Muse — The Resistance

Posted on 08/12/2009 by

0


Muse cie­szy się opi­nią świet­nego zespołu kon­cer­to­wego. Bez pro­blemu kilka razy z rzędu zapeł­nia Wembley. To jesz­cze o niczym nie świad­czy, bo w Polsce – jądrze muzyki pop – zespół Matthew Bellamy’ego ma kiep­ską prasę. Wokalista śred­nio spraw­nie rżnie Thoma Yorke’a z Radiohead oraz śp. Jeffa Buckleya, jego cha­rak­te­ry­styczny fal­set raczej drażni, niż zachwyca, a muzyka zespołu to paw rzu­cony po spo­ży­ciu kok­tajlu z bry­tyj­skiego rocka ostat­nich 20 lat. Muse pozują na arty­stów i kradną czas ante­nowy lep­szym od sie­bie, ale nie tak popu­lar­nym zespo­łom. Taka panuje opinia.

(recen­zja pocho­dzi z mie­sięcz­nika Lampa, nr 11/2009).

muse-resistance

Przedsiębiorstwo Produkcyjno-Handlowo-Usługowe Muse wypu­ściło wła­śnie na rynek piątą płytę, więc jest oka­zja spraw­dzić na sobie, czy to, co piszą źli ludzie, to wszystko prawda. Na począ­tek „The Resistance” mamy tro­chę glam rocka pod­ra­so­wa­nego polsko-ejtisowym kla­wi­szem wzię­tym ze skła­danki „Wszystkie covery świata”. Otwierające „Uprising” to zatem „Call Me” Blondie dla ubo­gich (pro­ces sądowy byłby krótki). Sprawna kopia, dopóki śpie­wak nie zaczyna omdle­wać (a zaczyna po pół­to­rej minuty). W kolej­nym utwo­rze, tytu­ło­wym, kli­mat i kla­wi­sze imi­tują (0:44) „It’s a Sin” Pet Shop Boys (u nich 0:27) – nie­stety, efekt jest dużo gor­szy. Dalej okropne chórki poprze­dzają refren śpie­wany przez Bellamy’ego w dys­ko­te­ko­wej manie­rze. A wciąż jeste­śmy w typo­wym gita­ro­wym kawałku Muse – skład­ni­ków jest więc wiele, pyta­nie brzmi, czy dobrze dobrane. W „United States Of Eurasia” zespół przez dłuż­szy czas bez mru­gnię­cia okiem zrzyna „Bohemian Rhapsody” Queen (rytm, instru­menty, głosy, przej­ście – to ma być Euro), żeby póź­niej pogrze­bać je pod pseu­do­orien­tal­nymi moty­wami (a to Azja – i do tego koniecz­nie for­te­pian, orkie­stra, z gestem). „Undisclosed Desires” zaczyna się jak kla­syk r’n’b (wresz­cie coś nowego?), lecz cie­ka­wość słu­cha­cza zostaje natych­miast uka­tru­piona krzy­żo­wym ogniem sztucz­nych smycz­ków i klan­gu­ją­cego basu. W „I Belong To You” podob­nemu tanecz­nemu bitowi pomaga nawet klar­net. Nasz Matthew jest „lost and cru­shed, cold and con­fu­sed” („Guiding Light”) do tego stop­nia, że zamie­nia się w Briana Maya (solówka zawiera nawet far­focle cha­rak­te­ry­styczne dla gra­nia kudła­tego). Z krypty wyko­pani zostają też mię­dzy innymi Europe, Billy Idol i nie­unik­nione Placebo. Z now­szych – Killers. Dla wytrwa­łych na końcu płyty jest trzy­czę­ściowa „Exogenesis: Symphony”. 13-minutowa esen­cja tego, czym zaj­muje się Muse... Ta skrajna pompa z pew­no­ścią działa na kon­cer­tach – przy­po­mnijmy sobie sce­niczne dzia­ła­nia Michała Wiśniewskiego – ale na pły­cie zale­d­wie śmie­szy. Nie tumani i w żadnym stop­niu nie przestrasza.

Kopiowanie cudzych melo­dii, ryt­mów, akor­dów to w przy­padku Muse tra­dy­cja. Oni żyją w kró­le­stwie kiczu. Nie jest to jakieś wstrzą­sa­jące w XXI wieku, post­mo­der­nizm na tym polega(ł?), że cytuje się i mie­sza, pozuje i wyśmiewa. Kiepsko się jed­nak składa, że zespół robi to wszystko z poważną miną, facet po trzy­dzie­stce histe­rycz­nie prze­żywa doj­rze­wa­nie od ponad dzie­się­ciu lat, a w jego gło­sie sły­chać roz­pacz wska­zu­jącą na głę­boką alie­na­cję (na szczę­ście dla niego – nie z szoł­bizu). Założę się, że praw­dziwi fani uznają tę płytę za naj­lep­szą od cza­sów „Origin Of Symmetry”, na tym polega bycie praw­dzi­wym fanem. Nienawykły słu­chacz zgi­nie jed­nak pod nawał­nicą patosu jak Pompeje pod wul­ka­nicz­nym pyłem. Niestety, erup­cje talentu Muse ata­kują czę­ściej od Wezuwiusza, maks co trzy lata. „The night has reached its end / We can’t pre­tend / We must run” – śpiewa arty­sta Bellamy w „The Resistance”, a póź­niej sły­chać wicher i ude­rze­nia pio­ru­nów. Szerokiej drogi.

strona zespołu, myspace

Tagged: , ,
Posted in: recenzje