Off Festival nr 4, Mysłowice, 6–9 sierpnia 2009

Posted on 13/08/2009 by

0


Pierwszego dnia nie dotar­łem na festi­wal, wcale nie dla­tego, żebym był na U2. Drugiego, trze­ciego i czwar­tego widzia­łem mnó­stwo kon­cer­tów, sta­ra­łem się jed­nak omi­jać rze­czy dobrze mi znane i czę­sto widziane na kon­cer­tach w Warszawie, stra­cili na tym m.in. Janerka, Pustki, Komety, Armia, czyli wyko­nawcy czę­sto wymie­niani przez oglą­da­ją­cych festi­wal jako tzw. magnesy. Widziałem ich po kilka-kilkanaście minut lub wcale. Wszystkie spo­strze­że­nia gru­puję w kolej­no­ści alfabetycznej.

The Car Is On Fire. Rokendrol i funk bez amu­ni­cji. Poszedłem z cie­ka­wo­ści na ich występ, bo nagry­wa­nie za gra­nicą suge­ruje, że przez te kilka lat kariery kra­jo­wej zro­bili postęp. Cóż... Na kon­cer­cie było dość sen­nie, mimo dogod­nej do tanów pory (21.30) wielu słu­cha­czy legło pod ścia­nami namiotu, co suge­ruje, że skoczna muzyka TCIOF nie zro­biła na nich kolo­sal­nego wra­że­nia. Sympatyczne gra­nie, nie­mniej szkoda było na nich namiotu, który powi­nien słu­żyć bar­dziej eks­pre­syj­nym wyko­naw­com. Poprawić pio­senki, popra­wić wokal i może za parę lat lepiej się uda, bo na razie wyszło takie pitu-pitu.

casioCasiotone For The Painfully Alone. Mam tak nabożny sto­su­nek do tego wyko­nawcy, że nie spo­dzie­wa­łem się go zoba­czyć w Polsce. A tu pro­szę — w dogod­nym cza­sie i miej­scu mogłem spraw­dzić, jak mu idzie z publiką. Publiki raczej uby­wało, niż przy­by­wało, ale oka­zało się, że dużo jest u nas die-hard fanów Owena Ashwortha (na foto­gra­fii, w aure­oli). On też z cza­sem się wylu­zo­wał, zdjął nawet oku­lary, a także popsuł coś w swoim sprzę­cie. Ta jed­no­oso­bowa, dys­tyn­go­wana, wiejsko-podmiejska elek­tro­nika z bolą­cymi tek­stami, mimo że raczej odstra­szyła słu­cha­czy pierw­szego kon­taktu, faj­nie wpi­sała się w tego­roczny Off. Boski wokal, boski brzuch Owena i roz­bra­ja­jące pod­kłady to wielka rzecz.

The Complainer & The Complainers. Grupa pod dowódz­twem szefa nie­od­ża­ło­wa­nego Mik.Musik Wojtka Kucharczyka zapre­zen­to­wała rady­kal­nie rado­sny set, w któ­rym nie unik­nęła zde­rze­nia z legendą Michaela Jacksona. Przystrojeni w kwiaty na wzór hawaj­ski, na pla­żo­wej sce­nie Miasta Muzyki zamie­niali się instru­men­tami, tań­czyli, śpie­wali na kilka gło­sów, z miej­sca ocza­ro­wu­jąc publicz­ność. Świeży powiew bez­kom­pro­mi­so­wo­ści i nie­spi­na­nia się — w Polsce połą­cze­nie dość egzo­tyczne.

Cool Kids Of Death. Odegrali całą swoją pierw­szą płytę z wyjąt­kiem utworu przed­ostat­niego, który się nie zmie­ścił w ramówce. Energia jest, pio­senki rze­czy­wi­ście naj­lep­sze robili za młodu, a wokal ze sła­bego zro­bił się już bar­dzo słaby. W zamian – ruch sce­niczny. Publiczności występ się podo­bał, jak to się mówi, grupa wcią­gnęła lud­ność do wspól­nej zabawy.

Crystal Stilts. Zdążyłem na koń­cowy frag­ment ich występu, ale te kilka utwo­rów potwier­dziło opi­nię słu­cha­ją­cych od początku. Wokalista i kla­wi­szo­wiec byli tak dra­ma­tycz­nie nastu­kani, że cały czas grali to samo. Bardzo popu­larny wśród pol­skich muzy­ków nie­dbały styl wyni­kał praw­do­po­dob­nie raczej z nad­uży­cia środ­ków niż z braku umie­jęt­no­ści. Jęki kudła­tego woka­li­sty i ban­ter weso­łego kla­wi­sza powta­rzały się niczym przy­pływy i odpływy oce­anu, zza któ­rego przy­byli. Dziewczyna na bęb­nach była chyba naj­cie­kaw­szym ele­men­tem ich muzyki.

The Errors. Szkoci z prze­pięk­nym szkoc­kim akcen­tem. Trudno to nazwać. Chaos i sza­leń­stwo, oczy­wi­ście bębny i gitara, ale też kla­wi­sze, sam­ple, wizjo­ner­skie połą­cze­nie ener­gii punk rocka z czymś w rodzaju funku. Dlaczego jak jest puls, to musi być nazwane to fun­kiem? Funk tego rodzaju, który nie wycho­dzi The Car Is On Fire, wrzu­cają w dużo cie­kaw­sze kon­tek­sty — nie deli­katne, nie marzy­ciel­skie, tylko impre­zowe, rave’owe, nie gorące, tylko sza­lone, błysz­czące i świeże. Informator Offu donosi, że grali trasę z Underworld i to już daje jakieś poję­cie o tych jed­nak w dużej mie­rze gitarowo-hałaśliwych młodziakach.

Fucked Up. Kanadyjski hard­core był rewe­la­cją pierw­szego dnia kon­cer­tów. Już po pierw­szym kawałku potęż­nie zbu­do­wany (zwłasz­cza w oko­li­cach brzu­cha i tyłka) łysie­jący woka­li­sta zesko­czył ze sceny i bie­gał wśród publicz­no­ści, pró­bu­jąc zachę­cać ją do inten­syw­nej współ­pracy. Hardcore łamany był pla­mami gitar, jazgotu nie bra­ko­wało, bo gitar było trzy. Bardzo nośna muzyka. Gdyby był to Heineken Open’er lub Przystanek Woodstock, Fucked Up roz­pie­przy­liby festi­wal w try miga. W Mysłowicach te tony łoskotu zostały przy­jęte bar­dzo życz­li­wie i porwały do zabawy chyba wszyst­kich, nie licząc fanów Gaby Kulki. Bardzo ryzy­kowny, ale bez­błędny wybór organizatorów.

George Dorn Screams. Dziewczyna śpiewa, cho­ciaż nie tylko, grają chło­paki, wszy­scy naj­wy­raź­niej wycho­wali się na Mogwai. Dodatkowy kon­tekst: nagrali się w Stanach, z pomocą Johna Congletona. Intensywna, ale nie masywna muzyka. Melancholijna i po pro­stu przy­gnę­bia­jąca, dobrze brzmi, ale jesz­cze nie chwyta tak, jak może chwy­tać za parę lat. Rozwój pożą­dany. Jak na Polskę cał­kiem w porządku, jak na Off Festival – w tym roku jesz­cze tło.

Grupa KOT. Wcześniej mia­łem do czy­nie­nia z płytą tego zespołu i jakoś się nie zaja­ra­łem. Zrozumiałem, gdy zoba­czy­łem ich na sce­nie głów­nej o godzi­nie 15 dru­giego dnia. To jest wła­śnie coś do oglą­da­nia. Hip-hop grany na taśmach z dwóch magne­to­fo­nów i piękne, śmieszne i straszne, poetyc­kie i osie­dlowe, i infan­tylne tek­sty Wojtka Bąkowskiego. Tego od rubryki z rysun­kami w „Gazecie Świą­tecz­nej”. Bardziej per­for­mance niż muzyka. Godne uwagi. Ciekawe, jaki jesz­cze gatu­nek muzyki mogliby wziąć na warsz­tat, bo ścieżka hipho­powa wydaje się już koń­czyć. Na razie — świetni, ale koniecz­nie naocznie.

Health. Atrakcyjnie połą­czyli jazgot i gęstość z dud­nie­niem w bębny. Mieli takie spe­cjalne, zawczasu przy­go­to­wane dodat­kowe kotły, mieli dość szału i ener­gii, żeby bie­gać po sce­nie we trzech i drzeć się do prze­ste­ro­wa­nych mikro­fo­nów, na zmianę z ruty­no­wym gita­ro­wym nawa­la­niem i tłu­cze­niem w te kotły. Jeden z naj­bar­dziej aktyw­nych ruchowo zespo­łów. Reprezentował na Offie frak­cję gęsto-intensywną, opo­zy­cyjną wobec frak­cji czuło-delikatno-nudziarskiej. Widowiskowi. I ty polu­bisz noise.

Lech Janerka. Zagrał starą, ale jarą płytę „Historia pod­wodna”, nie wie­dzieć czemu anon­so­waną jako „Historie pod­wodne”. Wykonawca nie­zmien­nie wzbu­dza­jący entu­zjazm publicz­no­ści, zapewne dla­tego, że nie­za­wodny. No i co wię­cej? Na sce­nie gościli muzycy, któ­rzy na co dzień z Janerką już nie wystę­pują, były kla­wi­sze i sak­so­fon, ale nie zdą­ży­łem na przed­sta­wia­nie zespołu. Była ener­gia jak zawsze, no i parę utwo­rów, któ­rych nie ma w żela­znym reper­tu­arze kon­cer­to­wym Janerki. Zawsze warto.

Jeremy Jay. Zachwalany przez Zmywaka z Muzyki Końca Lata chło­pa­czek rze­czy­wi­ście zagrał bez­pre­ten­sjo­nalny, melo­dyjny kon­cert. Bezsprzecznie jego talent do pio­se­nek jest wielki. Należy jed­nak mieć nadzieję, że jesz­cze z kimś prze­ćwi­czy śpie­wa­nie i bar­dziej będzie się przy­kła­dał do gra­nia, bo było okrut­nie nie­chluj­nie. Uroczy pop z solid­nym pul­sem, jakiego mogliby Jeremy’emu pozaz­dro­ścić tacy np. The Car Is On Fire, zabrzmiał słodko, ale iry­to­wało byle jakie wyko­na­nie. Facet z Kalifornii jest na mojej liście.

Gaba Kulka. Kobieta, która ma opi­nię osoby robią­cej w muzyce wszystko, na co przyj­dzie jej ochota, rze­czy­wi­ście pre­zen­tuje na sce­nie swoje światy. Muzykę ma inte­re­su­jącą, choć każdy, kto sły­szał Tori Amos, będzie zie­wał. Problem pani Gaby polega moim zda­niem na tym, że śpiewa zbyt szkol­nie. Słyszałem z nią wywiad radiowy, ma wspa­niały głos. Zaczyna śpie­wać — i budzi się dia­beł pisz­czałka. Trudno o przy­jem­ność słu­cha­nia. A z Offu zapa­mię­ta­łem głów­nie to, że mając na występ 45 minut, pani Gaba spę­dziła kwa­drans, „prze­bie­ra­jąc się na występ”. Posiadanie osob­nych stro­jów do próby dźwięku i do kon­certu musi budzić sza­cu­nek. Pełna pro­fe­ska!

Kumka Olik. Ulubieńcy czę­ści prasy mieli aż dwie oka­zje, żeby dowieść, jak bar­dzo prze­cho­dzona jest ich muzyka, jak słabe są tek­sty i jak fatalny jest wokal. W pełni im się to udało. Są potwier­dze­niem tego, że main­stre­amowe wiel­kie wytwór­nie lubią słu­chać pio­se­nek, które już wcze­śniej sły­szały. Na Offie nie było innego zespołu, który tak dra­stycz­nie jak oni nie dawał rady. Ale mło­dzi są, a młody wiek sprzyja ucze­niu się. Poczekajmy, nie skreślajmy.

Micachu And The Shapes. Zapowiadało się rewe­la­cyj­nie, jed­nak roz­cza­ro­wała. Bardzo ponoć uta­len­to­wana i łącząca sza­le­nie odle­głe gatunki mło­dziutka dziew­czyna z towa­rzy­sze­niem dwójki instru­men­ta­li­stów stwo­rzyła fajne wido­wi­sko, ale nie pora­dziła sobie z for­mułą festi­walu. Z arty­stycz­nym zacię­ciem poda­wała niby to takie awan­gar­dowe i do przodu kawałki, które były bez­na­dziej­nie nudne. Pół biedy jesz­cze, gdy zale­wała publikę hała­sem, gdy śpie­wała. Ale te pseu­do­dzie­cięce, niby naiwne, okrop­nie nudne melo­dyjki spo­wo­do­wały moją kapi­tu­la­cję i odwrót. Prezencja nie­zła, muzyka nijaka.

Monotonix. Przed ich kon­cer­tem nie mogłem z zaprzy­jaź­nio­nym redak­to­rem muzycz­nym dojść do kon­sen­susu w spra­wie tego, czy Monotonix są bar­dziej, czy mniej prze­giętą wer­sją Kwadratowych. Występ, pod­czas któ­rego od początku znaj­do­wali się wśród publicz­no­ści — noszeni na rękach, plu­jący, ska­czący z bębna tak­to­wego w roz­tań­czony tłum — poka­zał, że są bar­dzo kon­tak­towi. Potrafią grać swo­jego cięż­kiego, pro­stu z lat 70. hard rocka we wszel­kich kosmicz­nych pozy­cjach. Peruki, wąsy, gołe klaty, obra­ża­nie publicz­no­ści... Widzowie ich kupili i nie mogli się z nimi rozstać.

Muzyka Końca Lata. Ekipa z Mińska Mazowieckiego zro­biła świetne wra­że­nie. Na tym festi­walu peł­nym bądź to silą­cych się, bądź to natu­ral­nych awan­gar­dow­ców, dla któ­rych melo­dia czy refren to hań­biące ele­menty twór­czo­ści, MKL bez par­donu i bez stresu poka­zali się ze swo­imi sty­lo­wymi, pery­fe­ryj­nymi, paste­lo­wymi pio­sen­kami. Koncert był raczej zaba­wowy i publika wycho­dziła zeń z uśmie­chami od ucha do ucha. Muzyka Końca Lata chwyta za serce. Jest jesz­cze w Polsce bez­pre­ten­sjo­nal­ność i wdzięk.

Marissa Nadler. Fachowcy nazy­wają to, czym się zaj­muje, son­gw­ri­tin­giem. Na pły­tach robi potężne wra­że­nie: skromne aran­ża­cje, cza­ro­dziej­ski kli­mat, senny śpiew. Kruchość przy­ku­wa­jąca uwagę. Na żywo wyszło mniej atrak­cyj­nie. Marissa naj­pierw tylko akom­pa­niu­jąca sobie na gita­rze, póź­niej już z zespo­łem dała kon­cert uro­czy, ale na dłuż­szą metę zbyt jed­no­rodny. Mysłowicki bie­gun cie­pła, deli­kat­no­ści i skromności.

The National. Hit całego festi­walu. Bardzo inten­sywny, gorący i kon­tak­towy występ. Późno w nocy, gdy było już bar­dzo zimno, zgro­ma­dzili pod główną sceną tysiące ludzi, z cza­sem coraz bar­dziej zachwy­co­nych. Świetna forma woka­li­sty Matta Beringera, który ukrad­kiem wpro­wa­dzał do orga­ni­zmu coraz wię­cej bia­łego wina, i pro­gre­sywne w sto­sunku do płyt aran­ża­cje zro­biły olbrzy­mie wra­że­nie. Kontakt z publicz­no­ścią rów­nał się chyba tylko z tym, co dali z sie­bie Monotonix. Mądre, nie­na­rzu­ca­jące się, świa­dome swo­jej war­to­ści gra­nie.

The Pains Of Being Pure At Heart. Młoda sta­żem i wie­kiem nowo­jor­ska kapela, gra­jąca tak nie­win­nego gita­ro­wego rocka pro­sto ze szkoły śred­niej, że aż wywo­łuje to uśmiech. Nie są taką rewe­la­cją kon­cer­tową, jak zapo­wia­dano, ale przy­naj­mniej mają porząd­nie opa­no­wane patenty My Bloody Valentine, chyba naj­czę­ściej cyto­wa­nego zespołu tego Off Festivalu. Wokalista lubi być bar­dzo cichy, za bar­dzo. Ten ujmu­jący zespół ma szansę na olbrzy­mią karierę. Wszak w skła­dzie mają nie mniej nowo­jor­skich Żydów niż sami Beastie Boys!

Maria Peszek. Wciąż jesz­cze lepiej sobie radzi z wystę­po­wa­niem niż z pisa­niem tek­stów i śpie­wa­niem. Wciąż jej naj­lep­szy kawa­łek to ten Waglewskiego. Nowa płyta to w naj­lep­szym wypadku krok w bok, w gor­szym do tyłu. Piosenki się nie zapa­mię­tują, tek­sty też nie – za to w gło­wie zostają tańce, skoki i miny robione przez Marię. To też jest jakiś kapi­tał.

Pustki. Warszawiacy zbie­rają się do kupy po albu­mie, który nie poka­zał pełni ich moż­li­wo­ści. Na kon­cer­cie gości­łem tylko przez koń­cowe minuty, ale mokra głowa Radka Łuka­sie­wi­cza i żywio­łowe zacho­wa­nie publicz­no­ści uświa­do­miły mi, że kon­cert był ener­ge­tyczny. To dobrze, bo na pły­cie tego wła­śnie zabra­kło. Teraz Pustki, jak zorien­to­wa­łem się z kon­sul­ta­cji, wró­ciły do formy. Końcowa impro­wi­za­cja nie była, jak to się ostat­nio zda­rzało, roz­wle­kła i doni­kąd, ale pory­wała i poka­zała zespół zgrany i zde­cy­do­wany na wszystko. Tak trzy­mać, teraz chcę ich zoba­czyć na dłuż­szym kon­cer­cie. I cze­kam na nowe nagrania.

Skinny Patrini. Efektowny wizu­al­nie i bez­pru­de­ryjny nie tylko muzycz­nie występ. Taneczne, zaba­wowe, krej­zol­skie elec­tro to nie jest to, co mnie zachwyca, ale ta para jest tak przy­stępna, tak sza­lona i kiczo­wata, że ja ich chwy­tam. To ma sens. Muzyka to nie tylko pogięte riffy, poła­mane rytmy i tek­sty o umie­ra­niu oraz nie­zro­zu­mie­niu, jakie ofe­ro­wała część arty­stów na tego­rocz­nym festi­walu. Może być śmiesz­nie, może być jed­no­cze­śnie faj­nie. Nie trzeba uczyć, żeby bawić.

Spiritualized. Jak na Brytyjczyków sta­now­czo za duże prze­gię­cie w stronę gospel. Dwie dodat­kowe woka­listki śpie­wały bar­dzo pięk­nie, ale kon­cert był tak wolny, roz­la­zły i nabożny, że flaki się wywra­cały czło­wie­kowi. Można to uznać za piękne, można to uznać za nudne. Primalscreamowy trop soul/gospel/country został pogłę­biony aż do kości. Wcześniej Jason Pierce brał nar­ko­tyki, żeby two­rzyć muzykę dobrą do bra­nia nar­ko­ty­ków. Przestał brać i teraz nawet nar­ko­tyki nie mogą pomóc w słu­cha­niu jego kon­cer­tów. Ale co kto lubi.

Wire. Weterani pun­ko­wego podej­ścia i śred­nio pun­ko­wej muzyki grali ostat­niego dnia festi­walu w cen­trum kul­tury przy­po­mi­na­ją­cym śred­niej wiel­ko­ści salę kinową. Początkowo nie­ufną publicz­ność zasko­czyli bar­dzo ostrymi, gęstymi, skan­do­wa­nymi kawał­kami, zupeł­nie nie indie, zupeł­nie nie alter­na­tyw­nymi, tylko po sta­remu hała­śli­wie pun­ko­wymi. Jednak. Z cza­sem prze­szli do naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nych dla sie­bie zła­ma­nych i mniej akor­do­wych, a bar­dziej zagryw­ko­wych kawał­ków. Gdzieniegdzie dowa­lili trans­ami w stylu Killing Joke. Sam Kamil Sipowicz, przez więk­szość kon­certu zno­szący hałas bez mru­gnię­cia okiem, pod koniec porzu­cił stos płyt i picie pod ścianą i ruszył pod samą scenę. Bić brawo, drzeć się i drżeć, i wytu­pać dwa bisy. Nikt jego rze­czy oczy­wi­ście nie ruszył. To jest Off.

Wooden Shjips. Dwaj dłu­go­włosi bro­da­cze i ich dwaj ogo­leni, z troszkę mniej­szymi czu­pry­nami kole­dzy zagrali tzw. swoje. Długie, trans­owe kom­po­zy­cje, czę­sto oparte na jed­nym akor­dzie (plus drugi akord w czymś w rodzaju refrenu) roz­brzmie­wały w naj­lep­szym festi­wa­lo­wym cza­sie, mię­dzy 22 a pół­nocą. Niestety, trudno się gra­niem Kalifornijczyków zachwy­cać. Brak kon­taktu, żadnej che­mii, nie zro­zu­mia­łem ich. Być może nale­żało zain­we­sto­wać w jakieś środki odu­rza­jące, żeby prze­drzeć się przez tę kon­tem­pla­cyjną muzykę do jądra światłości.

Woody Alien. Najgłośniejszy występ w tym roku, choć tylko dwa instru­menty. Woody zagrał na sce­nie eks­pe­ry­men­tal­nej, czyli w tzw. remi­zie, naj­mniej­szym miej­scu, gdzie można było uczest­ni­czyć w kon­cer­tach, więc ener­gii można było dosłow­nie dotknąć. Sala była pełna nie tylko ludzi, ale też trans­owego, gęstego noise’u robio­nego przez bas i per­ku­sję. Bardzo ener­ge­tyczna grupa, wbrew pozo­rom two­rząca melo­dyjne kawały mięsa. Podczas Off Festivalu pre­mierę miała ich trze­cia płyta. Zdecydowanie naj­lep­szy pol­ski mate­riał eks­por­towy z tego, co zapre­zen­to­wało się na Offie.

Tagged:
Posted in: koncerty