Marla Cinger — Congs

Posted on 01/06/2010 by

0


Wygrywasz kon­kurs, nagry­wasz płytę. Jesteś z Trójmiasta, warto cię spraw­dzić. Liderka Marli Cinger (tak, „Fight Club”), autorka więk­szo­ści reper­tu­aru Joanna Kucharska (bas Kiev Office) śpiewa w stylu, który koja­rzy mi się z Edytą Bartosiewicz albo Kasią Sobczyk (tą drugą, znaną m.in. z grup Los Trabantos oraz Kasia i Wojtek).

Jest to mocne, szorst­kie prze­ci­wień­stwo słod­kich, deli­kat­nych, „ładnych” gło­sów, które w Polsce repre­zen­tują np. Anna Dziewit z Andy albo — w skraj­nej postaci — Natalia Baranowska z Iowa Super Soccer. Kucharska śpiewa nisko i mono­ton­nie, cza­sem ponuro. Takiego podej­ścia ostat­nio było nie­wiele. Słychać, że pio­senki są w więk­szo­ści wymy­ślone „od basu” Kucharskiej. Warstwę muzyczną utwo­rów Marli Cinger można bez trudu podzie­lić na dwa poziomy: basowe pochody i riffy oraz dograne do nich ścieżki gitary aku­stycz­nej, elek­trycz­nej, gdzie­nie­gdzie per­ku­sjo­na­liów. Nie klei mi się jedno do dru­giego — trudno, tak chyba powstają nagra­nia wygrane w kon­kur­sie — ale taka budowa „Congs” eks­po­nuje coś cie­ka­wego, dość nie­ty­po­wego w dzi­siej­szej pol­skiej muzyce. Oto aran­ża­cje Marli Cinger są stricte blu­esowe. To zna­czy, że jest do opo­wie­dze­nia histo­ria, więc się ją bez zbęd­nych popi­sów opo­wiada, a muzyka deli­kat­nie pomaga popro­wa­dzić narrację.

Skromny, kla­syczny skład basem i gitarą aku­styczną stoi (w tej kolej­no­ści). Nerwowy puls i pro­ste, surowe zagrywki („Mutacja”) mogą się podo­bać, ale ta szki­co­wość w więk­szej dawce wywo­łuje wra­że­nie, że nie wszyst­kie kawałki są dopra­co­wane, zro­bione na sto pro­cent. Może ono wyni­kać także z zaska­ku­ją­cej dłu­go­ści pio­se­nek, które prze­cież nie osza­ła­miają nawał­nicą pomy­słów. Płyną, płyną, leją się sze­ro­kim stru­mie­niem, pięć na jede­na­ście utwo­rów trwa dłu­żej niż cztery minuty. Nie wia­domo czemu. Bardziej pokrę­cone pomy­sły na muzykę (a może raczej tło dla opo­wie­ści Kucharskiej) zda­rzają się rzadko (ame­ry­kań­ska „Przygoda” o tym, że „każ­dej chwili szkoda”, oraz „Przemeblowanie” śpie­wane przez Adama Olesiejuka — oba kawałki należą do tych krót­szych). Uwagę przy­ku­wają więc teksty.

A tek­sty słabe. Podoba mi się frag­ment: „Co to za bzdura, zupeł­nie jak film Skurcza / nie chcę two­ich bułek, cho­ciaż w brzu­chu bur­czy / to na szczury trutka”. W uchu bur­czy, ale nie chcę słów pisa­nych przez Kucharską, bo czę­sto są nija­kie. Niewiele mi z nich wynika. Niby są tro­chę miej­skie (bez kon­kretu), niby sko­ja­rze­niowe, bez­tro­skie, ale tak wątle, słabo. Ich główne walory to bez­wstyd­ność i bez­po­śred­niość, dość rzad­kie i zawsze cenne cechy. Coś jed­nak jest w zda­niu: „nasze tek­sty to bez­ładne kleksy słów” („Moje mak­symy zawsze mają rymy”), zdo­bią­cym utwór zaczy­na­jący się: „moje mak­symy zawsze mają rymy / moje napoje zawsze mają szczo­chów woń / moje matrony posia­dają ogony”. Albo pisze kobieta: „kroję nożem pla­sti­kową kar­kówkę / gryzę zębem pla­sti­kową rzod­kiewkę / kocham moich przy­ja­ciół” („Przygoda”). Na tym wła­śnie pole­gają te poezje. Stawiają one, jak widać, pewne wyma­ga­nia, dużo jest o jedze­niu, piciu oraz brzu­chu. Pewnie ma to coś wspól­nego z nazwi­skiem autorki. Gdybyż kro­iła zębem, a gry­zła nożem — może byłoby na co zwró­cić uwagę. Ale nie ma.

Recenzja uka­zała się w mie­sięcz­niku „Lampa”, nr 5/2010

Posted in: recenzje