Tomasz Mirt gra na syn­te­za­to­rze modu­lar­nym, robi też nagra­nia tere­no­we, część z nich pod­czas wypraw do Azji Południowo-Wschodniej. Na „Random Soundtrack” two­rzy puz­zle z gene­ro­wa­nych przez sie­bie dźwię­ków oraz gło­sów lasu, morza, uli­cy.

Spokój. Muzyka Mirta jest spo­koj­na, on sam wraż­li­wy na naj­drob­niej­sze śla­dy dźwię­ków gene­ro­wa­nych i tych zano­to­wa­nych w natu­rze. Ambient, field recor­dings (nie­mal słu­cho­wi­sko) oraz spe­cy­ficz­na zryt­mi­zo­wa­na elek­tro­ni­ka skła­da­ją się - jak chce autor - na „kolej­ną pró­bę szu­ka­nia punk­tu, w któ­rym prze­ci­na się muzy­ka i zna­le­zio­ne dźwię­ki”. Mimo tytu­łu to nie jest ścież­ka dźwię­ko­wa do fil­mu czy spek­ta­klu, lecz samo­dziel­na pły­ta. Ponoć ufor­mo­wa­ła się samo­ist­nie: z nagrań sta­rych i nowych, z impro­wi­za­cji i kom­po­zy­cji, wyło­ni­ła się z nie­za­wod­nej pamię­ci urzą­dze­nia nagry­wa­ją­ce­go i pod­da­ła ostat­nim szli­fom.

Na „Random Soundtrack” sły­szy­my zare­je­stro­wa­ne ludz­kie gło­sy, dźwię­ki przy­ro­dy, sil­ni­ki i klak­so­ny ze wspo­mnia­nej Azji. Już na poprzed­niej pły­cie „Vanishing Land” uwa­gę zwra­ca­ło nagra­nie pły­ną­ce­go z gło­śni­ków gło­su jakie­goś kon­fe­ran­sje­ra oraz reak­cje żywio­ło­we­go tłu­mu. Podobny moment znaj­du­je­my na nowej pły­cie Mirta, klei on „Michael’s Theme” z utwo­rem „Rush On South”. To moment emble­ma­tycz­ny dla Mirta - prze­ka­zu nie da się zro­zu­mieć lite­ral­nie, z obce­go języ­ka moż­na spró­bo­wać odgad­nąć tyl­ko emo­cje. Dlaczego „tyl­ko”? Emocje to cał­kiem dużo. Znaczące też, że w tym kró­ciut­kim w ska­li całej pły­ty frag­men­cie sztucz­nie wzmoc­nio­ny ludz­ki głos „prze­gry­wa” ze spon­ta­nicz­ną, natu­ral­ną nawał­ni­cą ludz­kich emo­cji, gwiz­du, krzy­ku.

Muzyki Mirta nie trze­ba więc nico­wać rozu­mem. Język nie jest w niej naj­waż­niej­szy - ona gada do słu­cha­cza cier­pli­wo­ścią, umiesz­cze­niem mikro­fo­nu we wła­ści­wym miej­scu i cza­sie, syn­te­za­to­ra­mi brzmią­cy­mi jak ambro­zja prze­two­rzo­na na dźwię­ko­we fale. A przede wszyst­kim nastro­jem łagod­no­ści, spo­ko­ju, bez wzglę­du na to, jak chłod­ny może być dźwięk syn­te­za­to­ra (np. w „Night Sequence” bar­dzo, mniej wię­cej tak jak w muzy­ce z seria­lu „Stranger Things”).

Nie wiem, czy słusz­ne jest przed­sta­wia­nie „Random Soundtrack” przez wydaw­cę jako moż­li­we­go „obra­zu ostat­nich spo­koj­nych dni cha­otycz­ne­go świa­ta”. Mirt ma wła­sną mia­rę - tam, gdzie usta­wia mikro­fon, wpro­wa­dza swój wła­sny, emo­cjo­nal­ny porzą­dek. Regularny, tech­no­wy rytm 4/4 jest w tym świe­cie czyn­ni­kiem cha­osu, natu­ral­nie brzmią za to cie­płe syn­te­za­to­ry i mecha­nicz­ne oscy­la­cje, w któ­re wta­pia­ją się szmer desz­czu i fal, szum uli­cy. Mirt to zupeł­nie odręb­ny, wart zacho­du arty­sta.

Tekst uka­zał się 5/1/17 w Wyborcza.pl/kultura - tam­że wię­cej recen­zji

Dodaj komentarz