Metro Station — Metro Station

Posted on 13/12/2009 by

0


Metro Station wydali swój self titled debiut już dwa lata temu. Teraz, pół roku po Wal-Mart Edition, przy­szedł czas na euro­pej­skie wyda­nie ich płyty. Niestety, w porów­na­niu z super­mar­ke­tową edy­cją ame­ry­kań­ską euro­pej­scy słu­cha­cze zostali pozba­wieni jed­nego utworu bonu­so­wego. Ubytek, jak sobie wyobra­żam, nie­wielki, bo płyta z grub­sza brzmi jak jeden kawa­łek i wła­ści­wie trudno napi­sać o niej coś wię­cej ponad to, że jest nudna. Plusem jest to, że trwa wszyst­kiego 40 minut. Prawie jak Pixies...

(recen­zja pocho­dzi z numeru 5/2009 mie­sięcz­nika „Lampa”)

metro-stationKalifornijczycy grają dys­ko­tekę w żywe oczy, choć z mate­riału fil­mo­wego obec­nego w sieci wynika, że na kon­cer­tach zmie­niają się w gita­rowe bestie rżnące dys­ko­te­ko­wego panka z naci­skiem na panka. Na pły­cie gitar nie uświad­czysz. Wokale przy­po­mi­nają naj­lep­sze tra­dy­cje A-ha i Europe, nawet New Kids On The Block, lecz arty­ści czę­sto się­gają też po sty­lowe wycie a la Bono. Muzyka cza­sem brzmi jak ostrzej­sze remiksy New Order, cza­sem jak prze­stroga (w końcu cho­dzi o 2007 rok), że w tym samym cza­sie na Wschodnim Wybrzeżu  ten sam pomysł ktoś reali­zuje z lep­szymi melo­diami, lep­szymi aran­ża­cjami i lep­szym woka­lem. No i nie robi z tego całej płyty – cho­dzi o MGMT oczy­wi­ście, bo „Metro Station” jako całość brzmi jak strona C sin­gla „Kids”.

Zastanawiam się, dla­czego cze­goś takiego jak Metro Station nie ma w Polsce. Mamy piękną tra­dy­cję, jeśli cho­dzi o boys­bandy, o roman­tycz­nych chło­pa­ków (wpraw­dzie bez tatu­aży) jak Krzyś Antkowiak śpie­wa­ją­cych o prze­róż­nych zaka­za­nych owo­cach, spe­cjal­nie dla dziew­czyn. Mamy muzykę ludową, bar­dzo  melo­dyjną, taneczną. Piękną kartę w histo­rii pol­skiej muzyki pop zapi­sały grupy z nurtu disco polo, wciąż trak­to­wane jako śmieszne i straszne. Przecież gdyby, przy­mknijmy powieki, Seweryn Krajewski albo Robert Janson zro­bił dobre, łatwe melo­die, ktoś (Tymański, pro­szę bar­dzo) zaaran­żo­wał je na disco i dał je bra­ciom Mroczkom, Szymonowi Wydrze czy też temu typowi z Comy — suk­ces w kraju muro­wany. Dobrze roz­pra­co­wane w Polsce patenty muzyczne trzeba tylko ubrać w twarz, którą zna trzy czwarte lud­no­ści, i jazda. Żałuję, że to w Stanach ktoś jesz­cze gra uczciwe disco dla „sza­lo­nych nasto­la­tek”, ma pół­me­trową czarną grzywkę i świet­nie bawi się na swo­ich kon­cer­tach jako sup­port Fall Out Boy.

Frontmeni Metro Station poznali się kilka lat temu na pla­nie filmu „Hanna Montana”, który ostat­nio wszedł do pol­skich kin — młod­sza sio­stra jed­nego z nich gra w tym fil­mie razem z młod­szym bra­tem dru­giego. Na film się nie wybie­ram (ura­to­wały mnie przed tym nie tylko pla­katy — rów­nież recen­zje, choć nie w „Lampie”), ale zamiast zakupu płyty w ciemno pole­cam przej­ście się do kina. Nie wiem, przy jakiej oka­zji zapo­znają się trzy­na­sto­latki XXI wieku, ale wydaje mi się, że zapro­sze­nie kole­żanki z klasy do kina jest sku­tecz­niej­sze niż zapro­sze­nie jej do wspól­nego słu­cha­nia płyty. Zwłaszcza tej. Nie kupuj­cie jej nawet naj­gor­szemu wro­gowi, chyba że jest on ame­ry­kań­ską nastolatką.

Posted in: recenzje