Mum — Sing Along To Songs You Don’t Know

Posted on 31/01/2010 by

0


W sta­rej Polsce niby zima stu­le­cia lub wię­cej, ale mróz na szy­bach prze­ter­mi­no­wa­nych ika­ru­sów nie jest cza­ro­dziej­ski. Jest syfny jak sto pięć­dzie­siąt. Śnieg islandzki — inna roz­mowa — czyst­szy, lód bar­dziej szkli­sty. Mum nie liczy prze­trwa­nych zim, nie emo­cjo­nuje się tym, ile jest stopni na minu­sie, nie spraw­dza, czy latem jest ponad pięt­na­ście. Mróz, zaspy, brudne błoto nie rzu­tują. Mecz o trze­cie miej­sce w Europie w czymś o nazwie szczy­pior­niak — też nie.

W święta z powodu szcze­gól­nie obfi­tych opa­dów śniegu i sza­lo­nych mro­zów rzędu –5 stopni pisa­łem o sta­rej, sta­rej pły­cie Mum. Takie przy­go­to­wa­nie do pisa­nia o tej nowej, coraz star­szej. Biorąc pod uwagę czas, który upły­nął od debiutu, „Sing Along To Songs You Don’t Know” brzmi po pro­stu młodo. Nie zgłę­biam metryk wła­ści­cie­lek tych cha­rak­te­ry­stycz­nych, naiw­nych gło­sów, ale być może to świeże brzmie­nie osiąga się dzięki cią­głej wymia­nie panien na coraz młod­sze. Być może ta metoda umoż­liwi Mum gra­nie przez naj­bliż­sze pół wieku.

Na tej pły­cie jest zabawa i zwłasz­cza w począt­ko­wych pio­sen­kach rzą­dzi moja ulu­biona część Mum, czyli naj­bar­dziej hała­śliwe, roz­bi­to­wane ich obli­cze („The Smell Of Today Is Sweet Like Breastmilk In The Wind”, „Prophecies And Reversed Memories”). Łatwo zapa­mię­tuje się też błysz­czący „Sing Along” (poni­żej obraz + dźwięk), który jest jak roz­kwi­ta­nie pąków na przy­spie­szo­nym fil­mie — eks­plo­zja prze­gię­tego piękna, żarłoczny twist XXI wieku. To jest fajne, co naj­mniej cie­kawe — warte spró­bo­wa­nia, wzię­cia pod język. Tego rodzaju zabaw nigdy za wiele, zwłasz­cza dla tych, któ­rzy w prze­ci­wień­stwie do Mum miesz­kają w Polsce.

I to jest tak wła­śnie, tak jak na tym tele­dy­sku. Popieprzona ta płyta, ale nie napi­sał­bym, że „Islandczycy zapra­szają słu­cha­cza do swo­jego magicz­nego świata peł­nego tajem­ni­czych hała­sów i baj­ko­wych stwo­rów opo­wie­dzia­nych gło­sami schi­zo­fre­nicz­nych cza­ro­dzie­jek”. Można tak, ale to byłoby nudne, zupeł­nie nie o to cho­dzi w tej pły­cie. Piosenki są uwo­dzi­ciel­skie. Nie same melo­die to robią, takie kiczo­wate, ale także rytmy, inten­syw­ność, odpo­wiedni zgrzyt w nie­spo­dzie­wa­nym miej­scu. To jest dobrze pokle­jone przez Mum. Jasne, że tro­chę za dużo nagrali, że pocze­sne miej­sce zaj­mują ich kla­syczne nudy-smuty z poury­wa­nymi bitami („Show Me”), ale potra­fią zro­bić do nich pod­kład wyłącz­nie ze smycz­ków i z sopli lodu („Blow Your Nose”). Coraz mniej elek­tro­niki, coraz wię­cej gło­sów — z żeńskim męski, a raczej chło­pięcy. Stoją w miej­scu, ale to miej­sce jest coraz to gdzie indziej.

strona zespołu, myspace

Tagged: , ,
Posted in: recenzje