ukaże się w maju tego roku nakładem Multikulti Projekt.

Jednak zagranicznych muzyków biorących udział w projekcie Nor cold nie udało się w tym terminie sprowadzić do Polski. Zaproponowałem Jazz Bez zorganizowanie na scenie spotkania dwóch moich składów – kIRka i Altony. Altona to odnoszący się do mistycyzmu projekt, który od dobrych paru lat współtworzę z gitarzystą Wojtkiem Kwapisińskim (gra też w Nor cold). kIRka przedstawiać nie trzeba. Zagraliśmy ten koncert bez przygotowania i dał on nam sporo frajdy, ale nie spodziewaliśmy się, że ten materiał ukaże się na fizycznym nośniku. Nagranie usłyszeli nasi wydawcy – Oficyna Biedota i InnerGuN – i tak im się spodobało, że postanowili je wydać jako oficjalny bootleg. Okładkę zrobił świetny grafik i nasz przyjaciel Kamil Filipowski.

Czy wydawanie albumów na kasecie to wasza inicjatywa?

Wydanie „Mszy świętej w Brąswałdzie” (wyszła w Wigilię 2012), „Złej krwi” i „Mszy świętej w Altonie” na kasecie to pomysł Michała z Oficyny Biedota, który razem z Krojcem i wydawnictwem InnerGuN wydają kIRka. Cieszymy się, że te płyty ukazują się na kasetach, mamy sentyment do tego nośnika. Wszyscy trzej jesteśmy z pokolenia walkmana i za jego pośrednictwem odbywaliśmy muzyczną inicjację pod koniec podstawówki i w liceum.

Podobno w Berlinie hipsterzy noszą kieszonkowe odtwarzacze, na których słuchają budżetowo tłoczonych (wyliczonych na kilkadziesiąt odsłuchań) siódemek, w Polsce renesans przeżywają kasety. Ciekawe, co będzie dalej.

Jaka jest rola improwizacji w projekcie studyjnym? Jak powstała „Zła krew”?

Nasza muzyka opiera się na improwizacji, tak wyglądają próby, koncerty i sesje nagraniowe. Jedyna różnica polega na tym, że w przypadku pracy w studiu i nagrywania płyt mamy większą kontrolę nad muzyką/płytą jako tekstem kultury, nad tym, co chcemy powiedzieć słuchaczom. Nagrywamy improwizacje i potem pracujemy nad narracją całości. Na etapie budowania struktury płyty najwięcej do powiedzenia ma Paweł Bartnik.

W czasie sesji do „Złej krwi” każdy z nas miał w sobie dużo złej karmy (ale nie skierowanej przeciwko sobie nawzajem). Najwięcej chyba Paweł. To słychać na nagraniu.

Do tego nagraliście swoją przeróbkę Swans. Brzmi jak wasz własny utwór.

Bardzo się cieszę, że udało się przygotować na płytę „Dzieci Boga” – cover „Children of God”. Pomysł na nagranie tego utworu chodził za mną od jakiś dwóch lat. Chłopaków nie trzeba było długo przekonywać, żebyśmy wzięli go na warsztat. Potem potrzebowaliśmy dobrych paru miesięcy, żeby przetworzyć ten kawałek na kIRkowe pole, zrobić z niego swój własny.

Jaka jest twoim zdaniem relacja „Złej krwi” do „Mszy świętej w Brąswałdzie”? Co dalej?

Ta płyta nie jest tak mocno oparta o elektroniczny bit jak debiut. Na pewno na „Złej Krwi” pozwoliliśmy sobie na więcej niż na „Mszy świętej w Brąswałdzie”.

Czujemy, że między „Mszą świętą w Brąswałdzie”, „Złą krwią” i „Mszą świętą w Altonie” jest naturalna kontynuacja. Buduje się jakaś narracja. Nie było w tym kalkulacji. Nie wiemy, jakie dźwięki będziemy robić za parę lat. I to jest najlepsze.

Który z twoich zespołów jest najważniejszy?

Staram się nie wartościować moich projektów. Na pewno specjalne miejsce ma Daktari, bo to pierwsza prowadzona przeze mnie grupa. Uwielbiam grać z kIRk, bo w tej muzyce jest dużo różnorodności, ale nie ma kompromisów, a najdziwniejsze jest to, że to wszystko razem gada. W kIRk mam też dużo swobody. Natomiast Zeger Vandenbussche i Oori Shalev, z którymi gram w Nor cold, to świetni muzycy i współpraca z nimi dużo mnie nauczyła.

A najważniejszy w danym momencie jest ten zespół, z którym akurat stoję na scenie.

Dodaj komentarz