Mitch & Mitch — XXII Century Sound Pioneers

Posted on 02/09/2010 by

0


Stara płyta, ale no wła­śnie, jara. Trzecich Miczów słu­cham od dawna i czas już ich pogła­skać. Szkoda, że tym razem nie śpie­wają, ale melo­die wciąż wymy­ślają przed­nie. Najlepsze. Gdy do tego, co oczy­wi­ste, doło­żyć bra­wu­rowe inter­wen­cje sek­cji dętej — powstaje motyl wagi naj­cięż­szej. Wodolot, który okrąża świat.

To zna­czy. Powiedzieć, że Micze grają dosko­nałe kon­certy, to odkryć nocny w Hali Mirowskiej. Powiedzieć, że są zabawni albo że robią, co zechcą, z publicz­no­ścią bądź słu­cha­czem płyty — to też wszystko prawda. Kiwam głową razem z prze­wod­ni­czą­cym żyri. Nie jestem jed­nak prze­ko­nany, czy mówi to cokol­wiek o muzyce. Muzyka to melanż, tylko nie wia­domo czego z czym. Na „XXII Century Sound Pioneers” usły­sza­łem kawałki wzięte z fil­mów z lat 70. o wąsa­tych ame­ry­kań­skich poli­cjan­tach, skrzy­żo­wa­nie dalew­schod­nich pie­śni z „Wlazł kotek na pło­tek”, nawią­za­nia do gru­bego brzmie­nia zespo­łów Tymona z lat 90., bossa novę z lat 60. Dużo słońca i wyso­kich blo­ków. Do tego dzie­się­cio­mi­nu­towy „Volcano”, co prze­la­tuje cię bez zmru­że­nia oka.

To koniecz­nie trzeba napi­sać teraz, gdy pierw­szego dnia szkoły lało od rana do nocy, gdy tem­pe­ra­tura zle­ciała do jakichś dzie­się­ciu stopni i nikt już nie wie­rzy w lato. Mitch & Mitch żywią y bro­nią. Tworzą histo­rie tak piękne, że nie ma mowy o jesieni. To Maleńczuk mówił, że trzeba być mięk­kim, bo jak ktoś jest twardy, to przy pierw­szej oka­zji się łamie i pęka. Od Miczów roz­luź­nia się kark, pro­stują się ste­rane plecy, roz­ja­śnia się umysł, przy­cho­dzi bło­gość. Tej płyty powinny słu­chać biura, słu­chać podwórka, ona się należy każ­demu oby­wa­te­lowi męczą­cego, zabi­ja­ją­cego, dusz­nego m.st. Warszawy jak psu buda.

No ale czemu tak na bogato wyszła płyta? Zespół składa się obec­nie z dzie­wię­ciu osób (plus goście) i nazywa się Mitch & Mitch With Their Incredible Combo. Wszystko to są postaci z dużą wprawą i czu­ciem obsłu­gu­jące swoje instru­menty. Kwestia z ich kon­cer­tami — jeden zare­je­stro­wano na DVD „Blackmail/Extortion”, które oglą­da­łem i jest zaje­bi­ste — polega na tym, że dają to samo, co na nagra­niu, tylko wię­cej. Plus mordy (na okładce ucho i kotlet Macia Morettiego, prze­pra­szam, Mitcha). To prawda, że to wszystko jest cał­kiem śmieszne, a przy tym wcią­ga­jące bez reszty, przy­ku­wa­jące uwagę. Byłem. Lekkość i bez­tro­skie miny nie prze­szka­dzają w gra­niu pogma­twa­nych ryt­mów, melo­dii, faktur.

Oni się cie­szą, ale to prze­cież nie­je­den zespół tak ma. Śmiech, żart (Moretti!), inte­rak­cja, zacze­pia­nie widowni. Dowód, że  w isto­cie odbiorca co naj­mniej współ­two­rzy muzykę, a na kon­cer­cie wręcz decy­duje o roz­woju wyda­rzeń. Micze, pew­nie dzięki lide­rowi, od początku wcho­dzą publicz­no­ści na głowę. Moim zda­niem naj­więk­szą war­to­ścią ich wystę­pów jest to, że — sami wygłu­pia­jąc się, zakła­da­jąc maski daw­niej coun­trow­ców, dziś Amerykanów czy innych kotle­cia­rzy — oso­bi­ście, tymi rękami, ścią­gają publicz­no­ści maski z ryjów, a na głowy wcią­gają majty.

Jest coś takiego w pol­skiej kul­tu­rze, że pod wzglę­dem dehu­ma­ni­za­cji prędko goni stricte zachod­nią. Wizualność — co widzisz, to masz, i nie pytaj. Jest uśmiech na twa­rzy? No to zna­czy, że wszystko gra, i pro­szę nie wchodź do mojego życia. Niepodległość grup, bez indy­wi­du­al­no­ści, bez sta­ro­mod­nego, post­mo­der­ni­stycz­nego pod­wa­ża­nia, roz­wa­la­nia, pro­wo­ko­wa­nia. Wszyscy pro­wo­ka­to­rzy już umarli, a my, zwy­kli sobie ludzie od pługa ode­rwani, w ostat­nich latach nauczy­li­śmy się mnó­stwa sytu­acji, w któ­rych coś wypada, coś innego nie przy­stoi. Człowiek ma wokół sie­bie pół metra wła­snej prze­strzeni, któ­rej nikomu nie wolno naru­szyć, bo czło­wiek będzie się z tym czuł źle... Niedopuszczalne są próby zaj­rze­nia innemu czło­wie­kowi w duszę, nie wolno pomi­jać wypra­co­wa­nego wize­runku, to byłby despekt, to byłaby fopa. Nie po to ludzie sta­ran­nie skry­wają swoje praw­dziwe poglądy, żeby im w nie zaglą­dać. Skończyła się epoka cel­ni­ków i kon­tro­le­rów. Europa bez gra­nic. No i Micze, ci dwu­dzie­sto­dwu­wieczni pio­nie­rzy, leją na te kon­we­nanse. Swoim zacho­wa­niem i swoją — pod­kre­ślam — muzyką roz­bi­jają sko­rupę. Podejmują grę z grą. Wizerunkiem unie­waż­niają wize­ru­nek. Zaczęli od uda­wa­nia coun­trow­ców, obcia­chem wydo­by­wali z ludzi obciach, robią to do tej pory, coraz spraw­niej. Ich spo­sób bycia jest spo­so­bem na życie, a coraz lep­sza muzyka, tak świeża i bez­po­śred­nia, pozwala zmie­nić stan świa­do­mo­ści. Wyobrażam sobie, że to musi być nie­moż­li­wie trudna robota, dawać słu­cha­czom coś dla nich tak waż­nego, a tak nie­do­ce­nia­nego. Moment spon­ta­nicz­no­ści, prawdy — jak w kinie, po zga­śnię­ciu świa­teł możesz sobie pła­kać, spać, robić dowolne miny, to jest już tylko twoje, nikt nie ma do tego prawa. Z Miczami znowu zda­jesz sobie sprawę z tego, że możesz. Możesz robić, co chcesz, nale­żysz do siebie.

To, co robią Mitch & Mitch, jest pra­wie tak dobre jak ciem­ność w kinie. Jak cisza.

myspace (mnó­stwo obrazu i dźwięku)

Posted in: recenzje