Naiv — Przedświt

Posted on 30/12/2009 by

0


Naiv, młody pol­ski zespół. Dwie gitary, bas, per­ku­sja i bar­dzo żywe, emo­cjo­nalne gra­nie spod znaku choćby Happysad. Teksty – jak pisze sam zespół, „o rze­czach waż­nych i trud­nych – wie­rze, nadziei i miło­ści”. To wszystko nie jest odkryw­cze i chyba nie ma być odkryw­cze. Jeśli cho­dzi o odwieczny w naszym kraju kon­flikt: kopio­wać Zachód czy grać swoje, Naiv opo­wiada się za drugą opcją. Wybór słuszny, o ile dany zespół umie się wyróż­nić w tłu­mie podob­nych do sie­bie graj­ków, zna­leźć w tra­dy­cji coś, co dobrze zagra tu i teraz.

Choć wydane przez Rykoszet (z nobi­li­tu­ją­cym nume­rem kata­lo­go­wym RYK 01), Naiv ma, umow­nie tak to nazwijmy, brzmie­nie SP Records. Oprócz cech wymie­nio­nych na początku ozna­cza to ostrego, ale przy­stęp­nego i ryt­micz­nego rocka, kla­syczne zawie­chy mię­dzy ska a pun­kiem („Mr. Smith” – czy­sta Klinika, „Dzieli nas wiele”). Warstwa muzyczna harcersko-grabażowo-pidżamowa. Chwyta. Piosenki, czę­sto typu zwrotka i refren, są uatrak­cyj­nione przej­ściami w innych tem­pach, spraw­nymi zaba­wami z dyna­miką, chór­kami w refre­nach. Są to rze­czy, które Naiv wyko­nuje na luzie i zupeł­nie natu­ral­nie. A co tu mamy nowego, cha­rak­te­ry­stycz­nego? Podoba mi się głos woka­li­sty. Barwę ma jak Budzyński, a cza­sem brzmi tro­chę, bar­dzo tro­chę jak Grabaż („Czas mija nas”) – to aku­rat nie pochwała, ale Wojtek Gniewosz ma też wła­sny pomysł na śpie­wa­nie. Nie lubi się prze­krzy­ki­wać z gita­rami, ale ma tyle do powie­dze­nia, zapeł­nia pio­senki w takim stop­niu, że czę­sto jego „gadana” fraza zde­rza się z prze­ste­rem instru­men­tów. Jest to cał­kiem spraw­nie, bez kom­plek­sów zmiksowane.

Okładka ze słoń­cem i księ­ży­cem oraz podobny podział płyty na dwa zestawy pio­se­nek koja­rzą się z „Mellon Collie & The Infinite Sadness” Smashing Pumpkins. U Naiv tak jak u Amerykanów po dniu jest noc, a po nocy koniec. Koniec mniej opty­mi­styczny, żadne tam dobra­noc. Zamiast zna­nych z pierw­szego wydaw­nic­twa war­sza­wian pogod­nych prze­bo­jów na „Przedświcie” domi­nują kom­po­zy­cje ciem­niej­sze, bar­dziej mroczne (same tytuły: „Hekate”, „Koniec”, „Schyłek”), i nawet ta pierw­sza część to w więk­szo­ści, co tu kryć, smutki, prze­strogi i obawy. Pod tym wzglę­dem pesy­mi­styczne prze­sła­nie Naiv dobrze uzu­peł­nia utwór z poży­czo­nymi sło­wami – „Dezyderata”, który ma swoje naivne odbi­cie w „okład­ko­wym” i sma­shin­go­wym zara­zem tek­ście „Syn” („Witając noc, kochaj przy­szły dzień / zasy­piaj snem, w któ­rym cze­kasz dnia”) – oba to zbiory wska­zó­wek życio­wych. Z tym że poży­czony jest pełen wiary, a wła­sny obaw, jak cała płyta. Klimat poucza­nia nie razi, to jak dora­dza­nie zagu­bio­nym, któ­rzy nie wie­dzą nawet, kogo pytać. Naiv robi to na wła­sną odpo­wie­dzial­ność, tacy są i inni nie będą. Bez kom­pro­misu – osten­ta­cyj­nie mówią ci, czło­wieku, o waż­nych spra­wach. Inna cha­rak­te­ry­styczna cecha liryki Naiv – zupeł­nie nie­modne wzy­wa­nie imie­nia Boga (np. „Nie omi­jaj mnie”). Też po swo­jemu. Mam nadzieję, że w kolej­nych odsło­nach zespół jesz­cze bar­dziej prze­łoży waj­chę w stronę wła­snego pomy­słu na gra­nie i pisanie.

Wszystko jest zatem nor­mal­nie, ale nie jest. Muzyka zwy­kła, ale ener­gia praw­dziwa. Słowom tro­chę bra­kuje do Grabaża i Budzyńskiego, bywają naiwne – no cóż, ostrze­gali – ale trzy­mają poziom i są wia­ry­godne: jest kiep­sko, ale mamy sie­bie. Mówią fani: „Naiv naj­lep­sze na doła”. Chyba na pogłę­bia­nie tegoż, bo zespół opi­suje raczej straszną rze­czy­wi­stość, gdzie ratun­kiem jest miłość, przy­jaźń, ale nie­ła­two o nie – wła­ści­wie jedy­nym pew­nia­kiem jest izo­la­cja. Na tle nie­złych tek­stów razi tylko fraza z faj­nych, przy­stęp­nych, pro­mo­wa­nych tele­dy­skiem „Wyborów”. Gniewosz zasta­na­wia się w niej, za czym warto stać. Odpowiedź jest prze­cież znana od dobrego ćwierć wieku – za ostat­nią paró­weczką hra­biego Barry Kenta, oczywiście!

(recen­zja z mie­sięcz­nika „Lampa”, numer 10/2009).

strona zespołu, myspace

Tagged: , ,
Posted in: recenzje