Pierw­sze­go dnia nie do­tar­łem na fe­sti­wal, wca­le nie dla­te­go, że­bym był na U2. Dru­gie­go, trze­cie­go i czwar­te­go wi­dzia­łem mnó­stwo kon­cer­tów, sta­ra­łem się jed­nak omi­jać rze­czy do­brze mi zna­ne i czę­sto wi­dzia­ne na kon­cer­ta­ch w War­sza­wie, stra­ci­li na tym m.in. Ja­ner­ka, Pust­ki, Ko­me­ty, Ar­mia, czy­li wy­ko­naw­cy czę­sto wy­mie­nia­ni przez oglą­da­ją­cy­ch fe­sti­wal ja­ko tzw. ma­gne­sy. Wi­dzia­łem ich po kil­ka-kil­ka­na­ście mi­nut lub wca­le. Wszyst­kie spo­strze­że­nia gru­pu­ję w ko­lej­no­ści al­fa­be­tycz­nej.

The Car Is On Fi­re. Ro­ken­drol i funk bez amu­ni­cji. Po­sze­dłem z cie­ka­wo­ści na ich wy­stęp, bo na­gry­wa­nie za gra­ni­cą su­ge­ru­je, że przez te kil­ka lat ka­rie­ry kra­jo­wej zro­bi­li po­stęp. Cóż... Na kon­cer­cie by­ło do­ść sen­nie, mi­mo do­god­nej do ta­nów po­ry (21.30) wie­lu słu­cha­czy le­gło pod ścia­na­mi na­mio­tu, co su­ge­ru­je, że skocz­na mu­zy­ka TCIOF nie zro­bi­ła na ni­ch ko­lo­sal­ne­go wra­że­nia. Sym­pa­tycz­ne gra­nie, nie­mniej szko­da by­ło na ni­ch na­mio­tu, któ­ry po­wi­nien słu­żyć bar­dziej eks­pre­syj­nym wy­ko­naw­com. Po­pra­wić pio­sen­ki, po­pra­wić wo­kal i mo­że za pa­rę lat le­piej się uda, bo na ra­zie wy­szło ta­kie pi­tu-pi­tu.

casioCa­sio­to­ne For The Pa­in­ful­ly Alo­ne. Mam tak na­boż­ny sto­su­nek do te­go wy­ko­naw­cy, że nie spo­dzie­wa­łem się go zo­ba­czyć w Pol­sce. A tu pro­szę - w do­god­nym cza­sie i miej­scu mo­głem spraw­dzić, jak mu idzie z pu­bli­ką. Pu­bli­ki ra­czej uby­wa­ło, niż przy­by­wa­ło, ale oka­za­ło się, że du­żo je­st u nas die-hard fa­nów Owe­na Ash­wor­tha (na fo­to­gra­fii, w au­re­oli). On też z cza­sem się wy­lu­zo­wał, zdjął na­wet oku­la­ry, a tak­że po­psuł coś w swo­im sprzę­cie. Ta jed­no­oso­bo­wa, dys­tyn­go­wa­na, wiej­sko-pod­miej­ska elek­tro­ni­ka z bo­lą­cy­mi tek­sta­mi, mi­mo że ra­czej od­stra­szy­ła słu­cha­czy pierw­sze­go kon­tak­tu, faj­nie wpi­sa­ła się w te­go­rocz­ny Off. Bo­ski wo­kal, bo­ski brzu­ch Owe­na i roz­bra­ja­ją­ce pod­kła­dy to wiel­ka rze­cz.

The Com­pla­iner & The Com­pla­iners. Gru­pa pod do­wódz­twem sze­fa nie­od­ża­ło­wa­ne­go Mik.Musik Wojt­ka Ku­char­czy­ka za­pre­zen­to­wa­ła ra­dy­kal­nie ra­do­sny set, w któ­rym nie unik­nę­ła zde­rze­nia z le­gen­dą Mi­cha­ela Jack­so­na. Przy­stro­je­ni w kwia­ty na wzór ha­waj­ski, na pla­żo­wej sce­nie Mia­sta Mu­zy­ki za­mie­nia­li się in­stru­men­ta­mi, tań­czy­li, śpie­wa­li na kil­ka gło­sów, z miej­sca ocza­ro­wu­jąc pu­blicz­no­ść. Świe­ży po­wiew bez­kom­pro­mi­so­wo­ści i nie­spi­na­nia się - w Pol­sce po­łą­cze­nie do­ść eg­zo­tycz­ne.

Co­ol Kids Of De­ath. Ode­gra­li ca­łą swo­ją pierw­szą pły­tę z wy­jąt­kiem utwo­ru przed­ostat­nie­go, któ­ry się nie zmie­ścił w ra­mów­ce. Ener­gia je­st, pio­sen­ki rze­czy­wi­ście naj­lep­sze ro­bi­li za mło­du, a wo­kal ze sła­be­go zro­bił się już bar­dzo sła­by. W za­mian – ru­ch sce­nicz­ny. Pu­blicz­no­ści wy­stęp się po­do­bał, jak to się mó­wi, gru­pa wcią­gnę­ła lud­no­ść do wspól­nej za­ba­wy.

Cry­stal Stilts. Zdą­ży­łem na koń­co­wy frag­ment ich wy­stę­pu, ale te kil­ka utwo­rów po­twier­dzi­ło opi­nię słu­cha­ją­cy­ch od po­cząt­ku. Wo­ka­li­sta i kla­wi­szo­wiec by­li tak dra­ma­tycz­nie na­stu­ka­ni, że ca­ły czas gra­li to sa­mo. Bar­dzo po­pu­lar­ny wśród pol­ski­ch mu­zy­ków nie­dba­ły styl wy­ni­kał praw­do­po­dob­nie ra­czej z nad­uży­cia środ­ków niż z bra­ku umie­jęt­no­ści. Ję­ki ku­dła­te­go wo­ka­li­sty i ban­ter we­so­łe­go kla­wi­sza po­wta­rza­ły się ni­czym przy­pły­wy i od­pły­wy oce­anu, zza któ­re­go przy­by­li. Dziew­czy­na na bęb­na­ch by­ła chy­ba naj­cie­kaw­szym ele­men­tem ich mu­zy­ki.

The Er­rors. Szko­ci z prze­pięk­nym szkoc­kim ak­cen­tem. Trud­no to na­zwać. Cha­os i sza­leń­stwo, oczy­wi­ście bęb­ny i gi­ta­ra, ale też kla­wi­sze, sam­ple, wi­zjo­ner­skie po­łą­cze­nie ener­gii punk roc­ka z czymś w ro­dza­ju fun­ku. Dla­cze­go jak je­st puls, to mu­si być na­zwa­ne to fun­kiem? Funk te­go ro­dza­ju, któ­ry nie wy­cho­dzi The Car Is On Fi­re, wrzu­ca­ją w du­żo cie­kaw­sze kon­tek­sty - nie de­li­kat­ne, nie ma­rzy­ciel­skie, tyl­ko im­pre­zo­we, rave’owe, nie go­rą­ce, tyl­ko sza­lo­ne, błysz­czą­ce i świe­że. In­for­ma­tor Of­fu do­no­si, że gra­li tra­sę z Un­der­world i to już da­je ja­kieś po­ję­cie o ty­ch jed­nak w du­żej mie­rze gi­ta­ro­wo-ha­ła­śli­wy­ch mło­dzia­ka­ch.

Fuc­ked Up. Ka­na­dyj­ski hard­co­re był re­we­la­cją pierw­sze­go dnia kon­cer­tów. Już po pierw­szym ka­wał­ku po­tęż­nie zbu­do­wa­ny (zwłasz­cza w oko­li­ca­ch brzu­cha i tył­ka) ły­sie­ją­cy wo­ka­li­sta ze­sko­czył ze sce­ny i bie­gał wśród pu­blicz­no­ści, pró­bu­jąc za­chę­cać ją do in­ten­syw­nej współ­pra­cy. Hard­co­re ła­ma­ny był pla­ma­mi gi­tar, ja­zgo­tu nie bra­ko­wa­ło, bo gi­tar by­ło trzy. Bar­dzo no­śna mu­zy­ka. Gdy­by był to He­ine­ken Open’er lub Przy­sta­nek Wo­od­stock, Fuc­ked Up roz­pie­przy­li­by fe­sti­wal w try mi­ga. W My­sło­wi­ca­ch te to­ny ło­sko­tu zo­sta­ły przy­ję­te bar­dzo życz­li­wie i po­rwa­ły do za­ba­wy chy­ba wszyst­ki­ch, nie li­cząc fa­nów Ga­by Kul­ki. Bar­dzo ry­zy­kow­ny, ale bez­błęd­ny wy­bór or­ga­ni­za­to­rów.

Geo­r­ge Do­rn Scre­ams. Dziew­czy­na śpie­wa, cho­ciaż nie tyl­ko, gra­ją chło­pa­ki, wszy­scy naj­wy­raź­niej wy­cho­wa­li się na Mo­gwai. Do­dat­ko­wy kon­tek­st: na­gra­li się w Sta­na­ch, z po­mo­cą Joh­na Con­gle­to­na. In­ten­syw­na, ale nie ma­syw­na mu­zy­ka. Me­lan­cho­lij­na i po pro­stu przy­gnę­bia­ją­ca, do­brze brzmi, ale jesz­cze nie chwy­ta tak, jak mo­że chwy­tać za pa­rę lat. Roz­wój po­żą­da­ny. Jak na Pol­skę cał­kiem w po­rząd­ku, jak na Off Fe­sti­val – w tym ro­ku jesz­cze tło.

Gru­pa KOT. Wcze­śniej mia­łem do czy­nie­nia z pły­tą te­go ze­spo­łu i ja­koś się nie za­ja­ra­łem. Zro­zu­mia­łem, gdy zo­ba­czy­łem ich na sce­nie głów­nej o go­dzi­nie 15 dru­gie­go dnia. To je­st wła­śnie coś do oglą­da­nia. Hip-hop gra­ny na ta­śma­ch z dwó­ch ma­gne­to­fo­nów i pięk­ne, śmiesz­ne i strasz­ne, po­etyc­kie i osie­dlo­we, i in­fan­tyl­ne tek­sty Wojt­ka Bą­kow­skie­go. Te­go od ru­bry­ki z ry­sun­ka­mi w „Ga­ze­cie Świą­tecz­nej”. Bar­dziej per­for­man­ce niż mu­zy­ka. God­ne uwa­gi. Cie­ka­we, ja­ki jesz­cze ga­tu­nek mu­zy­ki mo­gli­by wziąć na warsz­tat, bo ścież­ka hi­pho­po­wa wy­da­je się już koń­czyć. Na ra­zie - świet­ni, ale ko­niecz­nie na­ocz­nie.

He­al­th. Atrak­cyj­nie po­łą­czy­li ja­zgot i gę­sto­ść z dud­nie­niem w bęb­ny. Mie­li ta­kie spe­cjal­ne, za­wcza­su przy­go­to­wa­ne do­dat­ko­we ko­tły, mie­li do­ść sza­łu i ener­gii, że­by bie­gać po sce­nie we trzech i drzeć się do prze­ste­ro­wa­ny­ch mi­kro­fo­nów, na zmia­nę z ru­ty­no­wym gi­ta­ro­wym na­wa­la­niem i tłu­cze­niem w te ko­tły. Je­den z naj­bar­dziej ak­tyw­ny­ch ru­cho­wo ze­spo­łów. Re­pre­zen­to­wał na Of­fie frak­cję gę­sto-in­ten­syw­ną, opo­zy­cyj­ną wo­bec frak­cji czu­ło-de­li­kat­no-nu­dziar­skiej. Wi­do­wi­sko­wi. I ty po­lu­bi­sz no­ise.

Le­ch Ja­ner­ka. Za­grał sta­rą, ale ja­rą pły­tę „Hi­sto­ria pod­wod­na”, nie wie­dzieć cze­mu anon­so­wa­ną ja­ko „Hi­sto­rie pod­wod­ne”. Wy­ko­naw­ca nie­zmien­nie wzbu­dza­ją­cy en­tu­zja­zm pu­blicz­no­ści, za­pew­ne dla­te­go, że nie­za­wod­ny. No i co wię­cej? Na sce­nie go­ści­li mu­zy­cy, któ­rzy na co dzień z Ja­ner­ką już nie wy­stę­pu­ją, by­ły kla­wi­sze i sak­so­fon, ale nie zdą­ży­łem na przed­sta­wia­nie ze­spo­łu. By­ła ener­gia jak za­wsze, no i pa­rę utwo­rów, któ­ry­ch nie ma w że­la­znym re­per­tu­arze kon­cer­to­wym Ja­ner­ki. Za­wsze war­to.

Je­re­my Jay. Za­chwa­la­ny przez Zmy­wa­ka z Mu­zy­ki Koń­ca La­ta chło­pa­czek rze­czy­wi­ście za­grał bez­pre­ten­sjo­nal­ny, me­lo­dyj­ny kon­cert. Bez­sprzecz­nie je­go ta­lent do pio­se­nek je­st wiel­ki. Na­le­ży jed­nak mieć na­dzie­ję, że jesz­cze z kimś prze­ćwi­czy śpie­wa­nie i bar­dziej bę­dzie się przy­kła­dał do gra­nia, bo by­ło okrut­nie nie­chluj­nie. Uro­czy pop z so­lid­nym pul­sem, ja­kie­go mo­gli­by Jeremy’emu po­zaz­dro­ścić ta­cy np. The Car Is On Fi­re, za­brzmiał słod­ko, ale iry­to­wa­ło by­le ja­kie wy­ko­na­nie. Fa­cet z Ka­li­for­nii je­st na mo­jej li­ście.

Ga­ba Kul­ka. Ko­bie­ta, któ­ra ma opi­nię oso­by ro­bią­cej w mu­zy­ce wszyst­ko, na co przyj­dzie jej ocho­ta, rze­czy­wi­ście pre­zen­tu­je na sce­nie swo­je świa­ty. Mu­zy­kę ma in­te­re­su­ją­cą, choć każ­dy, kto sły­szał To­ri Amos, bę­dzie zie­wał. Pro­blem pa­ni Ga­by po­le­ga mo­im zda­niem na tym, że śpie­wa zbyt szkol­nie. Sły­sza­łem z nią wy­wiad ra­dio­wy, ma wspa­nia­ły głos. Za­czy­na śpie­wać - i bu­dzi się dia­beł pisz­czał­ka. Trud­no o przy­jem­no­ść słu­cha­nia. A z Of­fu za­pa­mię­ta­łem głów­nie to, że ma­jąc na wy­stęp 45 mi­nut, pa­ni Ga­ba spę­dzi­ła kwa­drans, „prze­bie­ra­jąc się na wy­stęp”. Po­sia­da­nie osob­ny­ch stro­jów do pró­by dźwię­ku i do kon­cer­tu mu­si bu­dzić sza­cu­nek. Peł­na pro­fe­ska!

Kum­ka Olik. Ulu­bień­cy czę­ści pra­sy mie­li aż dwie oka­zje, że­by do­wie­ść, jak bar­dzo prze­cho­dzo­na je­st ich mu­zy­ka, jak sła­be są tek­sty i jak fa­tal­ny je­st wo­kal. W peł­ni im się to uda­ło. Są po­twier­dze­niem te­go, że ma­in­stre­amo­we wiel­kie wy­twór­nie lu­bią słu­chać pio­se­nek, któ­re już wcze­śniej sły­sza­ły. Na Of­fie nie by­ło in­ne­go ze­spo­łu, któ­ry tak dra­stycz­nie jak oni nie da­wał ra­dy. Ale mło­dzi są, a mło­dy wiek sprzy­ja ucze­niu się. Po­cze­kaj­my, nie skre­ślaj­my.

Mi­ca­chu And The Sha­pes. Za­po­wia­da­ło się re­we­la­cyj­nie, jed­nak roz­cza­ro­wa­ła. Bar­dzo po­noć uta­len­to­wa­na i łą­czą­ca sza­le­nie od­le­głe ga­tun­ki mło­dziut­ka dziew­czy­na z to­wa­rzy­sze­niem dwój­ki in­stru­men­ta­li­stów stwo­rzy­ła faj­ne wi­do­wi­sko, ale nie po­ra­dzi­ła so­bie z for­mu­łą fe­sti­wa­lu. Z ar­ty­stycz­nym za­cię­ciem po­da­wa­ła ni­by to ta­kie awan­gar­do­we i do przo­du ka­wał­ki, któ­re by­ły bez­na­dziej­nie nud­ne. Pół bie­dy jesz­cze, gdy za­le­wa­ła pu­bli­kę ha­ła­sem, gdy śpie­wa­ła. Ale te pseu­do­dzie­cię­ce, ni­by na­iw­ne, okrop­nie nud­ne me­lo­dyj­ki spo­wo­do­wa­ły mo­ją ka­pi­tu­la­cję i od­wrót. Pre­zen­cja nie­zła, mu­zy­ka ni­ja­ka.

Mo­no­to­nix. Przed ich kon­cer­tem nie mo­głem z za­przy­jaź­nio­nym re­dak­to­rem mu­zycz­nym doj­ść do kon­sen­su­su w spra­wie te­go, czy Mo­no­to­nix są bar­dziej, czy mniej prze­gię­tą wer­sją Kwa­dra­to­wy­ch. Wy­stęp, pod­czas któ­re­go od po­cząt­ku znaj­do­wa­li się wśród pu­blicz­no­ści - no­sze­ni na rę­ka­ch, plu­ją­cy, ska­czą­cy z bęb­na tak­to­we­go w roz­tań­czo­ny tłum - po­ka­zał, że są bar­dzo kon­tak­to­wi. Po­tra­fią grać swo­je­go cięż­kie­go, pro­stu z lat 70. hard roc­ka we wszel­ki­ch ko­smicz­ny­ch po­zy­cja­ch. Pe­ru­ki, wą­sy, go­łe kla­ty, ob­ra­ża­nie pu­blicz­no­ści... Wi­dzo­wie ich ku­pi­li i nie mo­gli się z ni­mi roz­stać.

Mu­zy­ka Koń­ca La­ta. Eki­pa z Miń­ska Ma­zo­wiec­kie­go zro­bi­ła świet­ne wra­że­nie. Na tym fe­sti­wa­lu peł­nym bą­dź to si­lą­cy­ch się, bą­dź to na­tu­ral­ny­ch awan­gar­dow­ców, dla któ­ry­ch me­lo­dia czy re­fren to hań­bią­ce ele­men­ty twór­czo­ści, MKL bez par­do­nu i bez stre­su po­ka­za­li się ze swo­imi sty­lo­wy­mi, pe­ry­fe­ryj­ny­mi, pa­ste­lo­wy­mi pio­sen­ka­mi. Kon­cert był ra­czej za­ba­wo­wy i pu­bli­ka wy­cho­dzi­ła zeń z uśmie­cha­mi od ucha do ucha. Mu­zy­ka Koń­ca La­ta chwy­ta za ser­ce. Je­st jesz­cze w Pol­sce bez­pre­ten­sjo­nal­no­ść i wdzięk.

Ma­ris­sa Nad­ler. Fa­chow­cy na­zy­wa­ją to, czym się zaj­mu­je, son­gw­ri­tin­giem. Na pły­ta­ch ro­bi po­tęż­ne wra­że­nie: skrom­ne aran­ża­cje, cza­ro­dziej­ski kli­mat, sen­ny śpiew. Kru­cho­ść przy­ku­wa­ją­ca uwa­gę. Na ży­wo wy­szło mniej atrak­cyj­nie. Ma­ris­sa naj­pierw tyl­ko akom­pa­niu­ją­ca so­bie na gi­ta­rze, póź­niej już z ze­spo­łem da­ła kon­cert uro­czy, ale na dłuż­szą me­tę zbyt jed­no­rod­ny. My­sło­wic­ki bie­gun cie­pła, de­li­kat­no­ści i skrom­no­ści.

The Na­tio­nal. Hit ca­łe­go fe­sti­wa­lu. Bar­dzo in­ten­syw­ny, go­rą­cy i kon­tak­to­wy wy­stęp. Póź­no w no­cy, gdy by­ło już bar­dzo zim­no, zgro­ma­dzi­li pod głów­ną sce­ną ty­sią­ce lu­dzi, z cza­sem co­raz bar­dziej za­chwy­co­ny­ch. Świet­na for­ma wo­ka­li­sty Mat­ta Be­rin­ge­ra, któ­ry ukrad­kiem wpro­wa­dzał do or­ga­ni­zmu co­raz wię­cej bia­łe­go wi­na, i pro­gre­syw­ne w sto­sun­ku do płyt aran­ża­cje zro­bi­ły ol­brzy­mie wra­że­nie. Kon­takt z pu­blicz­no­ścią rów­nał się chy­ba tyl­ko z tym, co da­li z sie­bie Mo­no­to­nix. Mą­dre, nie­na­rzu­ca­ją­ce się, świa­do­me swo­jej war­to­ści gra­nie.

The Pa­ins Of Be­ing Pu­re At He­art. Mło­da sta­żem i wie­kiem no­wo­jor­ska ka­pe­la, gra­ją­ca tak nie­win­ne­go gi­ta­ro­we­go roc­ka pro­sto ze szko­ły śred­niej, że aż wy­wo­łu­je to uśmie­ch. Nie są ta­ką re­we­la­cją kon­cer­to­wą, jak za­po­wia­da­no, ale przy­naj­mniej ma­ją po­rząd­nie opa­no­wa­ne pa­ten­ty My Blo­ody Va­len­ti­ne, chy­ba naj­czę­ściej cy­to­wa­ne­go ze­spo­łu te­go Off Fe­sti­va­lu. Wo­ka­li­sta lu­bi być bar­dzo ci­chy, za bar­dzo. Ten uj­mu­ją­cy ze­spół ma szan­sę na ol­brzy­mią ka­rie­rę. Wszak w skła­dzie ma­ją nie mniej no­wo­jor­ski­ch Ży­dów niż sa­mi Be­astie Boys!

Ma­ria Pe­szek. Wciąż jesz­cze le­piej so­bie ra­dzi z wy­stę­po­wa­niem niż z pi­sa­niem tek­stów i śpie­wa­niem. Wciąż jej naj­lep­szy ka­wa­łek to ten Wa­glew­skie­go. No­wa pły­ta to w naj­lep­szym wy­pad­ku krok w bok, w gor­szym do ty­łu. Pio­sen­ki się nie za­pa­mię­tu­ją, tek­sty też nie – za to w gło­wie zo­sta­ją tań­ce, sko­ki i mi­ny ro­bio­ne przez Ma­rię. To też je­st ja­kiś ka­pi­tał.

Pust­ki. War­sza­wia­cy zbie­ra­ją się do ku­py po al­bu­mie, któ­ry nie po­ka­zał peł­ni ich moż­li­wo­ści. Na kon­cer­cie go­ści­łem tyl­ko przez koń­co­we mi­nu­ty, ale mo­kra gło­wa Rad­ka Łu­ka­sie­wi­cza i ży­wio­ło­we za­cho­wa­nie pu­blicz­no­ści uświa­do­mi­ły mi, że kon­cert był ener­ge­tycz­ny. To do­brze, bo na pły­cie te­go wła­śnie za­bra­kło. Te­raz Pust­ki, jak zo­rien­to­wa­łem się z kon­sul­ta­cji, wró­ci­ły do for­my. Koń­co­wa im­pro­wi­za­cja nie by­ła, jak to się ostat­nio zda­rza­ło, roz­wle­kła i do­ni­kąd, ale po­ry­wa­ła i po­ka­za­ła ze­spół zgra­ny i zde­cy­do­wa­ny na wszyst­ko. Tak trzy­mać, te­raz chcę ich zo­ba­czyć na dłuż­szym kon­cer­cie. I cze­kam na no­we na­gra­nia.

Skin­ny Pa­tri­ni. Efek­tow­ny wi­zu­al­nie i bez­pru­de­ryj­ny nie tyl­ko mu­zycz­nie wy­stęp. Ta­necz­ne, za­ba­wo­we, krej­zol­skie elec­tro to nie je­st to, co mnie za­chwy­ca, ale ta pa­ra je­st tak przy­stęp­na, tak sza­lo­na i ki­czo­wa­ta, że ja ich chwy­tam. To ma sens. Mu­zy­ka to nie tyl­ko po­gię­te rif­fy, po­ła­ma­ne ryt­my i tek­sty o umie­ra­niu oraz nie­zro­zu­mie­niu, ja­kie ofe­ro­wa­ła czę­ść ar­ty­stów na te­go­rocz­nym fe­sti­wa­lu. Mo­że być śmiesz­nie, mo­że być jed­no­cze­śnie faj­nie. Nie trze­ba uczyć, że­by ba­wić.

Spi­ri­tu­ali­zed. Jak na Bry­tyj­czy­ków sta­now­czo za du­że prze­gię­cie w stro­nę go­spel. Dwie do­dat­ko­we wo­ka­list­ki śpie­wa­ły bar­dzo pięk­nie, ale kon­cert był tak wol­ny, roz­la­zły i na­boż­ny, że fla­ki się wy­wra­ca­ły czło­wie­ko­wi. Moż­na to uznać za pięk­ne, moż­na to uznać za nud­ne. Pri­mal­scre­amo­wy trop soul/gospel/country zo­stał po­głę­bio­ny aż do ko­ści. Wcze­śniej Ja­son Pier­ce brał nar­ko­ty­ki, że­by two­rzyć mu­zy­kę do­brą do bra­nia nar­ko­ty­ków. Prze­stał brać i te­raz na­wet nar­ko­ty­ki nie mo­gą po­móc w słu­cha­niu je­go kon­cer­tów. Ale co kto lu­bi.

Wi­re. We­te­ra­ni pun­ko­we­go po­dej­ścia i śred­nio pun­ko­wej mu­zy­ki gra­li ostat­nie­go dnia fe­sti­wa­lu w cen­trum kul­tu­ry przy­po­mi­na­ją­cym śred­niej wiel­ko­ści sa­lę ki­no­wą. Po­cząt­ko­wo nie­uf­ną pu­blicz­no­ść za­sko­czy­li bar­dzo ostry­mi, gę­sty­mi, skan­do­wa­ny­mi ka­wał­ka­mi, zu­peł­nie nie in­die, zu­peł­nie nie al­ter­na­tyw­ny­mi, tyl­ko po sta­re­mu ha­ła­śli­wie pun­ko­wy­mi. Jed­nak. Z cza­sem prze­szli do naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ny­ch dla sie­bie zła­ma­ny­ch i mniej akor­do­wy­ch, a bar­dziej za­gryw­ko­wy­ch ka­wał­ków. Gdzie­nie­gdzie do­wa­li­li trans­ami w sty­lu Kil­ling Jo­ke. Sam Ka­mil Si­po­wi­cz, przez więk­szo­ść kon­cer­tu zno­szą­cy ha­łas bez mru­gnię­cia okiem, pod ko­niec po­rzu­cił stos płyt i pi­cie pod ścia­ną i ru­szył pod sa­mą sce­nę. Bić bra­wo, drzeć się i drżeć, i wy­tu­pać dwa bi­sy. Nikt je­go rze­czy oczy­wi­ście nie ru­szył. To je­st Off.

Wo­oden Shjips. Dwaj dłu­go­wło­si bro­da­cze i ich dwaj ogo­le­ni, z trosz­kę mniej­szy­mi czu­pry­na­mi ko­le­dzy za­gra­li tzw. swo­je. Dłu­gie, trans­owe kom­po­zy­cje, czę­sto opar­te na jed­nym akor­dzie (plus dru­gi akord w czymś w ro­dza­ju re­fre­nu) roz­brzmie­wa­ły w naj­lep­szym fe­sti­wa­lo­wym cza­sie, mię­dzy 22 a pół­no­cą. Nie­ste­ty, trud­no się gra­niem Ka­li­for­nij­czy­ków za­chwy­cać. Brak kon­tak­tu, żad­nej che­mii, nie zro­zu­mia­łem ich. Być mo­że na­le­ża­ło za­in­we­sto­wać w ja­kieś środ­ki odu­rza­ją­ce, że­by prze­drzeć się przez tę kon­tem­pla­cyj­ną mu­zy­kę do ją­dra świa­tło­ści.

Wo­ody Alien. Naj­gło­śniej­szy wy­stęp w tym ro­ku, choć tyl­ko dwa in­stru­men­ty. Wo­ody za­grał na sce­nie eks­pe­ry­men­tal­nej, czy­li w tzw. re­mi­zie, naj­mniej­szym miej­scu, gdzie moż­na by­ło uczest­ni­czyć w kon­cer­ta­ch, więc ener­gii moż­na by­ło do­słow­nie do­tknąć. Sa­la by­ła peł­na nie tyl­ko lu­dzi, ale też trans­owe­go, gę­ste­go noise’u ro­bio­ne­go przez bas i per­ku­sję. Bar­dzo ener­ge­tycz­na gru­pa, wbrew po­zo­rom two­rzą­ca me­lo­dyj­ne ka­wa­ły mię­sa. Pod­czas Off Fe­sti­va­lu pre­mie­rę mia­ła ich trze­cia pły­ta. Zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szy pol­ski ma­te­riał eks­por­to­wy z te­go, co za­pre­zen­to­wa­ło się na Of­fie.

Dodaj komentarz