Stara pły­ta, ale no wła­śnie, jara. Trzecich Miczów słu­cham od daw­na i czas już ich pogła­skać. Szkoda, że tym razem nie śpie­wa­ją, ale melo­die wciąż wymy­śla­ją przed­nie. Najlepsze. Gdy do tego, co oczy­wi­ste, doło­żyć bra­wu­ro­we inter­wen­cje sek­cji dętej - powsta­je motyl wagi naj­cięż­szej. Wodolot, któ­ry okrą­ża świat.

To zna­czy. Powiedzieć, że Micze gra­ją dosko­na­łe kon­cer­ty, to odkryć noc­ny w Hali Mirowskiej. Powiedzieć, że są zabaw­ni albo że robią, co zechcą, z publicz­no­ścią bądź słu­cha­czem pły­ty - to też wszyst­ko praw­da. Kiwam gło­wą razem z prze­wod­ni­czą­cym żyri. Nie jestem jed­nak prze­ko­na­ny, czy mówi to cokol­wiek o muzy­ce. Muzyka to melanż, tyl­ko nie wia­do­mo cze­go z czym. Na „XXII Century Sound Pioneers” usły­sza­łem kawał­ki wzię­te z fil­mów z lat 70. o wąsa­tych ame­ry­kań­skich poli­cjan­tach, skrzy­żo­wa­nie dalew­schod­nich pie­śni z „Wlazł kotek na pło­tek”, nawią­za­nia do gru­be­go brzmie­nia zespo­łów Tymona z lat 90., bos­sa novę z lat 60. Dużo słoń­ca i wyso­kich blo­ków. Do tego dzie­się­cio­mi­nu­to­wy „Volcano”, co prze­la­tu­je cię bez zmru­że­nia oka.

To koniecz­nie trze­ba napi­sać teraz, gdy pierw­sze­go dnia szko­ły lało od rana do nocy, gdy tem­pe­ra­tu­ra zle­cia­ła do jakichś dzie­się­ciu stop­ni i nikt już nie wie­rzy w lato. Mitch & Mitch żywią y bro­nią. Tworzą histo­rie tak pięk­ne, że nie ma mowy o jesie­ni. To Maleńczuk mówił, że trze­ba być mięk­kim, bo jak ktoś jest twar­dy, to przy pierw­szej oka­zji się łamie i pęka. Od Miczów roz­luź­nia się kark, pro­stu­ją się ste­ra­ne ple­cy, roz­ja­śnia się umysł, przy­cho­dzi bło­gość. Tej pły­ty powin­ny słu­chać biu­ra, słu­chać podwór­ka, ona się nale­ży każ­de­mu oby­wa­te­lo­wi męczą­ce­go, zabi­ja­ją­ce­go, dusz­ne­go m.st. Warszawy jak psu buda.

No ale cze­mu tak na boga­to wyszła pły­ta? Zespół skła­da się obec­nie z dzie­wię­ciu osób (plus goście) i nazy­wa się Mitch & Mitch With Their Incredible Combo. Wszystko to są posta­ci z dużą wpra­wą i czu­ciem obsłu­gu­ją­ce swo­je instru­men­ty. Kwestia z ich kon­cer­ta­mi - jeden zare­je­stro­wa­no na DVD „Blackmail/Extortion”, któ­re oglą­da­łem i jest zaje­bi­ste - pole­ga na tym, że dają to samo, co na nagra­niu, tyl­ko wię­cej. Plus mor­dy (na okład­ce ucho i kotlet Macia Morettiego, prze­pra­szam, Mitcha). To praw­da, że to wszyst­ko jest cał­kiem śmiesz­ne, a przy tym wcią­ga­ją­ce bez resz­ty, przy­ku­wa­ją­ce uwa­gę. Byłem. Lekkość i bez­tro­skie miny nie prze­szka­dza­ją w gra­niu pogma­twa­nych ryt­mów, melo­dii, fak­tur.

Oni się cie­szą, ale to prze­cież nie­je­den zespół tak ma. Śmiech, żart (Moretti!), inte­rak­cja, zacze­pia­nie widow­ni. Dowód, że  w isto­cie odbior­ca co naj­mniej współ­two­rzy muzy­kę, a na kon­cer­cie wręcz decy­du­je o roz­wo­ju wyda­rzeń. Micze, pew­nie dzię­ki lide­ro­wi, od począt­ku wcho­dzą publicz­no­ści na gło­wę. Moim zda­niem naj­więk­szą war­to­ścią ich wystę­pów jest to, że - sami wygłu­pia­jąc się, zakła­da­jąc maski daw­niej coun­trow­ców, dziś Amerykanów czy innych kotle­cia­rzy - oso­bi­ście, tymi ręka­mi, ścią­ga­ją publicz­no­ści maski z ryjów, a na gło­wy wcią­ga­ją maj­ty.

Jest coś takie­go w pol­skiej kul­tu­rze, że pod wzglę­dem dehu­ma­ni­za­cji pręd­ko goni stric­te zachod­nią. Wizualność - co widzisz, to masz, i nie pytaj. Jest uśmiech na twa­rzy? No to zna­czy, że wszyst­ko gra, i pro­szę nie wchodź do moje­go życia. Niepodległość grup, bez indy­wi­du­al­no­ści, bez sta­ro­mod­ne­go, post­mo­der­ni­stycz­ne­go pod­wa­ża­nia, roz­wa­la­nia, pro­wo­ko­wa­nia. Wszyscy pro­wo­ka­to­rzy już umar­li, a my, zwy­kli sobie ludzie od płu­ga ode­rwa­ni, w ostat­nich latach nauczy­li­śmy się mnó­stwa sytu­acji, w któ­rych coś wypa­da, coś inne­go nie przy­stoi. Człowiek ma wokół sie­bie pół metra wła­snej prze­strze­ni, któ­rej niko­mu nie wol­no naru­szyć, bo czło­wiek będzie się z tym czuł źle... Niedopuszczalne są pró­by zaj­rze­nia inne­mu czło­wie­ko­wi w duszę, nie wol­no pomi­jać wypra­co­wa­ne­go wize­run­ku, to był­by despekt, to była­by fopa. Nie po to ludzie sta­ran­nie skry­wa­ją swo­je praw­dzi­we poglą­dy, żeby im w nie zaglą­dać. Skończyła się epo­ka cel­ni­ków i kon­tro­le­rów. Europa bez gra­nic. No i Micze, ci dwu­dzie­sto­dwu­wiecz­ni pio­nie­rzy, leją na te kon­we­nan­se. Swoim zacho­wa­niem i swo­ją - pod­kre­ślam - muzy­ką roz­bi­ja­ją sko­ru­pę. Podejmują grę z grą. Wizerunkiem unie­waż­nia­ją wize­ru­nek. Zaczęli od uda­wa­nia coun­trow­ców, obcia­chem wydo­by­wa­li z ludzi obciach, robią to do tej pory, coraz spraw­niej. Ich spo­sób bycia jest spo­so­bem na życie, a coraz lep­sza muzy­ka, tak świe­ża i bez­po­śred­nia, pozwa­la zmie­nić stan świa­do­mo­ści. Wyobrażam sobie, że to musi być nie­moż­li­wie trud­na robo­ta, dawać słu­cha­czom coś dla nich tak waż­ne­go, a tak nie­do­ce­nia­ne­go. Moment spon­ta­nicz­no­ści, praw­dy - jak w kinie, po zga­śnię­ciu świa­teł możesz sobie pła­kać, spać, robić dowol­ne miny, to jest już tyl­ko two­je, nikt nie ma do tego pra­wa. Z Miczami zno­wu zda­jesz sobie spra­wę z tego, że możesz. Możesz robić, co chcesz, nale­żysz do sie­bie.

To, co robią Mitch & Mitch, jest pra­wie tak dobre jak ciem­ność w kinie. Jak cisza.

myspa­ce (mnó­stwo obra­zu i dźwię­ku)

Dodaj komentarz